Rozmowy Wspólnoty

Razem jesteśmy silniejsi

Jeśli chcemy być samorządami aktywnymi, jeśli chcemy, aby nas słuchano i liczono się z naszym zdaniem, to musimy zrozumieć, że zjednoczeni będziemy mogli osiągnąć więcej – mówi Jacek Gursz, burmistrz Chodzieży, przewodniczący Stowarzyszenia Gmin i Powiatów Wielkopolski

W ubiegłym roku SGiPW obchodziło jubileusz 30-lecia, jakie osiągnięcia Stowarzyszenia uznaje pan za najważniejsze?
Naszym największym osiągnięciem i jednocześnie nagrodą za pracę zwłaszcza w ostatnich czterech latach jest to, że jesteśmy rozpoznawalni w środowisku samorządowym. Paradoksalnie pomogła nam w tym pandemia, która zmusiła nas do nowych form pracy, w tym do pracy zdalnej, i która postawiła przed nami zupełnie nowe wyzwania oraz konieczność realizacji zadań wcześniej niespotykanych. Sprawne wykonywanie tych zadań i nowe metody pracy sprawiły, że jesteśmy rozpoznawalni nie tylko w środowisku samorządowców wielkopolskich, ale także wśród organizacji samorządowych w całej Polsce.

Jednak SGiPW skupia zaledwie połowę wielkopolskich samorządów – wprawdzie jest to więcej niż w organizacjach ogólnopolskich, do których należy nie więcej niż jedna trzecia JST – jednak dlaczego tak wiele z nich chce pozostać na uboczu?
Zarówno my, jak i inne organizacje samorządowe nieustannie prowadzimy akcję rekrutacyjną, jednak nie potrafię wyjaśnić, dlaczego jest taki opór niektórych samorządów przed zrzeszaniem się. Jeśli chcemy być samorządami aktywnymi, jeśli chcemy, aby nas słuchano i liczono się z naszym zdaniem, to brak zrozumienia, że zjednoczeni będziemy mogli osiągnąć więcej, jest kompletnie niepojęty. Przecież zawsze pojawiały się przeszkody polityczne i to bez względu na to, jaki był rząd. Samorządy zawsze były niedoceniane, spychane na ubocze, narzucano nam nowe zadania bez odpowiednich środków, krępowano inicjatywę itd. Powinno być więc oczywiste, że kiedy samorządy będą bardziej zjednoczone, to nasz głos będzie silniejszy, będzie się z nim musiał liczyć rząd, ale też inne instytucje, bo przecież nie tylko władza państwowa jest naszym partnerem. Z rozmów z kolegami wnioskuję, że czasem chodzi o pieniądze i choć obowiązująca w naszym stowarzyszeniu składka członkowska nie jest wygórowana, niektórym chodzi o to, aby nie płacić składek w kilku stowarzyszeniach. Czasem przeszkodą do wstąpienia gminy do organizacji samorządowej bywają negatywne stanowiska radnych, którzy nie widzą bezpośrednich korzyści z członkostwa, ale są też wójtowie i burmistrzowie twierdzący, że przynależność do takiej organizacji nic ich jednostce nie daje. To oczywisty absurd, ale takie poglądy bywają deklarowane wprost. Myślę jednak, że nie powinniśmy malować zbyt czarnego obrazu, przecież prawie każda gmina należy do jakiejś organizacji – mamy związki ogólnopolskie, regionalne, związki komunalne dotyczące określonych zadań samorządowych i wiele innych stowarzyszeń.

Rozmawiamy w chwili, gdy SGiPW przejmuje półroczne przewodnictwo w OPOS. Początki tej organizacji, które są zresztą dużą zasługą SGiPW, były ambitne, a o niej samej było dość głośno. Dzisiaj jest już zdecydowanie ciszej, nawet strona internetowa jest nieaktualna od roku. Jaką ma pan receptę na ożywienie działalności OPOS-u?
Przede wszystkim musimy wrócić do idei, które przyświecały nam na początku drogi. Wytłumaczeniem obecnego zastoju może być fakt, że w dzisiejszym samorządzie jest wiele spraw, którymi wójtowie oraz burmistrzowie muszą się martwić na serio. Konieczność skupienia się na tym, co trzeba zrobić w naszych miastach i gminach, zabiera tyle czasu, że po prostu brakuje go na działalność ponadgminną. Tym niemniej praca w OPOS-ie jest prowadzona, i to całkiem intensywnie, na szczeblu dyrektorów i pracowników biur organizacji regionalnych. Są spotkania, jest koordynacja w zakresie przygotowywania opinii i stanowisk, ale nie wszystko da się zrobić w taki sposób, więc brak czasu, na który narzekają liderzy poszczególnych związków, ma swoje negatywne konsekwencje. Zrobię wszystko, aby zintensyfikować spotkania liderów, wójtów i burmistrzów. Będę je organizował także z użyciem narzędzi, które nauczyliśmy się wykorzystywać podczas pandemii, a więc zdalnie przez internet.

W przyszłym roku OPOS będzie obchodził jubileusz dziesięciolecia istnienia. To dobrze, że nastąpi intensyfikacja spotkań i konsultacji, natomiast ważne jest pytanie, na jakim polu ta intensyfikacja jest szczególnie potrzebna, jakimi problemami trzeba się zająć?
Tematów jest mnóstwo, bo niemal codziennie władzy rodzi się jakiś pomysł uderzający w samorządy. Musimy na to szybko i wyraziście reagować.

Obecny czas jest trudny dla wszystkich organizacji samorządowych, trudny przede wszystkim dla samorządów zmuszonych do zmagania się z wysokimi kosztami spowodowanymi rosnącą inflacją. Jak pan sądzi, dlaczego samorządom nie udaje się uzyskać postulowanych zmian prawnych, podczas gdy drogą dotacji płyną do gmin naprawdę duże pieniądze?
Ująłbym to tak: do gmin płyną duże pieniądze, ale jeszcze większe wypływają. A dlaczego nie udaje się nam przekonać kolegów do protestu przeciwko takiej polityce? No cóż, wielu wójtów i burmistrzów nie chce zaszkodzić swojej gminie. Każdy sprzeciw jest bowiem odbierany jako kontra wobec rządzących. Powiem to jeszcze raz: samorządy były traktowane po macoszemu bez względu na to, kto rządził – czy było to SLD, PO czy PIS, choć akurat PIS przekroczył wszelkie granice – ale nigdy nie było tak, że próbowano samorządom zakneblować usta czekami. Są więc wśród nas tacy, którzy boją się protestować, by nie utracić pieniędzy dla swojej gminy z kolejnej transzy Polskiego Ładu czy z innego programu. To jest naturalna postawa i nie mam pretensji do moich kolegów, bo przecież taka postawa służy lokalnej społeczności, dla której dany wójt pracuje. Ale są też tacy, którzy walczą i nie boją się otwarcie i mocno mówić o rządowo-samorządowym konflikcie. Pytanie co zwycięży, czy chęć walki o samorząd, czy tylko o swoje miasto.

Zastanawiam się w tym kontekście, czy walka o interesy samorządu musi mieć formę ostrej konfrontacji z rządem, czy raczej powinna być poszukiwaniem dialogu. Pamiętam doskonale lata dziewięćdziesiąte, kiedy nie było jeszcze ustawowo umocowanej Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego i reprezentacja samorządów spotykała się w kluczowych sprawach z premierami w ich gabinecie. Dzisiaj posiedzenia Komisji Wspólnej to setka osób w sali, dwie godziny obrad i czterdzieści punktów porządku dziennego, w których w większości rozpatrywane są opinie do rozporządzeń w mało istotnych sprawach. Tu nie ma szans na dialog, na żadną poważną rozmowę.
Właściwie sam pan sobie odpowiedział na pytanie. Faktycznie, dzisiaj Komisja Wspólna nie spełnia swojej roli, jest jakby atrapą tego, co powinno istnieć. Niby wysłuchuje się strony samorządowej, jeden z przedstawicieli rządu mówi, że tak, trzeba się nad problemem pochylić, rozwiązać go, ale potem drugi stwierdza, że tak się nie da i ucina dyskusję. Rząd prezentuje nam więc iluzję współpracy, ale naprawdę robi swoje bez liczenia się z opinią samorządu. Dowodem na to jest fakt, że większość istotnych dla nas ustaw wnoszona jest do parlamentu jako projekty poselskie bez jakichkolwiek konsultacji z samorządami. Czy w tej sytuacji ktoś może sobie dzisiaj wyobrazić spotkanie samorządowców z premierem w jego gabinecie? Przy dzisiejszym konflikcie trudno o takie spotkanie, choć samorządowcy wielokrotnie wysyłali sygnały, że tego oczekują i że chcą nie pieniędzy, ale systemu pozwalającego na właściwe funkcjonowanie samorządów.

Czy czytał pan program nazwany przez organizacje samorządowe Sanacją Finansów Państwa, który w formie pakietów ustaw został wniesiony do Senatu RP? Bo tam się mówi generalnie o pieniądzach.
Jeszcze nie widziałem tych projektów.

Mamy tu pewien problem charakterystyczny dla tego dialogu: każda strona mówi do siebie. Przyjrzałem się historii finansów kilku samorządów, ale skoro rozmawiam z panem, to spójrzmy na Chodzież. W 2016 roku budżet miasta wynosił 52 mln zł, a od kilku lat jest to już ponad 80, na ten rok 87 mln zł. To jest gigantyczny skok. Inflacja uderzyła w budżety samorządowe dopiero w drugiej połowie ubiegłego roku, więc rząd nie bez racji utrzymuje, że ostatnie lata były dla samorządów tłuste.
Ale z czego to wynika? Od lat jesteśmy liderem północnej Wielkopolski w pozyskiwaniu zewnętrznych funduszy i to nie tych pochodzących z Polskiego Ładu, tylko z pieniędzy unijnych. Także dochody własne nie są rządową darowizną, to jest rezultat gospodarności mieszkańców, większych wpływów z PIT i gospodarzenia tym zasobem, który posiadamy.

Ale ja nie mam zamiaru tego kwestionować. Chodzi mi o kształt dialogu. Rząd wykorzystuje informacje o tym, że samorządy miały dobre lata, natomiast po stronie organizacji samorządowych mamy raporty prezentujące wręcz katastroficzną wizję sytuacji samorządów. Obie strony przesadzają, bardziej tworzą problem komunikacyjny niż rozwiązują realne problemy.
Nie. To jest problem realny. Trzeba być obiektywnym i powiedzieć, że pieniędzy z podatków wpływa więcej i jest to rezultat gospodarności płatników podatków. To nie rząd dał więcej, to mieszkańcy dali więcej. Trzeba też wspomnieć, że były rekompensaty za dochody utracone choćby z zerowego PIT-u dla podatników do 26. roku życia. Ale trzeba też spojrzeć na pieniądze, które z budżetów wypływają, to jest to większa kwota aniżeli wzrost wpływów. Gdyby nam nie zabierano pieniędzy, to Chodzież miałaby budżet wynoszący ponad 100 mln zł. To dlatego, kiedy do Chodzieży przyjechał Mateusz Morawiecki, pokazałem czek, że w 2020 r. moje miasto straciło 4,2 mln zł, a pan Morawiecki przywiózł do Chodzieży 961 tys. zł. Uważam, że szacunki ogólnopolskich organizacji samorządowych pokazujących ubytek środków w samorządzie są wiarygodne. O tym trzeba rozmawiać, tu szukać rozwiązań, a nie szermować populizmem i propagandą. Dzisiaj wszyscy w samorządzie jesteśmy przerażeni rosnącymi cenami energii, w moim przypadku koszty z tego tytułu wzrosną pięciokrotnie i to także jest jedna z realnych przyczyn ubytku środków w samorządach.