Rozmowy Wspólnoty

Egzamin zdali wszyscy: i służby państwowe, i mieszkańcy

O współpracy z wojewodą i policją, żeby zapanować nad falą uchodźców z Ukrainy, a także o niezwykłym zaangażowaniu mieszkańców oraz pracowników urzędu gminy opowiada Wojciech Sawa, wójt gminy Dorohusk.

Minął pierwszy miesiąc, odkąd wskutek napaści Rosji na Ukrainę przez przejście w Dorohusku popłynęła fala uchodźców. Kiedy był największy ich napływ, jaka jest w tej chwili liczba osób przekraczających granicę?
Najwięcej osób przekroczyło granicę w ciągu pierwszych siedmiu dni wojny. Wtedy przez Dorohusk przejechała niezliczona liczba samochodów z uchodźcami. Czegoś takiego nigdy tu nie widzieliśmy. Przy naszym punkcie recepcyjnym jest duży plac służący za parking i przez te siedem dni całą dobę parking był zapełniony wjeżdżającymi i wyjeżdżającymi samochodami osobowymi oraz autokarami. Dokładnie tak samo zapchane były drogi dojazdowe do przejścia. W tamtych dniach policja nie dopuszczała do granicy samochodów osobowych przyjeżdżających po uchodźców, więc wszystkie ulice w Dorohusku, wszystkie boczne drogi, były zastawione samochodami. Ten natłok aut z obu stron granicy wynikał z tego, że większość wjeżdżających miała w Polsce i na zachodzie Europy rodziny lub znajomych, do których wyjeżdżali lub którzy przyjeżdżali po nich. Oprócz tego mieliśmy bardzo wielu oferujących pomoc przyjezdnych Polaków, którzy chcieli zabierać uciekinierów do siebie, ale paradoksalnie było ich więcej niż osób na tę pomoc oczekujących. Ludzie przyjeżdżali nawet ze Szczecina i pytali mnie, gdzie są uchodźcy, których możemy zabrać. Rozkładałem ręce, bo Ukraińcy przebywali u nas bardzo krótko, zapisywali się, chwilę odpoczywali, coś zjedli i jechali dalej. Teraz, gdy przybywających jest mniej, zmniejszyła się również liczba Polaków przyjeżdżających po Ukraińców, ale nadal jest ich więcej niż uchodźców. Dlatego umawiamy się, że zawiadomimy ich, kiedy pomoc będzie potrzebna. Zostawiają nam swoje adresy i telefony i w razie potrzeby deklarują przyjazd. Nazbierało się tych adresów już dwa zeszyty.
Obecnie na granicy jest już spokojnie, uchodźców nie ma zbyt wielu, przejście graniczne jest prawie puste. Osoby teraz przekraczające granicę rozdzielają się na trzy punkty recepcyjne: jeden u nas i dwa w Chełmie. Punkty recepcyjne w Chełmie są zdecydowanie większe od naszego i od kiedy przejęły część ruchu granicznego, u nas jest wyjątkowo spokojnie.

W Dorohusku ośrodek recepcyjny powstał w niedawno odnowionym pałacu Suchodolskich, który pełni rolę ośrodka kultury. Czy i w jakiej wysokości gmina otrzymała od rządu środki na urządzenie i prowadzenie ośrodka?
Umowę na prowadzenie punktu recepcyjnego podpisaliśmy z wojewodą lubelskim i z budżetu wojewody dostaliśmy wystarczające środki na jego prowadzenie przez miesiąc. Mamy informację, że umowa zostanie przedłużona do końca kwietnia. W punkcie recepcyjnym pracuje około 30 osób, oprócz tego są tam nasi strażacy i wolontariusze z Caritasu i PAH.

W pierwszych dniach wojny wiele osób i organizacji pomagało uchodźcom. Zaangażowała się także społeczność Dorohuska. Jaką pomoc świadczyli mieszkańcy i jak wygląda obecnie to zaangażowanie? Pytam, bo prezydent Litwy niedawno stwierdził, że społeczeństwa Europy Zachodniej są już „zmęczone wojną”.
Pomoc naszych mieszkańców była nieoceniona, jestem im za to ogromnie wdzięczny. Szczególnie ważny był nasz wolontariat w miejscach, gdzie trzeba było przygotować i podawać posiłki oraz napoje, sortować i rozdzielać uchodźcom najpotrzebniejsze środki pomocowe. Dary dla uchodźców przynosili nasi mieszkańcy, ludzie z okolicznych miast i nawet z całej Polski. Do dzisiaj mamy środki żywnościowe dla przekraczających granicę i utrzymujemy kontakty z osobami, które chcą dostarczyć pomoc dla uchodźców, bo zdajemy sobie sprawę, że będzie ona potrzebna także w kolejnych miesiącach. Ogromna część tej pomocy pochodzi od instytucji i osób anonimowych. Z tego widać, że kiedy ktoś chce pomóc naprawdę, pomaga w ciszy. Gorzej to wygląda, gdy ktoś się pomocą afiszuje i chce przy tym zbić polityczny kapitał. Prawdziwa pomoc to najczęściej pomoc zwykłych ludzi, pomoc od serca.

Duży napływ przybyszy z Ukrainy wywołał współczucie, ale były też obawy, że wraz z uchodźcami mogą pojawić się osoby niebezpieczne. Jak pracują polskie służby?
W zakresie utrzymania porządku na naszym terenie współpracujemy ze wszystkimi służbami mundurowymi, od straży granicznej po policję, a nawet wydział kryminalny policji i ta współpraca układa się bardzo dobrze. Natomiast trudno mi ocenić stopień likwidacji zagrożeń ze strony osób przekraczających granicę. Wydaje się, że wpuszczani byli wszyscy, ale nie wiem, jakie procedury filtracyjne stosowano na granicy. W naszej gminie i w punkcie recepcyjnym pracowali policjanci z różnych stron Polski, poprzednio byli policjanci ze Szczecina, teraz są z Legnicy, ze wszystkimi współpracuje się nam znakomicie. Bardzo im za to dziękujemy.

Jak pan ocenia realny udział administracji rządowej w opanowaniu kryzysu uchodźczego?
Byłbym nieuczciwy, gdybym powiedział, że współpraca z wojewodą układa się źle. Wiadomo, że to my byliśmy na pierwszej linii, to my musieliśmy zdecydować, jak punkt recepcyjny będzie funkcjonował. Na bieżąco uczyliśmy się, jak postępować w nowej sytuacji i była to bardzo trudna nauka, bo napływ ludzi w pierwszych dniach funkcjonowania punktu był ogromny. Ważna była dla nas zgoda wojewody, aby w punkcie recepcyjnym zatrudnić naszych pracowników z urzędu gminy oraz z gminnych jednostek. Prosiłem wojewodę o tę zgodę, bo najlepiej współpracuje się z ludźmi, których się zna i do których ma się zaufanie. Zależało mi też, aby nasi ludzie zadbali o pałac Suchodolskich, który jest naszym głównym zabytkiem i niedawno został przez gminę wyremontowany. Dzięki decyzji wojewody pracują tu nasi pracownicy oraz kilka osób z delegatury urzędu wojewódzkiego w Chełmie oraz miejscowi wolontariusze. Natomiast dla wolontariuszy, którzy zajmują się segregacją darów, urządziliśmy specjalne miasteczko.

Dorohusk leży blisko granicy trzech państw, stale mówi się o ryzyku przystąpienia Białorusi do wojny z Ukrainą. Czy czuje się w gminie z tego powodu niepokój? Co się będzie działo na przejściu granicznym, jeśli nastąpi atak na Ukrainę ze strony Białorusi?
Z pewnością można się wtedy spodziewać większej liczby uchodźców z zachodniej Ukrainy, z okolic Łucka, z obwodów wołyńskiego i lwowskiego. Jesteśmy tego świadomi i wiemy, że będzie to dla nas duże wyzwanie. Miejmy nadzieję, że ten atak nie nastąpi, ale musimy być na niego przygotowani. W punkcie recepcyjnym i tam, gdzie trzeba, pracujemy 24 godziny na dobę. Dotyczy to urzędników, tłumaczy, wolontariuszy i oczywiście służb mundurowych. Ale staramy się pracować normalnie i spokojnie z nadzieją, że atak na Ukrainę nie rozszerzy się.

Zapytam jeszcze o sprawę ważną dla gmin, o finanse samorządowe. Ile Dorohusk stracił na zmianach w podatku PIT, szczególnie że rząd zapowiedział kolejną obniżkę tego podatku?
Z pewnością na zmianach w PIT ponieśliśmy stratę, ale jest za wcześnie, aby szacować, jaka duża może być jej skala. Jednak to, co mnie martwi szczególnie, to kłopoty małych firm działających na terenie gminy. Myślę o niewielkich dwu- czy trzyosobowych firmach rodzinnych. Jako przykład mogę podać małżeństwo zajmujące się produkcją pasmanterii, którego firma zamknie się z końcem miesiąca. Właśnie dostałem informację, że nie są w stanie działalności. Prowadzili swój mały biznes przez 10 lat, produkowali świetny asortyment i byli bardzo cenieni w środowisku. Muszą zakończyć działalność, a przecież takie firmy powinny być objęte pomocą.
Wracając do budżetu, powiem, że jest podobny jak w latach ubiegłych i wynosi około 30 milionów złotych. W tym roku o 5 proc. podnieśliśmy podatki i opłaty lokalne, natomiast nie ruszaliśmy opłaty śmieciowej. Zobaczymy, co będzie dalej, bo inflacja i wzrost cen paliwa mogą podwyższyć koszty gospodarki odpadami. Największym problemem dla nas są wydatki oświatowe. Na finansowanie trzech szkół otrzymujemy 5 mln zł subwencji, ale do ich pełnego utrzymania musimy dołożyć kolejne 5 mln z dochodów własnych. Na szczęście, mamy bardzo małe zadłużenie, bo większość kredytów udało się nam spłacić na początku tego roku.
Bardzo niepokojący trend widzimy w inwestycjach. W niektórych gminach, gdzie już ogłoszono przetargi na budowę i remonty dróg, złożono oferty o 100 proc. droższe niż kwoty zakładane w kosztorysach. A przecież, kiedy gminy nie rozstrzygną przetargów, to firmy nie będą miały zleceń i wpadną w kłopoty. Dlatego, choć w pierwszym rozdaniu z Programu Inwestycji Strategicznych dostaliśmy 6 mln 400 tys. zł na wymianę oświetlenia ulicznego na ledowe i remonty dróg gminnych, jeśli utrzyma się inflacja i tempo wzrostu kosztów, być może nie będziemy w stanie finansować wielu inwestycji. Nie będzie nas stać na kredyty.