W samorządach

Student objął rządy w Jejkowicach

Sławomir Bukowski

05.12.2012

Przychodzi kandydat na wójta do domu górnika. – Zbierom podpisy pod moja kandydatura. Podpiszecie? – Chwila, synek, ale ile ty mosz lot? – Nooo... dwadzieścia pięć. – A babę mosz? – Nie, ni mom. – To co ty chopie wiesz o życiu... Ale mosz tu mój podpis.

 

 

Gdy parę tygodni temu Marek Bąk w drugiej turze wyborów pokonał aktualnego wiceprzewodniczącego rady, został najmłodszym wójtem w Polsce. Rządzi Jejkowicami, najmniejszą w Polsce gminą. Dwa razy „naj” dobrze wróży. – Nie zapeszajmy, muszę się dużo uczyć. Siedzę i czytam masę regulaminów, zarządzeń, uchwał. Nie ogarniam tego... – wzdycha.

 

Wygląda na studenta i pierwsze wrażenie nie myli. Studiuje prawo na Uniwersytecie Śląskim. – Trochę to zawaliłem, nie dało się prowadzić kampanii i studiować. Ale magisterkę mam już napisaną. Chcę się bronić w przyszłym roku – podkreśla. Jaki temat pracy? – Prawo pierwokupu jako instrument ograniczający swobodę kontraktowania.

– Ambitny – rzucam.

– Tak, nie wiem, czy nie zanadto. Ale mnie to ciekawi. Zawsze chciałem być prawnikiem, moja mama pracuje w sądzie jako sekretarz i odradzała mi te studia. Ale ja się uparłem.

 

Tylu inwestycji tu jeszcze nie było

Autobus miejski z Rybnika jedzie do Jejkowic dwadzieścia kilka minut. Po lewej stronie szosy okazały, zbudowany na wzniesieniu kościół. Tablica z nazwą miejscowości. Na poboczu chłop sprzedaje z ciężarówki warzywa. W wielkich workach popakowane ziemniaki. Koniec trasy. „Jejkowice Centrum” – głosi okazała tablica na blaszanej wiacie. Centrum to kilka sklepów postawionych ciasno jeden przy drugim. Dwa spożywcze, przed każdym po kilka rowerów. Sklepik ze wszystkim – wieńce cmentarne, łopaty, miotły, farby. Na drzwiach: „Zbieramy nakrętki plastikowe”. Obok sklep „Kuchnie na wymiar”, a przed nim wieszaki z zimowymi płaszczami. Jest apteka i, a jakże, salon fryzjerski. Karczma „Strzelec”. Półotwarte drzwi, niespiesznym krokiem ciągną ubrani na ciemno ludzie. Żałobnicy na stypę.

 

Wzdłuż głównej drogi porządny chodnik wyłożony kostką. Przy skrzyżowaniach zielone tabliczki z nazwami ulic. Jest nawet Dworcowa, choć dworca nie ma. Tylko towarowe pociągi tutaj jeżdżą.

 

– Gmina? A widzi pan choinkę? Za nią w prawo – rzuca starsza kobieta. Jednopiętrowy kremowy budynek. Niebieska tablica z nazwą banku gryzie się z barwą elewacji. Ale to bank, który obsługuje gminę. Takie czasy, reklama musi być. Czerwona tabliczka, że to urząd gminy, znacznie skromniejsza.

 

Gabinet wójta jest niewielki. Na ścianie zdjęcie satelitarne gminy. Na biurku laptop. Na regale zdjęcie poprzedniego burmistrza, obok księga kondolencyjna. – Chciałbym być choć w połowie taki, jak pan Czesław. To był taki ciepły człowiek... W jego języku słowa „nie” czy „nie mogę” nie istniały – mówi nowy wójt.

 

Tamto wydarzenie wstrząsnęło wsią. Nocą 30 czerwca Czesław Grzenia zmarł na zawał. Choć wójtem Jejkowic był raptem dwa lata, samorząd znał od podszewki, od początku istnienia gminy Jejkowice pracował w urzędzie. Z zawodu budowlaniec. To on rozpoczął budowę nowej sali gimnastycznej przy gimnazjum, to on poczynił przygotowania do budowy przedszkola, rozkręcił budowę kanalizacji. Ludzie mówili, że tylu inwestycji naraz jeszcze w Jejkowicach nie było. Dobry gospodarz. Jego następca musi tylko kontynuować to, co pan Czesław zaczął. Nie zepsuć.

 

Dlaczego wygrał młody?


Marek Bąk przywykł już do odpowiadania na identyczne pytania. Była u niego telewizja, pisały lokalne gazety. Bo najmłodszy wójt w kraju. Dwa lata temu został radnym. W Jejkowicach kandydatów wystawiły wtedy trzy komitety: LKS Jedność Jejkowice (czyli klub piłkarski), Ochotnicza Straż Pożarna i Niezależni. Bąk startował pod szyldem klubu piłkarskiego. Nie miał problemu z rozpoznawalnością, wcześniej udzielał się społecznie, działał w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży w Jejkowicach. Ludzie go znali, zwłaszcza młodzi. W radzie gminy został przewodniczącym komisji budżetu. W końcu studiuje prawo.

 

Po śmierci wójta znajomi zaczęli namawiać: „Startuj Marek, jesteś stąd, znany, masz szansę”. Potraktował to poważnie. Chodził po domach, rozmawiał, namawiał. Rozdawał ulotki. – Gruszek na wierzbie nie obiecywałem. Żadnych aquaparków i innych fajerwerków. Bo nie ma pieniędzy. Ja ludziom mówiłem, że będę kontynuował to, co poprzednik zaczął. Czyli kanalizacja, hala sportowa, przedszkole – mówi.

 

Kontrkandydatów miał mocnych: wiceprzewodniczący rady Franciszek Kieś, radny Leszek Rusiński oraz przewodniczący rady poprzedniej kadencji Grzegorz Wojaczek – ten ostatni zresztą w 2010 roku w wyborach na wójta został pokonany przez Czesława Grzenię. Starzy wyjadacze. Co ciekawe, wszyscy obiecywali ludziom mniej więcej to samo: że będą pracować tak, żeby we wsi żyło się lepiej, że bliska im ekologia, ale najważniejsze jest kontynuowanie rozpoczętych inwestycji.

 

Pierwsza tura wyborów odbyła się 30 września. I od razu niespodzianka: do drugiej przechodzą Kieś i Bąk. 14 października kolejne zaskoczenie. Wygrywa Bąk. Zebrał 686 głosów. Franciszek Kieś – 533. Frekwencja w obu turach podobna, w granicach 40 proc.

 

– Oczywiście, że chciałem wygrać, w końcu po to startowałem, ale szczerze mówiąc jak nad ranem zadzwonił do mnie znajomy z komisji wyborczej i powiedział: „Dzień dobry, panie wójcie”, zbaraniałem. Uznałem to za żart. Ale niedługo potem komórka mi się rozdzwoniła. Znajomi dzwonili z gratulacjami.

 

Dlaczego wygrał 25-latek? Może dlatego, że chodząc po domach zaktywizował młodych ludzi i zachęcił, by poszli do urn i oddali głos na niego. Zresztą jest komunikatywny, umie rozmawiać i słuchać ludzi. A to w małej lokalnej społeczności, gdzie o zwycięstwie decydują czasem pojedyncze głosy, jest bardzo ważne.

 

To jest nasz wójt, wójta trzeba szanować

Mieczysław Wojaczek, przewodniczący rady gminy, starannie dobiera słowa. – To reguły demokracji. Wybraliśmy Marka na wójta. I ci, co nie poszli do urn, i ci co zagłosowali na kogoś innego, wszyscy wybrali Marka. To nasz wójt. Nasz – podkreśla. – U nas nie ma tak, że ktoś gra przeciwko komuś. Tu wszyscy się znamy. Więc teraz tak zorganizujemy pracę, żeby nowemu wójtowi pomóc. Wójtowi należy się szacunek.

 

Wojaczek, jak większość mężczyzn z Jejkowic, pracuje w kopalni. Jest sztygarem. Sam nie startował w wyborach na wójta, bo jak mówi rozmawiał sporo z rodziną i wspólnie doszli do wniosku, że praca w kopalni jest ważna. A gminę zna jak własną kieszeń, wie, jak planować inwestycje i jak gasić swary między radnymi. Bo choć w Jejkowicach dużych kłótni nie ma, to małe się zdarzają. Ktoś na przykład chce, żeby na jego ulicy latarnie postawić, albo asfalt położyć. Bo ciemno, niebezpiecznie, bo ludzie przy tej ulicy płacą podatki, więc im się należy. Tak, ale innym też się należy, a inwestycje trzeba planować z głową. Najpierw infrastruktura, kanalizacja, a asfalt na końcu. Żeby potem nie pruć, jak to w niektórych miastach się dzieje. Więc z radnymi trzeba rozmawiać, przekonywać i razem walczyć o duże sprawy. Żeby docelowo 60 proc. gospodarstw miało kanalizację. Żeby hala sportowa była i przedszkole, bo to inwestycje dla wszystkich.

 

– Ja teraz Markowi daję pięć minut sławy zwycięzcy. Niech się zaadaptuje w nowej roli. Poza tym pora roku taka, że masa reprezentacyjnych obowiązków, bo i barbórka zaraz, z górnikami trzeba się pospotykać, i koło gospodyń wiejskich zaprasza. Ale potem czekam, że Marek mnie poprosi, usiądziemy razem i ustalimy, co trzeba robić. Żeby było wiadomo, co najważniejsze. O budżet na nowy rok jestem spokojny, pani skarbnik jest doświadczona, na pewno świetnie przygotowała projekt. Ale zaraz trzeba przetarg na budowę przedszkola rozpisywać. I nowe zasady gospodarowania odpadami wchodzą, czeka nas przetarg na odbiór śmieci – wylicza.

 

Gdy Bąk przed dwoma laty został radnym, Wojaczek był dla niego jak starszy kolega. Tłumaczył, doradzał, tamten zresztą sam pytał o wiele spraw. Teraz ich relacje siłą rzeczy się zmienią. – Marek nie będzie miał łatwo. Jest młody, pełen ideałów, ale nie ma doświadczenia. Ważne, żeby dobrał sobie dobrych ludzi, którzy będą mu doradzać, którzy napiszą dobre wnioski o dofinansowanie. Ja też służę pomocą. Bo to jest, jak już panu mówiłem, nasz wójt – kończy.

 

My wiemy, że wójtowi się uda

Gmina Jejkowice to raptem 3,5 tys. mieszkańców. W gruncie rzeczy wszyscy się znają, przynajmniej z widzenia. Wiedzą, kto gdzie mieszka, kto z kim i dlaczego. Wójta z nazwiska zna każdy. I o dziwo, kogokolwiek zapytać, twierdzi, że wójtowi się uda. – To co że młody? Ale chytry jest. Wszędzie go pełno. I tu, i tu. On tam już wie, co robić. Napisał przed wyborami co zrobi i ja wiem, że zrobi. Stanisław Skupień jestem. Mam 81 lat. Co? Że dużo? O, patrz pan, tamten pod sklepem ma 89 lat i jak się trzyma, cały czas na chodzie – peroruje starszy mężczyzna koło przystanku autobusowego. – Górnik jestem, jak tu mu wszyscy. A wójt kanalizację będzie nam dalej robił. Co bym mu poradził? Żeby te kominy pierońskie polikwidował. Tu ludzie mułem w piecach hajcują, że ino smród idzie.

 

Młoda kobieta z dwójką dzieci uśmiecha się, gdy pytam o wójta. Aldona Skupień, mieszka w Jejkowicach. Czy to rodzina Stanisława Skupnia? – Nie, dużo Skupniów tutaj mieszka. A wójta znam tylko z widzenia. Nie głosowałam na niego – przyznaje. – Pewnie, że sobie da radę. Przydałby się nam we wsi fajny plac zabaw. Nie ma gdzie pójść dziećmi, żeby się pobawiły. Ale ja bym się stąd nie wyprowadziła. Jejkowice są fajne. Wszystko zadbane, do Rybnika blisko.

 

Wójt Bąk uśmiecha się, gdy pytam go potem o plac zabaw. – Tak, chciałbym zrobić coś takiego, bo ten placyk przy starym przedszkolu już nie jest na te czasy. Ale to kolosalny wydatek, nie na najbliższe miesiące. Plac zabaw powinien być przy stadionie. Rodzice oglądaliby mecz, a dzieciaki by się bawiły. Tu wszyscy chodzą na mecze, całe rodziny. Ja sobie obiecałem, że jako wójt nie opuszczę żadnego meczu. No i siłownię dla dorosłych na świeżym powietrzu chciałbym kiedyś zrobić. Ale to plany na następną kadencję. Jeśli mnie ludzie za dwa lata znowu wybiorą.

 

Co go wkurza we wsi? Dłuższa chwila namysłu... – Wie pan, tu trzeba ludzi ekologii zacząć uczyć. Zacząć zmieniać ich mentalność. Żeby przestali palić śmieci w piecach. Nowe zasady gospodarowania odpadami to dobry pomysł, skoro gmina odbierze śmieci, to palenie nimi w piecach nie będzie miało sensu. Powalczę o dofinansowanie do pieców ekologicznych, bo wiem, że jest zainteresowanie. Ale teraz czeka mnie seria spotkań z mieszkańcami. Opłata śmieciowa u nas oznacza, że dla ludzi koszty pójdą w górę. Trzeba będzie przekonywać, tłumaczyć. To trudne.

 

Wójt tak, zastępca nie

Marek Bąk już postanowił: zastępcy wójta nie będzie. Skoro nie ma pieniędzy na wiele ważnych rzeczy, nie ma co mnożyć etaty. – Muszę się skonsultować z prawnikiem, jak rozpisać pełnomocnictwa, żeby nie było się do czego doczepić – uśmiecha się. A jeśli pójdzie na urlop, co wtedy? – Gdzie tam urlop. Jeszcze latem myślałem, żeby zimą w góry pojechać, na nartach pojeździć. Teraz nie ma o czym gadać. Jak spadnie śnieg, zaraz rozdzwonią się telefony, żeby odśnieżać drogi, trzeba będzie wszystko koordynować. Może parę dni wolnego w następne lato uda mi się wziąć.

 

Gdzie jeździ na nartach? – Tu niedaleko, w Beskidach, na Czantorii. Ale jeżdżę to za dużo powiedziane. Uczę się, idzie mi coraz lepiej. Na razie deski będą stały w domu i się kurzyły.

 

Co narzeczona na to, że został wójtem? – Jaka narzeczona?!  Jestem wolny. Coś tam kiedyś było, spotykałem się, ale nic z tego nie wyszło. Może pan napisać, że jestem do wzięcia.