W samorządach

Spotkanie z Michałem

Janusz Król

17.01.2013

Profesora Michała Kuleszę poznałem 17 grudnia 1990 roku na zebraniu założycielskim Międzykomunalnej Spółki Akcyjnej Municipium.

Przyjechałem tam ze swego Stoczka, reprezentując gminę w nowej spółce wydawniczej. Z tej perspektywy spotkanie z energicznym, młodym docentem, głęboko zaangażowanym w dziejącą się na naszych oczach Historię, było przeżyciem ogromnym. Tym bardziej, że Michał – szybko skrócił dystans i przeszliśmy na Ty – miał w sobie pasję, którą podzielało wówczas wielu z nas, samorządowców.

 

Rzeczowo i konkretnie przedstawił założenia wydawnictwa i podkreślał, że najważniejsze zadanie nowej spółki to chronić niezależność kilka miesięcy wcześniej powstałej „Wspólnoty”. Bo będzie ona potrzebna do walki o najważniejsze sprawy samorządowe. Nikt z nas – a było na sali kilkadziesiąt osób – nie miał wątpliwości, że ma rację. Tylko pewnie nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, jak trudna to będzie walka i jak bardzo dla Niego wyniszczająca.

 

Przez kolejne 7 lat spotykaliśmy się co kilka miesięcy. Michał w tym czasie zajmował ważne stanowiska państwowe, pracował na Uniwersytecie Warszawskim, w kancelarii prawnej. Ale zawsze wiedział, co się dzieje w gazecie i w spółce. To budziło mój podziw, że człowiek tak zajęty najważniejszymi sprawami państwowymi, jest perfekcyjnie przygotowany do każdej rozmowy na tematy tak bardzo – zdawałoby się – błahe, jak kwestie kadrowe czy wiecznie kulejące finanse niewielkiego wydawnictwa. W czym tkwiła tajemnica tego przygotowania?

 

Odpowiedź poznałem w 1998 roku. Zaprosił mnie do pracy przy drugim etapie reformy samorządowej w Jego zespole w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Akurat była to propozycja na czasie, bo właśnie zrezygnowałem z pracy w gminie. Ten zespół – Departament Reform Ustrojowych Państwa – był przedziwny i kompletnie nie pasował do KPRM. Bardziej przypominał obóz harcerski  niż urząd. I to pod względem wieku zatrudnianych ludzi, jak i sposobu pracy. Grupa studentów pod kierownictwem Włodka Tomaszewskiego opracowywała tabele kompetencyjne, przygotowując ustawę o podziale kompetencji pomiędzy poszczególne poziomy samorządu i administracji rządowej. Inni studenci koordynowali prace sekretariatu Michała. Jeszcze inne grupy „dzieciaków” wspierały koordynatorów merytorycznych – od promocji, kontaktów z mediami, kontaktów z parlamentem itd.  A do tego mnóstwo zewnętrznych konsultantów i współpracowników – m.in. Andrzej Porawski, Rudolf Borusiewicz, Marek Wójcik, Sławek Wysocki. Ministrowie prof. Jerzy Regulski, prof. Jerzy Stępień, dr Józef Płoskonka i inni. Dosłownie tłumy.

 

Ponieważ dojeżdżałem codziennie z mojego oddalonego o 90 kilometrów od Warszawy Stoczka, pracowałem na 3/4 etatu. Uznałem, że dojeżdżanie uniemożliwi mi dotrzymanie warunków zatrudnienia na pełny etat. Tak mi się wydawało. Niestety, rzeczywistość zawsze nas zaskakuje nieprzyjemnie i już chyba w pierwszym tygodniu pracy zostałem umówiony z Michałem na spotkanie o wpół do pierwszej w nocy. Umówił mnie jego studencki sekretariat. Kiedy godzinę po spotkaniu wsiadałem do samochodu, aby pojechać do domu, Michał jeszcze został w kancelarii premiera. Przygotowywał test egzaminacyjny dla studentów wydziału prawa. Ten rytm naszej pracy – od świtu do nocy – kontrastował z zachowaniem reszty urzędu, który funkcjonował jak w zegarku od 8.15 do 16.15. Dzisiaj wiem, że nie byłoby możliwe przeprowadzenie tak ogromnych zmian legislacyjnych, gdyby nie nadzwyczajne zaangażowanie Michała i jego zespołu. A zespół zebrał taki, że nikt nie pytał o godziny pracy, tylko o to, co jest do zrobienia.

 

Strasznie przeżył oskarżenia o współpracę ze służbą bezpieczeństwa. Kiedy rozmawiałem z Nim, był zdruzgotany. Nie wiedziałem, jak mu pomóc. Mogłem tylko wymamrotać parę słów otuchy. Oczywiście, nie poddał się i walczył do końca. Wygrał proces, udowodnił, że to nieprawda. Wiedział, że oskarżenie rzucono w ramach walki z Jego koncepcją państwa. Aby Go utrącić.

 

Michał nie odpuszczał niczego. Kiedy w 2010 roku organizowaliśmy jubileusz 20-lecia „Wspólnoty” w teatrze Roma, poprosiłem Go o konsultacje scenariusza uroczystości. Uważnie przeczytał wszystkie teksty. – A dlaczego nie zamierzasz powitać żon i mężów samorządowców? – zdziwił się – Przecież ich zapraszasz! Pomyśl, jak ciężko jest mieć w domu wójta czy burmistrza. Przypomnij sobie! – Jasne. Jak z wieloma innymi rzeczami, które stawały się oczywiste, kiedy o nich powiedział. Wcześniej nie przychodziły do głowy.

 

Nie odpuszczał także wtedy, kiedy przyszła choroba. Męczył Go ten rak dobre dziesięć lat. Kolejne operacje, chemie, naświetlania, badania. Ale nieustannie pracował. Kiedy tylko wychodził ze szpitala, wracał na uniwersytet i do kancelarii prawnej. Nigdy się nie poddawał, niechętnie mówił o chorobie i stale pamiętał o swojej samorządowej pracy. W ostatnich miesiącach był mocno zaangażowany w projekty powstające w Kancelarii Prezydenta. Mówił, że jest jeszcze tyle do zrobienia.

 

Może jest niestosowne to pisanie osobistych wspomnień, kiedy odchodzi wybitny Działacz Państwowy, błyskotliwy Profesor, Mentor…  Ale Michał pozwalał mi cieszyć się swoją Przyjaźnią. Przed Nowym Rokiem zadzwoniłem do Niego z życzeniami. Nie odbierał telefonu, więc nagrałem życzenia na pocztę i poprosiłem, abyśmy się spotkali na początku stycznia. Już nie oddzwonił.

TAGI: michał kulesza,