Głos Gmin Wiejskich Rozmowy Wspólnoty W samorządach

Od pięciu lat walczymy o odzyskanie pieniędzy po upadłym banku

Masz to jak w banku… Ale trzeba dodać: zależy, w którym. Przekonały się o tym samorządy podkarpackie, a pięć lat temu z woj. mazowieckiego. Wójt Wieliszewa Paweł Kownacki opowiada, jak gmina próbowała uchronić się przed stratami po pierwszych sygnałach o problemach banku, jak mimo to doszło do utraty pieniędzy, dlaczego nie można do końca ufać nadzorowi finansowemu nad systemem bankowym i że przetargi nie zawsze są najlepszym sposobem wyboru kontrahenta.

Informacje prasowe o problemach SK Banku, który prowadził konta gminy, pojawiły się latem 2015 roku. Jak wyglądała sytuacja z waszego punktu widzenia?

To jedno z najczarniejszych wydarzeń w całej mojej karierze samorządowej. Nasz bank, pozostający pod nadzorem odpowiednich służb państwowych, który wygrał przetarg zgodnie ze wszelkimi prawidłami dla tego typu procedur, z wydawało się coraz większym zapleczem, cały czas się rozbudowujący, nagle wpada w poważne problemy. Taki był nasz punkt widzenia, bo dziś wiemy, że sprawa miała wiele różnych wątków, w tym kryminalne, ale tutaj skupię się na tym, co dotyczy samorządu. Spółdzielczy Bank Rzemiosła i Rolnictwa (SK Bank) w Wołominie wygrał w 2014 roku przetarg na obsługę naszych kont. Pokonał nasz „odwieczny” lokalny bank spółdzielczy. Dla nas to nie była komfortowa sytuacja, bo wiadomo, że zmiana kont wiąże się z dodatkową pracą, nerwami itd.

 

Tylko te dwa banki rywalizowały o zlecenie?

Tak i w sumie różnica w ofertach nie była wielka. Zorganizowaliśmy przetarg, SK Bank wygrał.

 

Jakie działania podjęliście po informacji o kłopotach banku i co w ogóle gmina mogła zrobić?

Napisaliśmy list do zarządu komisarycznego wprowadzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego oraz list do KND z prośbą o wyjaśnienia i pytaniami o bezpieczeństwo środków.

 

Jakie były odpowiedzi?

Zarząd komisaryczny nas uspokajał. Poinformował o programie naprawczym. Wtedy uważaliśmy, że skoro zarząd został wprowadzony przez Komisję Nadzoru Finansowego, to nie może nas wprowadzać w błąd. Sama KNF odpisała dość ogólnie, że nie może informować nas o szczegółach jednostkowej sprawy. Wydźwięk pisma był jednak uspokajający. Zapewniono nas o gwarancji 100 tys. euro przypadającej każdemu kontu. Później okazało się, że tak naprawdę 100 tys. euro przypada na jeden podmiot posiadający osobowość prawną niezależnie od tego, ile kont ma w tym banku.

 

Jakie były wasze kolejne kroki?

Nie widzieliśmy podstawy prawnej do zerwania umowy. Mimo to postanowiliśmy działać i uruchomiliśmy dodatkowe konto na lokowanie wolnych środków w banku spółdzielczym, który nas poprzednio obsługiwał. Do takiego działania zostałem upoważniony przez radę gminy. Szczerze mówiąc zrobiliśmy to trochę intuicyjnie. Były różne interpretacje przepisów, na przykład burmistrz podwarszawskich Ząbek tłumaczył się później, że zgodnie z prawem nie mógł założyć nowego konta nie zrywając umowy z dotychczasowym bankiem.

Naszym zdaniem działanie takie było dozwolone i sensowne. Jak tylko pojawiły się jakieś środki na naszych kontach w SK Banku, przenosiliśmy je do banku spółdzielczego, ale wszelkie wydatki nadal realizowane były przez SK Bank (przelewaliśmy środki na chwilę na konto w SK Bank, żeby wykonać przelew). Wszelkie wpływy zewnętrzne także trafiały na konta w banku, który wygrał przetarg. W ten sposób realizowaliśmy umowę i zapewnialiśmy bezpieczeństwo środków.

 

Mimo to straciliście ponad 2 mln zł. Co zawiodło?

Pani skarbnik dostała ode mnie polecenie, żeby w SK Banku trzymać tylko i wyłącznie pieniądze do wysokości kwoty gwarantowanej. Niestety, pech chciał, że na kilka dni przed upadkiem banku wpłynęły na nasze konto znaczące środki. Pracownicy poinformowali o pojawieniu się ich, inwestycja została zrealizowana i… W międzyczasie bank ogłosił upadłość. To był zbieg okoliczności, ale nasza pani skarbnik uznała, że mogła zrobić więcej i złożyła rezygnację.

Na szczęście szybko udało mi się znaleźć osobę, która ją zastąpi, bo upadek banku oznaczał dopiero początek kłopotów. Nowa pani skarbnik to młoda osoba, pracowała u nas od kilku lat, a już musiała zacząć ze mną jeździć i podpisywać umowy pożyczek na spore kwoty. Można powiedzieć, że wspólnie przeszliśmy weryfikację podczas wyborów w 2018 roku, bo opozycja oczywiście nie zapomniała o sprawie i oskarżała mnie i urzędników o niekompetencję.

 

Bank upadł, pieniądze przepadły. Co dalej? Musieliście nowelizować budżet? Nie było problemów z płynnością?

Mieliśmy na tyle dobrą sytuację, że właściwie obeszło się bez turbulencji. Wieliszew to szybko rozwijająca się gmina, blisko Warszawy, ze sporym potencjałem. Płynności nie straciliśmy, bo mieliśmy środki na kontach w banku spółdzielczym. Poza tym wychodziło nam, że będziemy mieć znacznie wyższe wpływy z dochodów własnych (np. z PIT), niż to wynikało z ostatniej wersji budżetu. Przed upadkiem banku wydawało się nawet, że nie będziemy musieli brać zaplanowanych pożyczek m.in. z NFOŚiGW.

Ostatecznie byliśmy jednak zmuszeni zaciągnąć dwa zaplanowane zobowiązania. Działaliśmy pod presją czasu, bo bank upadł pod koniec listopada, jednak nie musieliśmy z tego powodu nowelizować budżetu. Gdyby zdarzyło się to w innym samorządzie, to nie wiem, co by się wydarzyło. To była końcówka roku, żadnych inwestycji skasować się już nie dało, na niczym zaoszczędzić... Oczywiście 2 mln zł – straciliśmy 2,4 mln, ale oddano nam gwarantowane 100 tys. euro – przy budżecie w wysokości ok. 70 mln to poważny ubytek. Sprawa toczy się zresztą do tej pory, staramy się odzyskać pieniądze.

 

Jakie kroki podjęliście?

Złożyliśmy wniosek o wyłącznie tych środków z masy upadłościowej, argumentując między innymi tym, że były to środki unijne potrzebne do realizacji zbiorowych potrzeb wspólnoty gminnej. Złożyliśmy też wniosek o zwolnienie z kosztów sądowych. Niestety, sąd nie zgodził się na to i musieliśmy zapłacić 100 tys. zł.

 

Straciliście jeszcze 100 tys. zł?

Na razie tak, ale nasze działanie było przedyskutowane i podparte decyzją rady, która zażądała od nas podjęcia działań w celu odzyskania pieniędzy i zgodziła się na poniesienie kosztów sądowych. Na szczęście ostatnie informacje są pozytywne. Nie oznaczają jeszcze wygranej, ale Sąd Najwyższy przyjął naszą skargę kasacyjną do rozpatrzenia, co oznacza, że uznał nasz przypadek za niezwykle ważny. Większość skarg kasacyjnych jest odrzucana, SN przyjmuje tylko te, które prawdopodobnie rozpatrzy pozytywnie, lub uznał za ważne ze względu na konieczność rozstrzygnięcia istotnego problemu prawnego. Myślę, że powstanie niedługo casus Wieliszewa. Mam nadzieję, że pozytywny dla nas i innych gmin.

 

Pozostała kwestia wyboru nowego banku. Co zrobiliście – bo wiem, że ostatecznie obsługuje was duży bank. Mniejsze samorządy narzekają, że takie się do przetargów nie zgłaszają.

Postawiliśmy na bezpieczeństwo. Przetarg zastąpiliśmy negocjacjami. W przypadku zamówień nieprzekraczających progów, a w naszym przypadku cała obsługa kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych, taka forma jest dozwolona i choć nawet przy mniejszych kwotach staramy się stosować najbardziej wymagające procedury, tutaj nie mogliśmy sobie pozwolić na podobny przypadek, jak z poprzednim przetargiem. Oczywiście to my musieliśmy zainicjować kontakt z bankiem i dopiero w drodze dłuższych negocjacji udało się ustalić satysfakcjonujące warunki.

Jeżeli chodzi o kwestie finansowe, to w stosunku do poprzednich kosztów wzrosły one o kilka tysięcy złotych rocznie. Za pewność, jaką daje ten bank, warto jednak zapłacić. Inna rzecz, że znów nam było trochę łatwiej. Bliskość stolicy, całkiem spory budżet... Myślę jednak, że warto uczyć się na cudzych błędach. Należy dbać o bezpieczeństwo środków, a także wprowadzić procedury, które ograniczą możliwość popełniania błędów.

 

 

Krótka historia SK Banku

Niemal setka oskarżonych, ponad 1000 potencjalnych przestępstw. Upadek Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa (SK Banku) spowodował ogromne straty klientów, w tym samorządów.

 

Początki banku sięgają lat 20. XX wieku. Z przedwojenną nazwą nawiązującą do spółdzielczej historii bank odrodził się w 1990 roku. W latach 2010–2015 bardzo szybko się rozrastał. W 2014 roku otworzono 40. placówkę (filie były w całym kraju, m.in. w Bielsku-Białej i Tychach). 

Według ustaleń prokuratury SK Bank udzielił kredytów kilkudziesięciu podmiotom powiązanym z jednym z deweloperów. Finansowanie generowało bardzo wysokie koszty i konieczność zawiązywania coraz większych rezerw przez bank. Niespłacane kredyty były rolowane, a wartości nieruchomości, które były zabezpieczeniem, zawyżano. W sumie SK Bank stracił ponad 1,6 mld zł, choć niektóre szacunki mówią o niemal 3 mld zł. Chociaż Komisja Nadzoru Finansowego interesowała się SK Bankiem już od 2013 roku (dostępny jest materiał „Harmonogram działań UKNF wobec Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa w Wołominie”) to do opinii publicznej informacje dotarły dopiero wiosną i latem 2015 roku. W kwietniu 2015 r. prokuratura otrzymała zawiadomienie od KNF.

Wątkiem nadzoru i jego odpowiedzialności za wybuch afery zajmuje się Prokuratura Regionalna w Szczecinie. Śledczy prowadzą postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień przez byłych członków KNF w latach 2013–2015. Do SK Banku KNF wprowadziła zarząd komisaryczny w sierpniu 2015. W listopadzie 2015 r. bank ogłosił upadłość. Posiadacze kont stracili 386 mln zł – ta kwota nie była objęta gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

 

TAGI: wójt wieliszewa, SK Bank, Paweł Kownacki, Spółdzielczy Bank Rzemiosła i Rolnictwa,