W samorządach

Samotne wyspy w oceanie życia

Rozmowa z Andrzejem Tomczykiem, nauczycielem i wychowawcą w Zakładzie Poprawczym i Schronisku dla Nieletnich w Raciborzu, nominowanym do Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” przyznawanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego.

Jak się zostaje nauczycielem w poprawczaku?

Zdecydował przypadek. Uczyłem polskiego w małej szkole, a koledzy, z którymi uprawiałem sport, pracowali w poprawczaku. Kiedyś po treningu usłyszałem: „Odchodzi polonistka, dobrze byłoby mieć cię w drużynie”. Potoczyło się tak, że od dwudziestu lat pracuję z młodzieżą trudną i stało się to moją pasją. Dziś nie wyobrażam sobie innej pracy.

Jest pan idealistą? Nie każdy wierzy w resocjalizację. 

Mówi się: jeżeli chcesz kogoś zapalić, sam musisz płonąć. To prawda. Jeśli chłopcy widzą, że jesteśmy autentyczni, że nakręca nas pasja, to idą za nami. Badania na temat resocjalizacji pokazują, że nasza skuteczność sięga około 50 procent, czyli połowa naszych absolwentów wraca do uczciwego życia, połowa trafia do kryminału. To bardzo uproszczony wskaźnik. Nie pokazuje, w jaki sposób zmienia się młody człowiek, który przychodząc do nas nie potrafi wykonać najprostszych zabiegów higienicznych. Ale zmienia się dzięki naszej pracy i nawet jeśli kiedyś znajdzie się w zakładzie karnym, to nabyte umiejętności zostaną. Biografie chłopców są bolesne, ale skuteczność naszej pracy obserwuję każdego dnia, chociaż tu zawsze jest tak, jakby to był pierwszy dzień pracy. Nigdy nie wiesz, co się może zdarzyć, jak potoczy się dzień. Wypalenie zawodowe mi nie grozi. 

Jako absolwent mundurowej szkoły dla chłopców wiem, że najpierw trzeba sobie wywalczyć szacunek. Sądzę, że to główna trudność w takiej pracy. 

Zgadzam się. Szacunek jest w męskim świecie wartością nadrzędną, wręcz atawistyczną. Ale nie wystarczy powiedzieć: „Dzień dobry, nazywam się Andrzej Tomczyk, będę waszym nauczycielem”. Trzeba zapracować na ich szacunek, udowodnić, że nam zależy i że mamy pomysł, jak im pomóc. Nie da się ich kupić, zwieść. Coraz jaśniej widzę, że nie wystarczy być tylko świetnym nauczycielem. Nasi chłopcy nie lubią szkoły. Szkoła nie pomogła im tyle lat i wątpią, że teraz nagle pomoże. Wiem, że nie zrobimy z nich ludzi nauki, lekarzy czy adwokatów. Ale możemy nauczyć ich, jaką satysfakcję można czerpać z pomagania innym, zaangażowania w sprawy lokalnej społeczności, okazywania serca. Jeśli całe lata umiało się jedynie pokazywać zaciśniętą pięść w geście agresji lub bezsilności, ile zadowolenia mogą doświadczyć, kiedy napiszą piosenkę, wiersz, nawet powieść. Pozdrawiam przy okazji Grzegorza, który z chłopaka poważnie skrzywdzonego przez najbliższych stał się człowiekiem o wielkiej wrażliwości na słowo. Szukam kogoś, kto pomógłby nam wydać jego powieść. W tym środowisku trudno jest odkryć i ocalić własny talent, ale te talenty naprawdę są.

Co jest w pańskiej pracy zwycięstwem, a co uważa pan za porażkę? 

Największa porażka jest wtedy, kiedy młody człowiek popełnia kolejne przestępstwo. Trudno jest zmienić nawyki wyniesione z domu, ze środowiska, gdzie procesy desocjalizujące trwały całymi latami i zło stało się niemal drugą naturą. Czasami nam się nie udaje i przeżywamy to bardzo mocno. A zwycięstwo? Kiedyś wychowanek przysłał mi zdjęcie swojego zeszytu do języka polskiego sprzed kilkunastu lat i dodał, że do dziś z niego korzysta, kiedy pomaga córce odrabiać zadania domowe. To są te wielkie chwile małych zwycięstw. Nasi wychowankowie zakładają rodziny, podejmują uczciwą pracę. W tym zawodzie nie ma sukcesów z dnia na dzień, czerpiemy satysfakcję z małych osiągnięć. Musimy czasem zrobić pięć kroków wstecz, żeby pójść o jeden do przodu. 

Myśli pan czasem o tym, skąd się bierze zło?

Nie istnieje gen zła. Nie dziedziczy się zła po matce kryminalistce czy ojcu złodzieju, choć środowiskowe determinanty zachowań przestępczych są bogato opisane w literaturze. To nie jest jednak zerojedynkowe. Tu złem był sposób wychowania, nawarstwienie patologii w rodzinie, złe relacje rówieśnicze, niewydolny system edukacyjny, brak wsparcia dla młodego człowieka. Do nas trafiają chłopcy, którzy są czyimiś dziećmi, kolegami, uczniami. I wszystkie te środowiska przegapiły ten moment, kiedy zaczęło dziać się coś złego. Zła nie zjada się z kanapką na śniadanie. Ono się rozwija, jeśli na to pozwalamy.

Jak można sobie radzić ze złem? 

Istnieje w socjologii pojęcie trzeciego miejsca. Przestrzeni poza domem i pracą, gdzie inaczej można spędzić czas, zrelaksować się, wsłuchać w siebie i swoje potrzeby. Dla mnie tym miejscem są góry. Mam kilka pasji, w które wciągam chłopców: trekking górski, nocowanie w naturze, wyprawy rowerowe, działalność charytatywna. Kiedy widzę, że zaczynają ich pociągać góry, że zaczynają czerpać radość z obcowania z nimi, to wiem, że tam wrócą z dziewczyną, żoną, dziećmi i na drewnianym mostku w Bieszczadach pochwalą się, że to właśnie oni z kolegami zbudowali ten most, naprawili szlak. Jeśli ktoś kocha góry, nie może być złym człowiekiem. Góry to świat absolutnego dobra. 

Czy teraz, w dobie internetu, jest gorzej czy łatwiej?

Dwadzieścia lat temu liczył się honor. Wiadomo było, że nie ucieka się opiekunom podczas wycieczki. Nigdy złego słowa wychowankowie nie mówili o kobiecie. Dzisiaj nie ma żadnych hamulców. Upadek wartości, prymitywizacja relacji międzyludzkich, brutalizacja młodzieży, jej ubóstwo poznawcze są porażające. Nie zwalam winy na internet, przecież nie każdy jego użytkownik staje się brutalnym troglodytą pozbawionym mózgu, ale widać, że nieumiejętne korzystanie z internetu przez młodzież i dzieci wyrządziło wielkie szkody. Większą winę upatruję jednak w atomizacji świata. Staliśmy się samotnymi wyspami na oceanie życia. Nie budujemy wspólnot, nie potrafimy rozmawiać, spierać się, szanować. My nie budujemy nawet archipelagów. Młodzi ludzi słyszą, jak odnoszą się do siebie autorytety w telewizji, obserwują te wszystkie durne reality show, widzą, że jedno plemię napada na drugie, żeby zbudować świat oparty na własnej, bezdyskusyjnej wizji. Dlatego tak wielkie zadanie stoi przed współczesnymi „Anodami”, ludźmi otwartymi, wrażliwymi, pełnymi empatii i chęci bezinteresownego pomagania. Na szczęście takich ludzi jest wokół nas sporo. Wciąż jesteśmy zdolni do wielkoduszności, więc jest nadzieja. 

Dlaczego wybrał pan Racibórz? Miasto, które stało się pańską pasją. 

Jako student polonistyki przyjeżdżałem tutaj do dziewczyny. Dla chłopaka, który większość życia spędził we Wrocławiu była to wyprawą na prowincję. Ale im bardziej poznawałem ludzi, którzy tworzą to miasto, tym bardziej stawało się ono moje. Racibórz ma piękną historię, ale mam wrażenie, że wciąż nie potrafimy znaleźć dla niego właściwego formatu. Mało kto wie, że w Raciborzu w 1241 roku zapisano uchodzące za najstarsze z zachowanych i napisanych w języku polskim zdań: „Gorze szą nam stało", czyli słowa księcia Henryka Pobożnego wypowiedziane w obliczu klęski pod Legnicą. Marzy mi się Racibórz jako miasto żywe, w którym można aktywnie odpocząć, pełne tras rowerowych, biegowych, wykorzystujące położenie nad Odrą, potężnym zbiornikiem retencyjnym i granicą z Czechami. Dziś to położenie na uboczu, z dala od wielkiej śląskiej aglomeracji uważam za atut, bo niespieszne życie we współczesnym świecie jest bezcenną wartością. Wciąż jest tutaj sporo do odkrycia i zrobienia. 

Pan odnalazł cichociemnego. Poznaliście się?

Nie, porucznik Chyliński zmarł w 1990 roku, ja wtedy jeszcze chodziłem do szkoły zawodowej we Wrocławiu i nie wiedziałem nic o żołnierzach Polskiego Państwa Podziemnego. W Raciborzu na cmentarzu Jeruzalem odnalazłem skromny grób, z krzyżem z metalowych rurek i fragmentem „Modlitwy obozowej” na blaszanej tabliczce. Postanowiłem coś z tym zrobić. Opowiedziałem o swoich pomysłach jednemu z najcudowniejszych ludzi, jakich w życiu spotkałem, panu Zdzisławowi Głowaczowi z Raciborza i ten niezwykły kamieniarz wspólnie z synami wykonał nieodpłatnie piękny nagrobek. Następnie szkoła, której jestem dyrektorem, otrzymała imię porucznika Chylińskiego, na terenie placówki stanął pomnik poświęcony cichociemnym oraz instruktorom, pilotom i opiekunkom skoczków – żołnierkom z AK zwanym ciotkami. W końcu wydałem 250-stronicową biografię porucznika. Mam poczucie, że zrobiłem w tej sprawie wszystko, co mogłem. Corocznie organizuję przeszkodowy Bieg Małego Polaka upamiętniający cichociemnych. Dzieci muszą odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących historii Polski, bo zależy nam na tym, żeby znały hymn, symbole narodowe.

Czy opowieść o cichociemnych ma wpływ na wychowanków?

Rozmawiam z nimi dużo na ten temat. Oni mówią wprost, że na wojnę by nie poszli. Wybraliby postawę jak bohaterowie „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego”, czyli przetrwać, nie angażować się bezpośrednio w walkę, przeczekać. Nie czują się związani obowiązkiem obrony kraju. Motywują ich głównie pieniądze, nie wartości. Ale z drugiej strony proszę prześledzić naszego fanpejdża, na którym umieszczamy piosenki nagrane przez naszych wychowanków. Młodzi dorastają w kulturze hip-hopu, nie śpiewają jednak tylko o narkotykach czy imprezowaniu. Utwór „Pamiętaj” Andrzeja i Mateusza opowiada o tym, że tamci walcząc w czasie wojny myśleli o nas, więc naszym moralnym obowiązkiem jest dziś pamiętać o nich. Czasami słyszę od nich, że w szkole wcześniej rzadko o tym słyszeli. Nie wiedzieli o cichociemnych, o łagrach syberyjskich, sądzili, że wojna skończyła się w 1945 roku. W polskiej szkole wciąż uczymy młodzież nierzadko nieprzydatnej encyklopedycznej wiedzy o wojnie secesyjnej, zamiast uczyć zwykłej ludzkiej troski o kombatantów, weteranów, dbałości o cmentarze i miejsca narodowej pamięci, zwłaszcza w tym lokalnym wymiarze. To nauka patriotyzmu lepsza niż szkolne czytanki. Spotkanie z kapitanem Szlapańskim, ostatnim żyjącym żołnierzem AK w Raciborzu, czy spotkanie z majorem Tarnawskim, ostatnim żyjącym cichociemnym, daje moim wychowankom o wiele więcej niż najlepszy podręcznik.

***

Andrzej Tomczyk – nauczyciel i wychowawca w Zakładzie Poprawczym i Schronisku dla Nieletnich w Raciborzu. Angażuje się w pielęgnowanie pamięci historycznej wśród lokalnej społeczności. Realizuje autorską akcję „Cichociemny Frez” upamiętniającą porucznika Armii Krajowej, Eugeniusza Chylińskiego „Freza”, który spoczywa w Raciborzu. Pomysłodawca i organizator Biegu Polaka Małego, Biegu Cichociemnych i obozu patriotyczno-survivalowego dla dzieci. Identyfikuje groby weteranów AK i opiekuje się nimi. Wspiera kombatantów. We wszystkie akcje włącza swoich młodych podopiecznych, ucząc ich zaangażowania społecznego i działalności na rzecz potrzebujących. Członek Okręgu Śląskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Nominowany do Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w kategorii „Wyróżniająca się akcja lub inicjatywa społeczna”.

***

Nagroda im. Jana Rodowicza „Anody” została ustanowiona przez Muzeum Powstania Warszawskiego w 2011 r. Przyznawana jest spadkobiercom tradycji Powstańców Warszawskich, bohaterom czasu pokoju – którzy pomagają i uczą pomagać. To honorowe wyróżnienie dla osób, które nie chcą być bierne. Kandydatów do X edycji Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” można zgłaszać do 6 września 2021 r. Więcej na: www.1944.pl

Fot. D. Gralak/Muzeum Powstania Warszawskiego