Rozmowy Wspólnoty

Dzikie zwierzęta wchodzą w konflikt z człowiekiem

Wilki niebezpiecznie przybliżyły się do siedzib ludzkich. Mimo ogrodzeń, mimo pasterskich psów, podchodzą blisko zabudowań i atakują owce, bydło, daniele, często zagryzają psy. Ta wielka przemiana, jaka u nas zaszła, nie dotyczy tylko wilków. Podobne problemy są z wolno żyjącymi żubrami w stadach – mówi Ernest Nowak, burmistrz Zagórza, przewodniczący Związku Bieszczadzkich Gmin Pogranicza.

Ostatnio zrobiło się głośno o coraz bardziej agresywnych bieszczadzkich wilkach. Jak bardzo groźne stają się one dla mieszkańców i zwierząt hodowlanych?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw trzeba sięgnąć do historii regionu. Bieszczady, a nawet cała południowo-wschodnia część Polski, była na przełomie XIX i XX w. gęsto zaludniona i uboga. Wówczas karczowano lasy, aby zdobyć grunty pod rolę i zapewnić żywność mieszkańcom. Niestety, wskutek obu światowych wojen, masowych przesiedleń ludności, dużych zmian społeczno-gospodarczych, Bieszczady niemal kompletnie wyludniono i nastąpiła tzw. sukcesja naturalna. W efekcie systematycznego zwiększania się powierzchni leśnej i zadrzewionej, wilki niebezpiecznie przybliżyły się do siedzib ludzkich. Mimo ogrodzeń, mimo pasterskich psów, podchodzą blisko zabudowań i atakują owce, bydło, daniele, często zagryzają psy. Drapieżnik, który zbliża się do zagród, uczy się, że łatwiej zdobywać pożywienie atakując stada hodowlane, czy nawet korzystać z resztek wyrzucanych przez ludzi, niż polować. W efekcie przyzwyczaja się do ludzi, co powoduje naturalny strach u człowieka, a to najbardziej szkodzi właśnie wilkom.

Ta wielka przemiana, jaka u nas zaszła, nie dotyczy tylko wilków. Podobne problemy są z wolno żyjącymi żubrami w stadach, a nawet z gatunkiem całkowicie tu obcym, mianowicie z kormoranami. Ponieważ mamy coraz cieplejsze zimy, ptaki z północy, z Rosji, Estonii, Łotwy, Finlandii, które kiedyś leciały na południe Europy, obecnie zadomawiają się u nas. Nigdzie nie ma zapisów historycznych o bytności kormoranów na południu Polski, a teraz pustoszą one nasze rzeki, wyławiając z nich ryby znajdujące się na czerwonej księdze gatunków zagrożonych wyginięciem. Nasz region jest bardzo ubogi w wody płynące i naturalne zbiorniki, więc para kormoranów, która żeruje na wielohektarowym jeziorze, nie czyni szkody, u nas zaś robi spustoszenie, prowadząc do ekologicznej katastrofy. Tysiące kormoranów bytuje u nas od października do marca, straty szacowane są w milionach złotych i nie ma odszkodowań.

Żubry to wspaniałe zwierzęta, ale wolno żyjące bardzo liczne stada niszczą lasy, zgryzają korę z drzew oraz dewastują młodniki. Ich właściciele nie są w stanie wyegzekwować godnych odszkodowań za ponoszone straty. Chodzi oczywiście o lasy prywatne, bo lasy państwowe żadnych odszkodowań z tego tytułu nie otrzymują. Poza Polską właściwie tylko w niewielkim stopniu na Słowacji i na Ukrainie występują stada żubrów wolno żyjących. W całej Europie przebywają one w terenach ogrodzonych. Inne kraje gospodarują populacją tych zwierząt zapewniając ochronę gatunku oraz właściwy stan zdrowotny.

Jeśli więc Bieszczady mają być regionem żyjącym z turystyki, a mamy ku temu wszystkie atuty, to zasobami przyrody musimy gospodarować. Przegęszczenie populacji i spadek społecznego przyzwolenia źle działa na ideę ochrony przyrody.

 

Wilki, żubry, ptaki to gatunki chronione. Czy jednak obecna populacja tych zwierząt uzasadnia ścisłą ochronę gatunkową?

Naszym celem, jako Związku Bieszczadzkich Gmin Pogranicza, jest zwrócenie uwagi na problemy. Urzędnicy w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska czy dyrekcjach regionalnych, którzy podejmują decyzje, powinni mieć na względzie bezpieczeństwo publiczne, ale też sanitarne. Dominujące w Polsce, pasywne podejście do regulacji liczebności niektórych gatunków powoduje przegęszczenie populacji, konflikt i spadek społecznego przyzwolenia na taki stan rzeczy oraz rozpowszechnianie się wśród zwierzyny groźnych chorób. Mieliśmy u żubrów gruźlicę, obecnie w dużej skali występuje niezwykle groźna dla tych zwierząt telazjoza powodowana przez nicienie. Każdy obszar ma ograniczoną pojemność dla bytującej na nim zwierząt. Warto wsłuchać się w głos naukowców i leśników, którzy najlepiej są w stanie określić pojemność łowisk oraz liczebność gatunku. Niegdyś ścisła ochrona zwierzyny miała w naszym regionie pełną aprobatę społeczną, bo los niektórych gatunków był zagrożony, ale teraz, kiedy populacje doskonale się odrodziły, przestają się bać człowieka i powodują ogromne szkody gospodarcze, akceptacja społeczna dla ochrony ich populacji spada. Ludzie nie mogą uzyskać pełnych odszkodowań za ponoszone straty, bo na przykład system szacowania szkód nie uwzględnia późnych zgłoszeń, leczenia pogryzionych zwierząt, a tym bardziej nie uwzględnia utraconych korzyści. Trudno konkurować polskiemu rolnikowi z jego kolegą ze Szwajcarii, Francji, Niemiec czy Skandynawii, gdyż tam nakład pracy jest znacznie mniejszy, bo takie problemy u nich nie występują. Również Polski Związek Łowiecki powinien bardziej życzliwie wyceniać szkody w rolnictwie powodowane przez zwierzynę łowną.

Tu, na miejscu, naprawdę mamy świadomość znaczenia ochrony przyrody i nigdy nie postulowaliśmy działań, które prowadziłyby do zagrożenia bytu zwierząt chronionych. Są one bezcennym zasobem środowiska przyrodniczego. Chodzi nam jednak o zainicjowanie dialogu pomiędzy ministerstwem, aktywistami ochrony przyrody i społecznościami lokalnymi, aby doprowadzić do kompromisowego rozwiązania uwzględniającego zrównoważoną gospodarkę zasobami.

 

Z tego, co słyszę, Ministerstwo Klimatu i Środowiska nie docenia problemu, z którym borykają się samorządy bieszczadzkie. Jakich działań ze strony rządu oczekują samorządy w Bieszczadach?

Podkarpackie gminy otrzymały z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie pismo podkreślające, że art. 7 ust. 1 pkt 14 ustawy o samorządzie gminnym stanowi, iż do zadań własnych należy zaspokajanie zbiorowych potrzeb wspólnoty, w tym sprawy związane z utrzymaniem porządku publicznego i bezpieczeństwa obywateli. Zdaniem RDOŚ, to na nas spoczywa obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom. Dlatego interweniujemy, wysyłamy apele do właściwych instytucji, bo my nie mamy ani kompetencji, ani narzędzi, aby przeciwdziałać zagrożeniu ze strony rozrastających się populacji dzikiej zwierzyny. Czasem takie działania przynoszą skutek. Na przykład szef regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie zawarł porozumienie z WFOŚiGW w sprawie dofinansowania czynnej ochrony populacji wilka, obejmujące odłów osobników wchodzących w konflikt z człowiekiem. Muszę podkreślić, że występując do instytucji odpowiedzialnych za ochronę przyrody systematycznie postulujemy, aby instytucje te przygotowując decyzje konsultowały je nie tylko z organizacjami społecznymi, ale też ze społecznościami lokalnymi i samorządami.

 

Zagrożenie ze strony wilków to tylko jeden z problemów, którym zajmuje się Związek Bieszczadzkich Gmin Pogranicza. Szczególną troską wójtów i burmistrzów zawsze był stan lokalnych dróg i mostów rozjeżdżanych przez pojazdy transportujące drewno. W jakim stopniu Fundusz Dróg Samorządowych pomaga rozwiązać ten problem?

Fundusz to bardzo dobre rozwiązanie, oczekiwane przez nas od lat, bo bardzo trudno było nam znaleźć środki na podnoszenie jakości dróg lokalnych. Chcielibyśmy, aby środki z niego były większe, aby każdy samorząd mógł z nich skorzystać. Rzeczywiście, w naszym regionie poważne szkody na drogach powoduje gospodarka leśna, ale pamiętamy o drugiej stronie tego zagadnienia, o tym, że sektor ten daje mieszkańcom liczne miejsca pracy. Cieszy nas partycypacja Lasów Państwowych w finansowaniu przebudowy dróg i mostów, ale oczekiwalibyśmy jeszcze większego zaangażowania ze strony tego przedsiębiorstwa. Myślę też, że sektor gospodarki leśnej w zbyt małym stopniu wykorzystuje transport kolejowy do wywozu surowca drzewnego z naszego regionu.

Warto docenić, że w ostatnich latach powiaty i samorząd województwa podkarpackiego bardzo wiele zrobiły na rzecz budowy i modernizacji infrastruktury drogowej. Wiele obiektów przebudowano, część jest nadal remontowana i trzeba podkreślić, że w kosztach tego zadania partycypują lasy państwowe.

 

W przypadku gmin bieszczadzkich uciążliwe są też przepisy ochroniarskie dotyczące powstawania inwestycji, a także brak rekompensaty dla gmin poszkodowanych brakiem możliwości lokowania inwestycji biznesowych z tego powodu. Co wam, jako Związkowi Bieszczadzkich Gmin Pogranicza, udało się uzyskać z tego tytułu w polityce regionalnej województwa, państwa i Unii Europejskiej?

Niestety, gminy mające na swoim terenie duże obszary wyłączone z użytkowania lub objęte ochroną nie otrzymują z tego tytułu żadnych rekompensat. Kiedy nie ma inwestycji, nie powstają miejsca pracy, do budżetu nie wpływają dochody, wszyscy z tego tytułu ponoszą straty. Ta sytuacja nie znajduje akceptacji społecznej i pośrednio odbija się na ochronie przyrody, bo ludzie za swoje straty czy brak możliwości rozwoju obwiniają nadmiernie surowe przepisy ochroniarskie. Także gminy tracą możliwości lepszego zaspokajania zbiorowych potrzeb swoich społeczności, bo nie mają dochodów, które mogłyby osiągnąć, gdyby nie ograniczenia. To w konsekwencji powoduje migrację zarobkową i osłabienie więzi rodzinnych. Oczekujemy w tej sprawie uczciwego potraktowania społeczności bieszczadzkich.

 

Proszę o kilka słów na temat Związku Bieszczadzkich Gmin Pogranicza. Ile JST jest członkami, jaki jest obszar działania, jakie są jego formy, jak kształtuje się współpraca międzygminna.

Do naszego związku należy czternaście gmin z powiatów bieszczadzkiego, sanockiego, leskiego oraz jedna gmina z powiatu przemyskiego. Obszar działania związku obejmuje 3200 km kw. i około 100 tysięcy mieszkańców. Działamy na podstawie statutu, nie mamy żadnej administracji, nie zbieramy składek. Spotykamy się okresowo w kolejnych urzędach gmin należących do związku. Zapraszamy na nasze spotkania przedsiębiorców, radnych, posłów, władze wojewódzkie, organizacje pozarządowe i dyskutujemy problemy, które musimy rozwiązywać. Naszą główną formą działania jest wypracowywanie stanowisk, które następnie przesyłamy do posłów, właściwych instytucji wojewódzkich albo do ministerstw. Przygotowujemy też dokumenty strategiczne, konsultujemy projekty i propozycje rozwiązań na szczeblu wojewódzkim, a także bierzemy udział w spotkaniach i konferencjach, gdzie staramy się nagłaśniać nasze problemy i przedstawiamy propozycje ich rozwiązania. Z naszej inicjatywy został opracowany strategiczny program rozwoju Bieszczad, zauważony nawet z poziomu rządowego.

Staramy się również o pozyskanie odpowiednich środków dla gmin górskich, które mają specyficzne problemy i wyzwania. Współpracujemy z naszymi sąsiadami ze Słowacji i Ukrainy. Rezem z Euroregionem Karpackim pracujemy nad transgranicznymi obszarami funkcjonalnymi.

 

Czy warto przyjechać do Zagórza? Proszę krótko zareklamować gminę.

Z wielką przyjemnością zapraszam do odwiedzenia Zagórza, jak również wszystkich pozostałych gmin należących do naszego związku. Każda z nich jest warta zareklamowania mając swoją specyfikę, historię, atrakcje i niepowtarzalny klimat. Z radością powitamy u nas każdego gościa, na turystów docierających do Baligrodu, Czarnej, Sanoka, Leska, Birczy, Bukowska, Lutowisk, Cisnej, Komańczy, Soliny, Olszanicy, Tyrawy, Ustrzyk oraz Zagórza czekają liczne atrakcje. Mamy coraz lepszą bazę noclegową, piękne krajobrazy, czyste rzeki, liczne zabytki, przyjaznych mieszkańców oraz znakomite potrawy regionalne. Zagórz z racji swojego położenia jest doskonałą bazą wypadową do wędrówek po Bieszczadach.  Specyfikę Zagórza bez wątpienia współtworzy całoroczny kompleks skoczni narciarskich „Zakucie” oraz malowniczy, warowny Klasztor Karmelitów Bosych.

 

Proszę na koniec powiedzieć, czy na skocznie „Zakucia” zawita kiedyś puchar świata w skokach narciarskich?

Pucharu świata raczej się nie spodziewamy. Mamy trzy skocznie narciarskie pokryte igielitem.  Są to obiekty k-10, k-20, k-40. Rozważaliśmy nawet budowę większej skoczni umożliwiającej organizowanie zawodów rangi międzynarodowej, ale sami nie udźwigniemy takiej inwestycji. Natomiast mamy klub narciarski, który szkoli młodzież, prowadząc regularne treningi. Kto wie, może doczekamy się skoczka narciarskiego o talencie na miarę Kamila Stocha czy Piotra Żyły.