W samorządach

W telekolejce po zdrowie

Opiekę zdrowotną reformujemy od lat, ale po każdej mniejszej lub większej zmianie okazuje się, że nam nie wyszło. Teraz służbę zdrowia reformuje koronawirus.

Przestawienie lekarzy i pacjentów na epidemiczny tryb działania – przepędziło co prawda kolejkowiczów z przychodni, ale wcale nie skróciło kolejek po poradę. Telepraca, telezakupy, teleusługi oraz teleporady zdrowotne to nowy trend, ale nie wszyscy są z niego zadowoleni. Pacjenci z chorobami przewlekłymi skarżą się, że badania kontrolne na które oczekiwali od miesięcy, są przekładane na bliżej nieokreślone terminy. Wysoko wyspecjalizowane szpitale przekształcone na jednoimienne potęgują ten problem. Złośliwi mówią, że teleporady to leczenie cyferek na blankietach obrazujących wyniki badań, a nie pacjenta.

Jeszcze nie tak dawno lekarze dość kpiąco wypowiadali się o wizytach u doktora Google’a, a teraz sami korzystają z Internetu bardziej niż z gabinetu. Nim nas przyjmą i zbadają, musimy przejść przez sito wywiadu telefonicznego. W majestacie obowiązującego prawa lekarz może po telekonsultacji odmówić badania w przychodni. Słychać głosy, że lekarze boją się wirusa bardziej niż pacjenci, ale wyłącznie w przychodniach NFZ. Natomiast w prywatnych gabinetach przyjmują pacjentów bez maseczek i w terminach ekspresowych – co usłyszałem od jednego z chorych, szukającego pomocy medycznej.

To oczywiście skrajne, ale też nieodosobnione, przypadki świadczące o dziwnym funkcjonowaniu naszej służby zdrowia. Z drugiej strony, widzimy na co dzień lekarzy zaangażowanych, narażających swoje zdrowie i życie walcząc na pierwszym froncie w szpitalach i na oddziałach jednoimiennych. Nie zmienia to jednak opinii coraz bardziej zirytowanych pacjentów, bo dostanie się do lekarza wymaga dziś pokonania muru wytworzonego przez ów epidemiczny tryb pracy. Złośliwcy komentują w Internecie, że właśnie wyprzedzili trend i są na kolejnym etapie telemedycyny. Swoje dolegliwości, nawet wymyślone, szczegółowo wpisują do Internetu i otrzymują diagnozę, którą przez telefon podają lekarzowi. Tym sposobem bez kłopotu uzyskują kilkudniowe zwolnienia od pracy. Są także inni, nawet zadowoleni z porad lekarskich uzyskiwanych bez wychodzenia z domu. To ci, którzy bez wysiadywania w poczekalniach otrzymują e-recepty.

Zamiast trudnej społecznie i kosztowo reformy służby zdrowia rząd chce wprowadzić od grudnia 2021 r. powszechne zapisy do lekarza przez Internet. Mają one wyeliminować prawie połowę pustych wizyt, bo pacjenci zapominają albo rezygnują z porady ze względu na odległe terminy. Z powodu nieodwołanych przez pacjentów wizyt w 2019 r. lekarze nie udzielili prawie 17 mln porad. E-rejestracja ma być panaceum na kulejącą opiekę zdrowotną, a funkcjonalności programu dla tej usługi mają dać wiarygodne informacje o wolnych terminach u lekarzy oraz w przychodniach. Mamy mieć szansę na wybór nie tylko dnia, ale i miejsca, gdzie udzielą nam porady zdrowotnej. Wszystko to dzięki rozwiniętemu o nowe funkcje internetowemu kontu pacjenta, bo będziemy smsami otrzymywać przypomnienia o terminach wizyt. Kłopot w tym, ze już działająca wyszukiwarka Terminyleczenia.nfz.gov.pl, mająca umożliwić najszybszy termin dostania się do lekarza – służy nielicznym. Wykluczone cyfrowo starsze pokolenie pacjentów nadal będzie szturmować recepcję, gdzie wpiszą ich do zeszytu. Znajomy lekarz z małego miasta mówi, że rezerwacja przez Internet to świetna sprawa, ale w jego przychodni nie ma odpowiedniej liczby komputerów, a personel i lekarze wymagają przeszkolenia.

Czy e-rejestracja i smsowe przypominajki o wizytach uzdrowią służbę zdrowia? Nie bardzo na to liczę, a eksperci od naszego zdrowia twierdzą, że to tylko mały uzdrawiający krok. Źródła kryzysu publicznej opieki medycznej są o wiele liczniejsze i poważniejsze, niż niedomagający system rejestracji pacjentów.