Gospodarka

U nas pieniądze wracają do ubezpieczonych

To co u komercyjnych ubezpieczycieli jest zyskiem, u nas stanowi nadwyżkę, którą oddajemy ubezpieczonym. Wspólnym interesem są jak najbardziej atrakcyjne warunki ubezpieczenia i możliwie pełna ochrona – mówi prezes TUW Polskiego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych Rafał Kiliński.

Bez przetargu, bez zysku ze strony ubezpieczyciela. Dla kogoś, kto nie słyszał o idei ubezpieczeń wzajemnych, może to brzmieć zaskakująco. Pytanie tylko, czy dla samorządu to jest atut? W administracji nie zawsze warto wychodzić przed szereg, a procedura przetargowa może się komuś jawić jako bardziej przejrzysta.

Nie ma większej przejrzystości niż w ubezpieczeniach wzajemnych, w których każdy ubezpieczony jest jednocześnie członkiem towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, a więc jego udziałowcem. Zyskiem dla niego jest tańsza polisa, a gwarancją transparentności – wgląd w kwestie finansowe związku wzajemności członkowskiej. Pokazujemy wszystkie koszty administracyjne, reasekuracji, szkodowość związku i kwoty składki. W ten sposób budujemy jednocześnie dobre relacje i zaufanie. Jest jeszcze jeden atut. TUW PZUW jest oceniany przez instytucje zewnętrzne. Ma rating na wysokim na poziomie A-. To ważny argument dla samorządów, które ubiegając się o środki zewnętrzne, pokazują swoje zabezpieczenia.

Brak konieczności przetargu to niejedyna różnica pomiędzy TUW a klasycznym ubezpieczeniem. Co poza tym wyróżnia takie ubezpieczenia?

Komercyjny ubezpieczyciel ma klientów. My mamy udziałowców, którzy są naszymi członkami ubezpieczającymi się na zasadzie wzajemności. Wspólnym interesem są jak najbardziej atrakcyjne warunki ubezpieczenia i możliwie pełna ochrona. To, co u komercyjnych ubezpieczycieli jest zyskiem, u nas stanowi nadwyżkę, którą oddajemy ubezpieczonym.

Członkom TUW musi więc cały czas zależeć na jak najmniejszej liczbie szkód, bo dzięki temu mają taniej albo mogą liczyć na częściowy zwrot składki. Czy zarządzane przez pana towarzystwo współpracuje z samorządami pod kątem ograniczania ryzyka?

Szerokie wsparcie dla ubezpieczonych w zakresie minimalizowania ryzyka i tzw. proaktywna likwidacja szkód – to nasze atuty rynkowe. Współpracujemy w tym zakresie z samorządami i ich brokerami, na przykład organizując wspólne warsztaty, podczas których diagnozujemy problemy i wypracowujemy optymalne rozwiązania. Wspieramy finansowo samorządy, pomagając ograniczać ryzyko, za pośrednictwem naszego funduszu prewencyjnego.

Przekazujemy pieniądze na projekty, który służą bezpieczeństwu. Na przykład gmina Nasielsk na Mazowszu dzięki wykorzystaniu środków z funduszu prewencyjnego TUW PZUW rozbudowała system miejskiego monitoringu, a Łódź zabezpieczyła kilkanaście kamienic przeznaczonych do generalnego remontu lub rozbiórki. Cennym i fachowym wsparciem w obszarze zarządzania ryzykiem są także inżynierowie ryzyka z PZU LAB, którzy oferują szyte na miarę, czasem nietypowe rozwiązania dla naszych członków.

Czy rola brokera zmienia się jakoś w przypadku współpracy z TUW?

Współpraca z brokerem ma znaczenie przede wszystkim z punktu widzenia samorządów. Po pierwsze, broker – a musi nim być licencjonowany profesjonalista – ma za zadanie wskazać wszystkie ryzyka, które mogą zagrażać miastu czy gminie. Zarówno te dotyczące mienia, w tym np. dróg, szkół, urzędów, jak i odpowiedzialności cywilnej czy danych osobowych. Jeśli miasto albo gmina ubezpieczy wszystkie wskazane przez brokera elementy ryzyka, a wydarzy się coś, czego broker nie ujął w swojej analizie, to samorząd ma prawo żądać od niego odszkodowania. Jest wypłacane z obowiązkowego dla brokerów ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej.

Po drugie, zaangażowanie brokera może prowadzić do oszczędności czasu, wysiłku i pieniędzy. Dla nas, firm i towarzystw ubezpieczeniowych oraz dla brokerów, ubezpieczenia są solą tej ziemi. Dla włodarzy miast i gmin, podobnie zresztą jak dla menedżerów w dużych firmach, są na marginesie uwagi. To kilka promili, jeśli nie mniej, ich obrotów. Jednostka samorządowa skupia się na dziesiątkach ważnych problemów, jak oświata, kanalizacja, drogi. Trudno więc sobie wyobrazić, że miasto czy gmina będzie ściągać wyjątkowego specjalistę do zarządzania ryzykiem u siebie. O wiele wygodniejsze i tańsze z punktu widzenia samorządów, zwłaszcza mniejszych, będzie zatrudnienie brokera. Kosztem jest prowizja, którą płaci zakład ubezpieczeniowy. Można powiedzieć, że broker to taki outsourcowany „departament risk management”.

Porozmawiajmy chwilę o tym, co i jak się ubezpiecza. Wiele mówi się, szczególnie ze względu na telepracę i wszelkie formy zdalnego załatwiania spraw, o cyberbezpieczeństwie. Na ile ten element ubezpieczeń w Polsce jest ważny?

O cyberbezpieczeństwie mówi się wiele, ale nie przekłada się to na duże zainteresowanie ubezpieczeniami. Przyczyną nie są wyłącznie koszty. Są również obawy związane z koniecznością wykonania audytu, z którego zazwyczaj wynika konieczność wprowadzenia dodatkowych procedur i zabezpieczeń. Audyt może pokazać również wiele dziur i luk, które trzeba łatać. Są więc tacy, którzy wolą chować głowę w piasek i udawać, że wszystko jest w porządku.

Dopóki więc – co mówię z przykrością – któryś z samorządów nie stanie przed groźbą wypłaty dużego odszkodowania z powodu na przykład wycieku danych wskutek niedostatecznych cyberzabezpieczeń, rezerwa wobec ubezpieczeń w tej dziedzinie będzie się utrzymywać. Działa tu element psychologiczny. Znamy z własnego doświadczenia wiele przypadków, kiedy coś się spaliło, zawaliło, zostało zalane. Każdy więc myśli, żeby się przed tym zabezpieczyć, ubezpieczając mienie. Straty będące efektem lekceważenia zasad cyberbezpieczeństwa nie są nagłaśniane. Warto być jednak mądrym przed szkodą. A wraz ze zwiększeniem zainteresowania cyberubezpieczeniami będą one coraz tańsze.

W takim razie wróćmy na ziemię, czyli do ubezpieczeń mienia i polis majątkowych. Mówi się, że mamy coraz więcej gwałtownych zjawisk atmosferycznych, które grożą utratą mienia. Ubezpieczenia stają się zapewne coraz droższe?

U nas – niekoniecznie. To wynika z metody kwotowania stosowanej w ubezpieczeniach wzajemnych. W komercyjnym zakładzie cena musi być od początku wyższa, bo dodatkowe ryzyko musi zostać w nią od razu wkalkulowane. W TUW możemy sobie pozwolić na niższe kwoty i ewentualną dopłatę. Na przykład osoba oceniająca ryzyko wycenia je na 300 jednostek.

U komercyjnego ubezpieczyciela klient musi te 300 zapłacić od razu. I albo dojdzie do szkody, za którą dostanie odszkodowanie, albo nie. My za to samo ryzyko możemy wziąć 200 jednostek, ustalając, że dobierzemy jeszcze 100 w przypadku wyjątkowego pecha, a więc niekorzystnego zdarzenia. Różnice i proporcje są zwykle inne, ale chodzi mi o pokazanie samego mechanizmu, dzięki któremu możemy oferować tańsze polisy. Pamiętajmy przy tym, że ewentualna dopłata dotyczy nie wartości szkody, tylko wysokości ustalonej w umowie składki. U nas jest to statutowo do 50 proc. składki. Stąd te 100 jednostek w podanym przykładzie.

Rozumiem, że na te ewentualne dopłaty i zwroty wpływają wydarzenia w całej grupie w ramach towarzystwa, a nie tylko w jednej jednostce?

Tak, ale wyjaśnienia wymaga, na czym taka grupa polega. Ponieważ wśród naszych członków mamy bardzo różne podmioty: od kopalń, przez szpitale, po samorządy, to są one podzielone na „związki wzajemności członkowskiej”, czyli takie TUW w TUW. Te związki rozliczają się właśnie w ramach swojej grupy. Gromadzimy w jednej grupie podobne gminy, a dla dużych jednostek samorządu terytorialnego budujemy dedykowane im związki.

Duży samorząd ma bardzo wiele jednostek, spółek, które wspólnie budują taką „grupę rozliczeniową”. Korzyści płyną z efektu skali. W przypadku „związku wzajemności”, na który składają się różne gminy, dołączenie do niego wymaga zgody wszystkich członków. Nie ma więc najmniejszej obawy, że dołączymy do takiej grupy jakiś niepożądany podmiot.

TAGI: Finanse,