W samorządach

Trzeba wzmocnić kontrolną funkcję rady

Mamy kompetencje do uchwalania budżetu, udzielania absolutorium, podejmowania uchwał planistycznych, ale w rzeczywistości żadnej z tych rzeczy nie jesteśmy w stanie znacząco zmieniać. Jest jak w korporacjach – rada gminy pełni funkcję rady nadzorczej i nie ma bezpośredniego wpływu na zarządzanie – mówi przewodniczący Rady Miasta Krakowa Bogusław Kośmider.

Jak ważny w miejskiej polityce krakowskiej jest konwent przewodniczących dzielnic?

To jedno z najważniejszych narzędzi wzajemnego oddziaływania dzielnic, rady miasta oraz prezydenta. Do 2008 r. konwent był instytucją powoływaną formalnie jako organ doradczy prezydenta i składał się z przewodniczących dzielnic, przewodniczącego lub wiceprzewodniczącego rady oraz dopraszanych urzędników. Potem to się zmieniło i nie jest już sformalizowanym tworem, ale zamierzamy wkrótce przywrócić jego status ciała doradczego prezydenta.

 

Od kiedy zostałem przewodniczącym konwentu, nawet tego nieformalnego, starałem się organizować spotkania regularnie, co miesiąc lub półtora, za każdym razem w innej dzielnicy. Zależało mi, by działacze dzielnicowi mogli podglądać dobre rozwiązania sąsiadów, dzielić się doświadczeniami, interweniować za moim pośrednictwem u władzy wykonawczej czy po prostu zdobywać wiedzę z pierwszej ręki. Konwent delegował też osoby ze swego grona np. do rady budżetu obywatelskiego czy innych organów konsultacyjnych, które miasto powoływało. Tak więc nadamy konwentowi odpowiednią formę prawną, aby urzędnicy municypalni zyskali formalny podmiot do współpracy, bo to przynosi korzyści i dzielnicom, i miastu. To bardzo ważne, bo dzielnice pełnią w Krakowie istotną rolę. Powołane zostały zaraz po 1990 roku. Zakres ich kompetencji zmieniał się, ale zawsze miały władze wybierane przez mieszkańców i troszczyły się o najbliższe otoczenie. Krakowskie dzielnice mają już tradycję, trwałe zakorzenienie w środowisku i niemały dorobek.

 

Ile władzy miasto powinno, pańskim zdaniem, przekazać dzielnicom, czyim kosztem i w jakiej formie?

Zdecydowanie jak najwięcej. Gdy jakiś czas temu do przeanalizowania problemu powołaliśmy Forum Przyszłości Dzielnic, na jedno ze spotkań zaprosiliśmy prof. Pawła Swianiewicza, który scharakteryzował nam dzielnice Krakowa na tle podobnych jednostek w innych miastach Polski i za granicą. Wyszło, że nasze są rozwinięte najlepiej poza Warszawą, która ma jednak odrębny ustrój.

 

Ale profesor zwrócił też uwagę, że mieszkańcy oczekują od dzielnic znacznie więcej. Bo proszę zauważyć, że Kraków jest wielkim miastem, liczy ponad 750 tysięcy mieszkańców – w praktyce mieszka ich około miliona – i z placu Wszystkich Świętych (adres Urzędu Miasta Krakowa – przyp. red.) widać wiele, ale nie wszystko. Trudno dostrzec każdą ławkę, alejkę, odcinek chodnika. Nawet miejscy radni mają problem z zaobserwowaniem ważnych spraw w swoich okręgach. Ja zostałem wybrany w okręgu liczącym sto kilkadziesiąt tysięcy wyborców, staram się tam bywać, przepytywać mieszkańców, ale nie wyobrażam sobie pracy bez radnych dzielnicowych, którzy na co dzień rozmawiają z ludźmi i widzą potrzeby swojego środowiska. Bo oni są w bezpośrednim kontakcie ze swoimi sąsiadami-wyborcami. Także władze dzielnicowe formułują postulaty zwiększenia ich uprawnień, ale najważniejsze są dla nas opinie mieszkańców i staramy się je profesjonalnie poznawać.

 

W 2016 roku zorganizowaliśmy tzw. barometr społeczny, badaliśmy opinie na temat funkcjonowania dzielnic, zrobiliśmy też ankietę wśród radnych dzielnicowych, by poznać ich oczekiwania. Wyniki nie są zaskakujące, mieszkańcy i radni oczekują, że dzielnice dostaną więcej pieniędzy i więcej kompetencji. Zatem idziemy w kierunku decentralizacji i przekazania władzy dzielnicom, staramy się poszerzać demokrację także w kierunku bezpośredniej aktywizacji mieszkańców. Budżet obywatelski jest narzędziem wspierającym ten kierunek działań i także wspierającym dzielnice.

 

Jednak gdy w ubiegłym roku mieszkańcy dokonali wyboru zadań w budżecie obywatelskim, miasto ten wybór skorygowało.

Rzeczywiście, była burzliwa dyskusja i musieliśmy rozstrzygnąć, w jakim stopniu budżet obywatelski ma być obywatelski, a w jakim zdominowany przez instytucje działające komercyjnie, dowiem do poparcia jednego z zadań zaangażowano profesjonalną agencję PR. Ale któż nie popełnia błędów. Wracając do sprawy dzielnic – chcemy wzmocnienia tych jednostek, rozważnej ewolucji kompetencji, bo my tu, w Krakowie, i ja sam jesteśmy zwolennikami może powolnego, ale spokojnego i przemyślanego działania. I wierzę, że w przyszłości krakowianie o wiele więcej spraw będą mogli załatwiać w dzielnicach.

 

Dzielnice są ważne dla pana, ale dla innych również. Konwent stał się elementem pewnego porozumienia politycznego w radzie miasta i jego status w jakimś stopniu rozwiązał zarysowujący się konflikt między panem a wiceprzewodniczącym rady Dominikiem Jaśkowcem. Czy mógłby pan przybliżyć istotę tego sporu?

Na początku kadencji zaistniał spór co do podziału stanowisk w radzie między mną a panem Jaśkowcem. W poprzedniej kadencji pełniłem funkcję przewodniczącego rady, w tej chciał ją przejąć pan Jaśkowiec. Ja też chciałem nadal ją pełnić, więc umówiliśmy się, że przez pół kadencji pozostanę na tym stanowisku, natomiast on przejmie je w drugiej połowie. Teraz jednak porozumieliśmy się, że zamiany stanowisk nie będzie, za to pan Jaśkowiec przejmie prowadzenie konwentu dzielnic, któremu nadamy bardziej sformalizowany kształt. Dlatego postaram się już w styczniu przeprowadzić tę sprawę.

 

Jak pan ocenia ustrojową pozycję rady miejskiej w systemie władzy samorządowej? Czy kompetencje organu stanowiącego są wystarczające, czy może nastąpiło zachwianie równowagi na korzyść organu wykonawczego?

To duży problem. Byłem w radzie miasta, która wybierała prezydenta i widziałem plusy i minusy tego rozwiązania. Plusy, bo prezydent zawsze miał większość, która go wspierała, zaś minusy polegały na tym, że ta większość mniej lub bardziej natarczywie nalegała na realizację partykularnych interesów radnych. To nie pozwalało władzy wykonawczej się wykazać.

 

Obecny układ ma dużo plusów, podstawowy jest taki, że prezydent, burmistrz czy wójt ma o wiele silniejszy mandat.  Jest niezależny i wzruszenie jego pozycji jest trudniejsze. Plusem jest też, że stał się wyrazistym reprezentantem i symbolem miasta. Wszystko to powoduje, że organ wykonawczy może więcej. Natomiast największą wadą jest radykalne zmniejszenie roli radnych. Mamy kompetencje do uchwalania budżetu, udzielania absolutorium, podejmowania uchwał planistycznych, ale w rzeczywistości żadnej z tych rzeczy nie jesteśmy w stanie znacząco zmieniać – a to z uwagi na inicjatywę uchwałodawczą należącą do prezydenta, jak w przypadku budżetu, a to ścisłe procedury, jak przy absolutorium. Można powiedzieć, że jest jak w korporacjach – rada gminy pełni funkcję rady nadzorczej i nie ma bezpośredniego wpływu na zarządzanie. Może nadzorować i kontrolować prezydenta, lecz wypełnianie choćby funkcji kontrolnej, z racji skali spraw, jakimi zajmuje się miasto, jest utrudnione. Rada, jej komisje, a szczególnie rewizyjna, nie są w stanie tego zrobić, bo nie mają odpowiednich środków.

 

Osobiście jestem zwolennikiem pozostawienia bezpośrednich wyborów organu wykonawczego, chciałbym jednak wzmocnienia funkcji kontrolnej rady. W Krakowie to się w pewnym stopniu już dzieje, bo w wyniku porozumienia z prezydentem mamy środki na ekspertyzy, konsultacje, możemy zapraszać do współpracy ekspertów, raz nawet przeprowadziliśmy audyt, gdy miasto przeżywało kryzys finansowy. Ale takie narzędzia powinny znaleźć się w dyspozycji rad ustawowo. Być może patrzę na ten problem ze specyficznego, krakowskiego punktu widzenia, bo widziałem i prezydenta wybieranego przez radę, i bezpośrednio, gdy miał w radzie absolutną mniejszość, jak prezydent Majchrowski w pierwszej kadencji. Właśnie wtedy pokazał, że potrafi wciągać do dyskusji i rozstrzygnięć sporą grupę radnych niejako w poprzek ich przynależności klubowej. Dzięki talentom dyplomatycznym zbudował poparcie dla najważniejszych spraw. Proszę zauważyć, że to już jego czwarta kadencja. W połowie trzeciej doszło u nas do przesilenia – był ostry kryzys finansów miasta i wtedy mając większość w radzie, doprowadziliśmy do dużej reformy finansowej i organizacyjnej. Prezydent zgodził się na aktywną rolę rady w tym procesie. To było możliwe przy otwartej postawie Jacka Majchrowskiego, ale słyszę, że w innych samorządach konflikty bywają nieprzezwyciężalne i dlatego lepiej, by uprawnienia kontrolne rad zostały realnie wzmocnione.

 

Jaką konkretnie rolę odegrała rada miejska i pan osobiście w procesie sanacji finansów miasta?

Jestem radnym już szóstą kadencję i uważam tę reformę za jeden z moich największych sukcesów, choć wcześniej byłem autorem rozwiązania zrealizowanego jako Krakowski Holding Komunalny i innych inicjatyw. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że sytuacja finansowa miasta jest coraz trudniejsza, spotkaliśmy się z prezydentem i porozumieliśmy w sprawie powołania nadzwyczajnej komisji ds. reformy finansów, w której reprezentowane były wszystkie siły polityczne i środowiska. Było ciężko, bo przy budżecie w wysokości około 3 mld zł mieliśmy lukę prawie 300 mln. Brakowało aż 10 proc. do domknięcia budżetu. Ponieważ nie ma łatwych rozwiązań, trzeba było podejmować bardzo bolesne decyzje. Nasza komisja miała silne wsparcie prezydenta w dyskusjach z urzędnikami magistratu tam, gdzie trzeba było forsować cięcie kosztów, ale też poparła obciążające politycznie radę inicjatywy w sprawie zwiększenia dochodów. Rada podwyższyła podatki, ceny biletów i tym podobne daniny…

 

To słynne krakowskie „krew, pot i łzy”?

Nie tylko krew, pot i łzy. Był także rozum, pomysł i kreatywność. Owszem, podnieśliśmy podatki, ceny biletów, doprowadziliśmy do zmniejszenia zatrudnienia, głównie poprzez program odejść na emeryturę, obcięliśmy wiele wydatków. Ale równocześnie wprowadziliśmy system zachęt w ramach programu Płać podatki w Krakowie, wprowadziliśmy zakupy grupowe, przeprowadziliśmy konsolidację długu miasta, kiedy jeszcze o takich rozwiązaniach nie mówiono. Ograniczyliśmy koszty obsługi bankowej poprzez wprowadzenie zintegrowanego rachunku bankowego, co nie było banalne, bo miasto miało ponad 600 rachunków, a na każdym inne saldo. Tutaj przydało się moje doświadczenie bankowe.

 

Przydało się ono także przy konsolidacji długu, gdzie nie tylko ograniczyliśmy liczbę kredytów, ale wyszliśmy z kredytów dewizowych, redukując ryzyko kursowe. Zwiększyliśmy liczbę przetargów na szereg niewielkich zadań, co doprowadziło do konkurencji ofert, bo umożliwiło start większej liczbie mniejszych, a więc tańszych podmiotów. Wszystko to spowodowało, że w półtora roku złapaliśmy równowagę finansową. Odzyskaliśmy płynność, a następnie zaczęliśmy równoważyć budżet długoterminowo i redukować lukę. Musieliśmy rozstrzygnąć, w jakim stopniu mamy tą reformą obciążyć mieszkańców. Wybraliśmy profesjonalne podejście finansowe i udało się nam aż 60 proc. ciężarów pokryć poprzez zmiany organizacyjne i działania innowacyjne, jedynie 40 proc. musieli ponieść mieszkańcy w wyniku podwyżek danin i rezygnacji z pewnych drugorzędnych usług. Mogliśmy wykrwawić politycznie prezydenta i przejąć władzę, ale to odbyłoby się kosztem miasta. Dlatego silnie wspierałem porozumienie i dzięki współpracy wielu ludzi udało się nam je osiągnąć. Wtedy, w 2012 roku, podpisaliśmy z prezydentem porozumienie trwające do dzisiaj i sądzę, że przetrwa ono do końca kadencji, bo jest w interesie wszystkich.

 

Kraków ma powszechnie znany problem ze smogiem, jakie są perspektywy zwalczenia tej plagi?

Borykamy się z nim od dawna, na początku lat 80. na problem zwróciła uwagę Solidarność. Samorząd walczy z zanieczyszczeniem powietrza od chwili restytucji w 1990 r. Cieszy nas, że włączenie się organizacji pozarządowych nadało tej walce nową dynamikę. Krakowski Alarm Smogowy i związane z nim środowiska silnie wsparły miasto w pozyskiwaniu środków i poszukiwaniu rozwiązań, aby walczyć skuteczniej. Podjęliśmy inicjatywę uchwały antysmogowej i sejmik ją przyjął, doprowadziliśmy do zmiany prawa, bo poprzednie uniemożliwiało skuteczne działanie. Ograniczamy niską emisję, modernizujemy transport – Kraków ma najwięcej autobusów hybrydowych i elektrycznych ze wszystkich polskich miast. Ale problem przekracza granice miasta, ma swoje źródła i w ukształtowaniu terenu, i w rozlewającej się zabudowie poza miastem, gdzie dymi ponad 40 tysięcy palenisk. Tu potrzebna jest ustawa o związkach metropolitalnych i przeznaczenie dodatkowych środków dla mieszkańców podkrakowskich gmin. Ale ta ustawa nie weszła w życie i to kierunek naszej przyszłej walki.

 

I na koniec pytanie w imieniu kolegów, przewodniczących rad w całej Polsce: co to znaczy być dobrym przewodniczącym rady?

W każdej radzie przewodniczący odpowiada za organizację pracy i reprezentację rady. To znaczy, że rada musi skutecznie działać w strukturze miejskiej władzy i być realnym partnerem dla wszystkich instytucji w mieście i poza nim. Aby zrealizować to zadanie wyznaczone przez ustawę, przewodniczący musi być osobą podchodzącą merytorycznie do zagadnień, które stają przed radą, i musi mieć wiedzę, aby zdobyć zaufanie radnych. Zaczynałem od kadencji 1994–1998 i przez lata pokazałem, że w wielu sprawach przysłużyłem się miastu swoją osobistą fachowością i szukaniem fachowości u innych. Jest to możliwe, kiedy przewodniczący stara się ludzi łączyć, dlatego te sukcesy, które zaliczam do swoich, są równocześnie sukcesami ludzi z różnych stron krakowskiej sceny politycznej. Jestem harcerzem, więc przychodzi mi to łatwiej. I muszę dodać, że takie usytuowanie przewodniczącego, jakie daje ustawa o samorządzie gminnym, powinno skłaniać go do rozdzielenia ról członka konkretnego klubu politycznego i przewodniczącego całej rady.

 

Dlatego wielu moich kolegów z klubu PO ma pretensje, że traktuję ich ostrzej niż opozycję i za podobne zachowanie muszą częściej wpłacać kary do świnki skarbonki. Staram się być skuteczny i merytoryczny, bezstronny i sprawiedliwy, kreatywny i szanować pomysły innych, staram się szukać porozumienia w sprawach merytorycznych i politycznych. Obecne czasy nie premiują porozumiewania się, raczej walkę do końca i za wszelką cenę. Ale przecież kiedyś opadnie bitewny kurz i trzeba będzie budować! Na szczęście w samorządach częściej się buduje, niż walczy. I właśnie budowanie porozumień to rola przewodniczącego. W miastach metropolitalnych jest wielu bardzo dobrych przewodniczących, wyróżnienie mojej osoby traktuję jako przejaw brania pod uwagę nie tylko prezydentów czy burmistrzów, jako zwrócenie uwagi na rolę rad w samorządach, niezwykle istotną.