Rozmowy Wspólnoty

Odbudowałem poczucie dumy z mieszkania w Wałbrzychu

Rozmawia: Sławomir Bukowski

21.01.2020

W dużych miastach, takich jak Wrocław, wiele rzeczy dzieje się samoistnie, my na wszystko musimy ciężko zapracować. Ja wiem, ile kosztuje taki wysiłek, ale też znam smak sukcesu. Wałbrzych przestał być synonimem upadku i powrócił na tory naturalnego rozwoju – mówi prezydent Roman Szełemej.

Wałbrzych jest miastem wyjątkowym – usłyszałem dziś od taksówkarza. Całą drogę pokazywał mi ulice, chodniki, skwery wybudowane w ostatnich latach. Mówił, że gołym okiem widać, jak miasto podnosi się z upadku. A jako autora sukcesu wskazywał pana, zasypując mnie historiami – nie wiem prawdziwymi czy zmyślonymi – z pańskiego życia.
Wiem, jakie znaczenie mają emocje, żyję z nimi od 35 lat jako praktykujący lekarz. I mogę powiedzieć, że mnie i wielu ludzi z Wałbrzychem łączy specyficzny rodzaj więzi, trudno definiowalnej i czasem niewytłumaczalnej na racjonalnym gruncie. W Wałbrzychu wszystko jest prawdziwe i oddziałuje w dwójnasób. Gdy doszło do zamykania kopalń na nieznaną dotąd w Polsce skalę, gdy miasto zaczęło upadać, to i problemy, jakie się pojawiły, były bezprecedensowe.

Upadek Wałbrzycha utożsamiany jest z kryzysem w górnictwie, ale w tym samym czasie zamykane były dziesiątki mniejszych fabryk dających pracę tysiącom osób.
Padł przemysł ceramiczny, lniarski. Głuszyca, Jedlina, Walim – wszystkie miejscowości wokół przez setki lat żyły w symbiozie z węglowym Wałbrzychem i wraz z nim w latach 90. pogrążyły się w stagnacji. Bez pracy w Polsce było 25–30 proc. osób, u nas wskaźnik poszybował do 35–40 proc. Ale tu, oprócz pracy i stabilnego źródła dochodów, nie było czegoś znacznie ważniejszego: perspektyw, nadziei, odrobiny optymizmu w spoglądaniu w przyszłość. Olga Tokarczuk powiedziała kiedyś: jeśli tu było coś wyjątkowego, to wyjątkowy upadek – ścieżki życiowej, historii, podróży ku przyszłości, która nagle się skończyła. Wielokrotnie podróżowałem po Stanach Zjednoczonych, tam o Nowym Jorku mówi się, że miasto nigdy nie śpi. Taki wcześniej był Wałbrzych. Fabryki, koksownie, pracowały całą dobę, bez jednego dnia przerwy, nawet w Wigilię, piece ceramiczne w wielkich zakładach porcelany musiały działać non stop. I nagle wszystko zaczęto wyłączać. W mieście zrobiło się cicho. Pozamykane bramy, ludzie stojący na ulicach i zastanawiający się nad swoim losem. To, że wytrzymali tamten czas, jest niepodważalnym dowodem, że siła przetrwania była niewyobrażalna, wręcz pozbawiona logiki. W sumie nie wiadomo, dlaczego to miasto pozostało… Pracowałem wtedy w przychodni lekarskiej w kopalni Victoria. Któregoś dnia przyszedł kierownik, starszy, doświadczony lekarz, i mówi: panie kolego, ale co my z tymi kartotekami zrobimy? Stał kompletnie bezradny wobec niebywałego chaosu. Nikt nam nie powiedział, co będzie dalej, co zrobić z dokumentacją medyczną, nie uprzedził zwalnianych pracowników, że po jakimś czasie skończą się zasiłki, nie doradził, jak mają żyć. Do dziś w Wałbrzychu płacimy cenę tego, że w przemyśle wydobywczym pracowało się na rozkaz. Nie oczekiwano pomysłów, własnej inicjatywy. Ludzie mieli zjechać i na rozkaz zacząć kopać, a na dźwięk dzwonka wrócić. W innych dolnośląskich miejscowościach, na przykład w Świdnicy, mieszkańcy mają zakodowaną w DNA przedsiębiorczość, tymczasem my cały czas mamy ogromny problem z rozwojem usług, z pobudzaniem inicjatywy, bo ona tu nigdy nie miała warunków, żeby zakwitnąć.

Wiosną 2019 roku Urząd Miasta Wałbrzycha był współorganizatorem Kongresu Średnich Miast, na którym zaprezentowany został raport prof. Przemysława Śleszyńskiego, demografa z Polskiej Akademii Nauk. „Miastom takim jak Wałbrzych czy Jelenia góra grozi w najbliższych latach spadek ludności nawet o 40 procent” – brzmiała jedna z konkluzji raportu. Profesor tłumaczył, że trzy czwarte polskich miast nie jest atrakcyjnych migracyjnie, młodzi, którzy wyjeżdżają na studia, w zdecydowanej większości nie wrócą. To brzmiało bardziej jak wizja ostatecznego upadku miasta, niż nakreślenie perspektyw rozwoju.
Depopulacja ma systemowy charakter. To zjawisko obserwowane w Skierniewicach, Tarnowie, trochę w Zamościu. Polska jest państwem policentrycznym, jest kilka silnych ośrodków aglomeracyjnych, takich jak Trójmiasto, Warszawa, Katowice, Wrocław, Poznań, także Szczecin, Białystok czy Lublin. Duża liczba miast średnich i małych nie wytrzymuje wyścigu szczurów.

Efektem jest brak rąk do pracy i trudności w pozyskaniu inwestorów w mniejszych ośrodkach, którzy dokonują dokładnego rozpoznania rynku, zanim zdecydują o ulokowaniu biznesu.
Zjawiska dysproporcji w rozwoju rodzą znacznie więcej skutków, przede wszystkim sprzyjają rodzeniu się napięć będących znakomitą pożywką dla ekstremizmów: populistycznych, nacjonalistycznych, nawet religijnych. Tam, gdzie powszechne jest poczucie bezradności, niesprawiedliwości, stygmatyzowania, łatwo wywołać złe emocje. Dlatego w interesie państwa jest umożliwienie zrównoważonego rozwoju wszystkim ośrodkom i ludziom, którzy je tworzą. Mieszkańcy powinni czuć, że są u siebie, tymczasem ci z małych i średnich miast mają wrażenie, że coś ich omija.

Co rząd miałby zrobić?
Po pierwsze, trzeba naukowo wykazać, że problem faktycznie jest i nasze przeświadczenie o nim ma racjonalne przesłanki. I to zostało opisane, mamy znakomity raport profesora Śleszyńskiego. Po drugie, rząd musi współdziałać z samorządami. Co prawda przygotowano Program dla Miast Średnich, ale jest on przede wszystkim deklaratywny, nie dostrzegam w nim prawdziwych narzędzi. Niestety, obecny rząd pojmuje rozwój centralistycznie, nie rozumie regionów, nie rozumie siły, która tkwi w samorządzie. Przy takim nastawieniu uzyskanie efektu zmniejszenia napięć będzie trudne. Nieustająco apelujemy, poprzez takie inicjatywy, jak Aglomeracja Wałbrzyska czy Deklaracja Sudecka, żeby problemy mniejszych ośrodków rząd dostrzegał nie tylko wtedy, kiedy pasuje mu to do kampanijnej narracji.

Mamy jeszcze rządową Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju, która zauważa zjawisko depopulacji, starzenia się społeczeństwa i zakłada pobudzanie rozwoju społecznego i gospodarczego między innymi poprzez politykę regionalną.
Walorem tej strategii jest diagnoza, jednak przyjęte rozwiązania nie wszędzie się przyjmują. Na przykład program Mieszkanie Plus, który w Wałbrzychu się sprawdził, w innych ośrodkach bywa traktowany jako coś nienaturalnego. Rozwiązania bywają mało skuteczne, bo adresowane są do społeczności lokalnych pełnych silnych napięć o charakterze społecznym czy gospodarczym, gdzie na podglebiu opuszczenia, nostalgii za tym, co było kiedyś, zaczęły kiełkować populizmy. Trzeba ludziom tłumaczyć, że nie chodzi o to, aby w każdym miejscu, gdzie kiedyś funkcjonował szpital, uruchamiać go na nowo albo sztucznie utrzymywać przy życiu, bo za chwilę nie będzie miał tam kto pracować. Nie chodzi o to, żeby w dobie internetowych przekazów pieniężnych w każdym miejscu, w którym była agencja PKO, nadal ona funkcjonowała – coraz częściej płacimy telefonem. Programy rządowe muszą być lepiej adresowane, wymagają przygotowania, akcji edukacyjnych, a to wszystko powinno odbywać się w atmosferze lepszej współpracy z samorządami lokalnymi.

Przed przyjazdem do pana rozmawiałem z wójtem pobliskiego Walimia Adamem Hausmanem. Opowiadał, że w ciągu kilkunastu lat liczba mieszkańców jego gminy spadła o 10 procent. Jego zdaniem w perspektywie kilkunastu lat należałoby mocniej rozważyć kwestię łączenia gmin, bo coraz słabsze jednostki w końcu stracą rację bytu.
To uzasadniona argumentacja, oparta na racjonalnych przesłankach, a perspektywa nakreślona przez wójta jest nieunikniona. Coś takiego dzieje się za naszą zachodnią granicą, tyle że Niemcy robią to po swojemu, z miesiąca na miesiąc dwa powiaty łączy się w jeden. Koniec, kropka. Obawiam się, że w Polsce nasze poczucie indywidualności, głęboko zakodowany partykularyzm, będą nakazywać obronę do ostatniej kropli krwi dotychczasowego podziału administracyjnego, za cenę marginalizacji kolejnych gmin.

Łączenie samorządów przyniosłoby znaczące oszczędności na administracji, pozwoliłoby lepiej planować transport, budowę dróg, rozwój sieci oświatowej.
To racjonalne argumenty, ale wydaje mi się, że nie one ostatecznie zdecydują. Czynnikiem sprawczym będą spadające zasoby kadrowe w administracji. Już dziś w pięciotysięcznych gminach w wydziale inwestycji na jednej czwartej etatu pracuje inżynier, który mieszka w zupełnie innym miejscu i zgodził się ratować urząd. Znalezienie sensownego kandydata na sekretarza jest niezwykle trudne. Proszę zobaczyć, jak w małych i średnich miastach wyglądają wydziały geodezji. Nie ma problemu ze znalezieniem radcy prawnego, urzędników niższej rangi, ale na stanowiskach kierowniczych kompetencje muszą być poświadczone wieloletnim doświadczeniem i ustawicznym podnoszeniem kwalifikacji. Prezydentem może być każdy, jego zastępcą również, ale skarbnikiem czy naczelnikiem wydziału architektury czy inwestycji tylko wysoko wykwalifikowany i doświadczony w administracji samorządowej specjalista. Co pewien czas przychodzi do mnie urzędnik i prosi: panie prezydencie, czy zgodzi się pan, żebym przeszedł do gminy X, bo tam nikogo nie mają, proszą i namawiają, oferują trochę wyższe wynagrodzenie, niż miałem tutaj. Problemy kadrowe staną się katalizatorem procesu łączenia się gmin, choć przyczyn oczywiście będzie więcej. Jesteśmy zasypywani przez rząd bardzo złymi rozwiązaniami. Koronnym przykładem jest doprowadzenie do niewyobrażalnego bałaganu w oświacie, podnoszenie wynagrodzeń nauczycieli naszym kosztem, patrzenie na dochody gmin poprzez makrowskaźniki zawierające transfery pieniędzy. Jesteśmy jednym z większych regionie beneficjentów programu 500+, ale to na naszą zamożność kompletnie się nie przekłada. Gdyby więc pojawiły się precyzyjnie określone i korzystniejsze niż do tej pory zachęty finansowe, to proces łączenia się samorządów zacznie mieć miejsce, także w naszym regionie. Panie redaktorze, my na Dolnym Śląsku jesteśmy nastawieni na efektywną współpracę, posiadamy jej gen. Konsolidujemy się, łączymy siły. Deklaracja Sudecka pokazuje, że wspólnie i jednym głosem będziemy artykułować nasze oczekiwania.

To znalezienie genu współpracy to chyba trochę krzyk rozpaczy. Coraz częściej mówi się o województwie dolnośląskim dwóch prędkości: zamożnej północy i uboższym południu, które potrzebuje jakiegoś czynnika sprawczego dla przyspieszenia rozwoju.
To nie krzyk rozpaczy, raczej dojrzała decyzja o wzięciu sprawy w swoje ręce. Determinacja jest podyktowana poczuciem pogłębiającego się dystansu. Negatywne emocje nigdy nie są korzystne, w dłuższej perspektywie okazują się nieproduktywne. Dlatego my zbudowaliśmy porozumienie na pozytywnych akcentach. W Aglomeracji Wałbrzyskiej i wśród sygnatariuszy Deklaracji Sudeckiej na pielęgnowanie genu współpracy mam duży wpływ, zostałem wybrany liderem. Zamierzam pielęgnować raczej wizje przyszłościowe, niż poczucie krzywdy, stygmatyzacji czy izolacji.

Jakich konkretnie efektów współpracy pan oczekuje?
Nie wierzę, że cokolwiek w naszej sytuacji zmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To będzie długotrwały proces, ale najważniejsze, że on już trwa. Początek był trudny, przez pierwsze kilkanaście miesięcy przebicie się z tezą o województwie dwóch prędkości było trudne. Dziś chyba nikt nie ma już wątpliwości, że hasło nie dotyczy tylko Unii Europejskiej, ale także naszego regionu. Teraz my sami, czyli 107 jednostek samorządowych, musimy wypracować i przedstawić rozwiązania, które będą od nas zależne i przez nas zaakceptowane. Kiedy nasze oczekiwania zostaną spisane, do ich spełnienia konieczne będzie wsparcie rządu. Mam nieodparte wrażenie, że uzyskamy akceptację, bo na poziomie centralnym nie widzę negacji oczywistych faktów potwierdzonych w raporcie prof. Śleszyńskiego. Potrzebna będzie też współpraca ze strony samorządu wojewódzkiego – to nie będzie proste, bo jest on emanacją ludnościowego profilu regionu, czyli środka i bogatszej północy, a przede wszystkim silnego Wrocławia. Będziemy zmuszeni przebijać się z postulatami przekonując, że realizacja programu dla południowej części województwa nie będzie się odbywała czyimś kosztem. Nie zamierzamy nikomu zabierać pieniędzy. Chcemy jednak być premiowani – poprzez środki centralne, europejskie, w jakimś stopniu przez wojewódzkie – za współpracę, budowanie wspólnoty, za realne propozycje rozwiązywania problemów.

Może należałoby w województwie dolnośląskim, podobnie jak to się stało w mazowieckim, dokonać podziału statystycznego, aby południe mogło w większym stopniu absorbować środki unijne?
Podział statystyczny to narzędzie pozyskiwania funduszy, ale nie cel sam w sobie.  Narzędzie mogłoby okazać się przydatne pod warunkiem, że rząd i Komisja Europejska wyciągną z tego pozytywne wnioski. Nie jest warunkiem sine qua non. W tej chwili – i na tym się skupiamy – tworzymy program projektowy rozpisany na 107 samorządów. Katalogujemy zadania i za kilka miesięcy przedstawimy je jako wspólny, uporządkowany, logiczny zbiór tego, co trzeba zrobić, żeby południe województwa otrzymało cywilizacyjny impuls. Ten program nie będzie wart sto miliardów złotych, bardziej kilka miliardów. Będziemy przygotowani jak żaden region w Polsce do tego, żeby ktoś, kto ocenia stopień aktywności lokalnej w rozwiązywaniu subregionalnych problemów, powiedział: okey, zdefiniowane i opisane przedsięwzięcia, będące wynikiem precyzyjnego rozpoznania potrzeb, trzeba wspierać. Nie spodziewam się, że nagle rząd przeleje nam miliardy, ale oczekuję, że pomoże realizować program – możemy go nawet nazwać operacyjnym – odpowiadający naszym aspiracjom. Wskażemy, gdzie i jak rozbudować sieć drogową, które linie kolejowe zrewitalizować, gdzie rozwijać sieć placówek edukacyjnych. Nie będziemy prosić o nowe chodniki, ale o poprawę lokalnej retencji wody czy pomoc w budowie bazy mieszkaniowej dla osób, które chcą tu wrócić po studiach, albo które postanowiły wynieść się z dużego miasta, gdzie koszty życia są coraz wyższe.

Może przy okazji warto postawić na promocję życia w mniejszych miastach?
To prawda, jest cała teoria slow life. Życie w miastach średnich i małych nie dość, że tańsze, bywa przyjemniejsze i bardziej produktywne intelektualnie, ma wiele przewag w porównaniu z niebywale dynamiczną, ale i chaotyczną metropolią. Także dostępność usług bywa lepsza niż w miastach. W ramach Aglomeracji Wałbrzyskiej zainspirowaliśmy proces tworzenia przedszkoli, powstały w miejscach, w których nigdy wcześniej ich nie było. Zawiezienie tam dziecka zajmuje piętnaście minut, kilka razy krócej niż w zakorkowanym w godzinach szczytu Wrocławiu. U nas życie jest wolniejsze, spokojniejsze, można mieć więcej czasu dla siebie.

Dla młodych ludzi ważny jest jeszcze jeden czynnik: życie kulturalne. W dużych miastach oferta jest pod tym względem znacznie bogatsza.
To trochę zaklinanie rzeczywistości. Jestem uczestnikiem wydarzeń kulturalnych we Wrocławiu: w operze, w Narodowym Forum Muzyki, ale też u nas, na przykład w Filharmonii Sudeckiej w Wałbrzychu. Na spektaklach we Wrocławiu spotykam wciąż te same osoby, podobnie w Wałbrzychu. Dla miłośników wysokiej kultury pokonanie 50 kilometrów, żeby uczestniczyć w ważnym dla nich wydarzeniu, nie jest żadną przeszkodą. Nie jestem przekonany, czy w każdym mieście potrzebny jest duży teatr i filharmonia. Metropolia przyciąga wieloma elementami i oddziałuje w warstwie emocjonalnej, ludzie lgną do świateł wielkiego miasta. Tak samo jak Polacy zachowują się Amerykanie, Brazylijczycy. Małe miasta powinny budować inną ofertę dotyczącą spędzania wolnego czasu.

Mimo to proces depopulacji miasteczek trwa. Można go choć przyhamować?
Odpowiem jak lekarz. W Polsce mamy problem alkoholizmu – liczba uzależnionych nie spada. Ktoś powie, że wobec tego nie ma sensu wydawać tak dużych środków na powstrzymanie postępów choroby alkoholowej, bo wysiłki okazują mało skuteczne. To co, mamy nic nie robić? Pewnych zjawisk nie da się całkowicie odwrócić, ale niepodejmowanie wysiłków oznaczałoby kapitulację i nasilenie się negatywnych trendów. Dlatego małe miasta muszą finansować kina, niewielkie teatry, wspomagać tworzenie filii szkół wyższych. Musi być zachowany balans i temu służą takie inicjatywy, jak nasze Sudety.

W ubiegłym roku uzyskał pan 85-proc. poparcie w wyborach na prezydenta Wałbrzycha, ale jest pan politykiem PO, silnie identyfikowany z tą partią. Jak wyobraża sobie pan skuteczną współpracę z obecnym rządem?
Stwierdzenie, że jestem politykiem, jest tylko częściowo uprawnione. W warstwie ideologicznej, retoryki, nie ma zastosowania. Jeśli ktoś zdecydował się ubiegać o to, aby powierzono mu kierowanie samorządem, musi odejść od kwestii ideologicznych. Oczywiście prezydenci miast – jeśli w kolejnych wyborach akceptują to ich wyborcy – mogą być wyraziści politycznie, jednak ja uznałem, że będę sobą. Blisko mi do społecznej nauki Kościoła, podejmuję decyzje przez pryzmat wyrównywania szans, egalitaryzmu. Nie jestem etatystą, ale uważam, że rola państwa w wielu dziedzinach życia powinna być większa, na przykład w sferze edukacji, wychowania, opieki zdrowotnej, zapewnienia bezpieczeństwa. Mam poczucie, że kapitalizm ma wyraźnie narodową twarz. Wydaje mi się też, że moje umiarkowanie konserwatywne w warstwie gospodarczo-społecznej nie jest przeszkodą, aby prezentować wolnościowe, liberalne idee demokratyczne. Jeśli 85 proc. głosujących na moją skromną osobę mieszkańców uznało, że ich reprezentuję, to pewnie podzielili mój pogląd, że mamy tu – w Wałbrzychu i regionie – gigantyczne wyzwania, że trzeba mieć specjalny zespół cech, aby im podołać. I uznali, że ja ten zbiór cech posiadam. Z drugiej strony ten poziom zdeponowania aspiracji, oczekiwań i nadziei w jednej osobie jest nienaturalnie duży. To dla mnie bardziej sygnał ostrzegawczy, niż źródło zadowolenia, i mówię to bez fałszywej nuty. Rok temu zagłosowali na mnie także wyborcy PiS – to mocny mandat do współpracy z każdym rządem, z samorządem wojewódzkim, z Komisją Europejską. A ja gwarantuję, że te rozmowy nie będą konfrontacyjne, bo jestem rzecznikiem koncyliacji, przekonywania, a jeśli wyścigu, to na pomysły.

Nie trzeba jednak robić ukłonów w kierunku jednej czy drugiej strony sporu politycznego, jaki toczy się w kraju? Gdy pojawia się dyskusja o in vitro, trzeba umieć się opowiedzieć. Pan na przykład wpadł na pomysł budowy pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej.
Pomiędzy stawianiem pomnika a chęcią upamiętnienia ofiar jest ogromna różnica – mi chodzi o to drugie i nie ma nic wspólnego z uczestnictwem w rozgrywkach politycznych. W Ameryce każdy prezydent, aż do czasów Donalda Trumpa, niezależnie od podziałów w społeczeństwie, otaczany był wielkim, wręcz nieuprawnionym szacunkiem. Prezydent kraju, wybrany w wyborach bezpośrednich, ma swoje przynależne mu – nie tylko konstytucyjnie – miejsce w historii. W katastrofie smoleńskiej zginęło dwóch prezydentów Polski: historyczny, ostatni na uchodźstwie – postać ważna, mąż stanu – oraz urzędujący, wybrany wolą demokratycznej większości. Z perspektywy dziesięciu lat prezydentura Lecha Kaczyńskiego wygląda zupełnie inaczej, niż była wtedy oceniana przez wiele środowisk. W katastrofie, która była emanacją polskiego bałaganu, zginęło prawie sto osób, w tym parlamentarzyści związani z Dolnym Śląskiem, jak Jerzy Szmajdziński. Po dziesięciu latach musi znaleźć się ktoś, kto powie: to część naszej historii. W potwornie upolitycznionej narracji zniknął kontekst, że oni jechali na rocznicę upamiętniającą zbrodnię katyńską. Rodziny katyńskie, z którymi rozmawiałem, mają za złe, że nagle zapomniano o tysiącach Polaków zamordowanych przez reżim stalinowski. Wyobrażam sobie upamiętnienie skromne, bezkosztowe dla miasta, w duchu mądrości europejskiej i chrześcijańskiej. W Wałbrzychu jest duże grono ludzi, którzy myślą podobnie jak ja, choć są i tacy, pewnie głośniejsi, którzy mocno przeciw upamiętnieniu protestują.

Pana pomysł realizowany w roku wyborczym będzie przez różne środowiska rozgrywany politycznie.
Sam pan zasugerował, że to może być – upraszczając i banalizując – wyraz mojej chęci zachowania balansu. Ale chyba lepiej, żeby „zagospodarował środek” ktoś, kto działa koncyliacyjnie, niż ten, kto z definicji idzie na konfrontację.

Na jakie etapie rozwoju jest dziś Wałbrzych?
Jest średniej wielkości miastem, które najtrudniejszy czas ma za sobą, zarówno w wymiarze infrastrukturalnym, społecznym, jak i gospodarczym, czy nawet politycznym. Miastem, które dzięki swoim naturalnym walorom staje się atrakcyjne do życia. To ośrodek zdecydowanie przemysłowy, ale oparty na nowoczesnych gałęziach przemysłu, z wysoką kulturą pracy. Miasto, które wróciło na tory naturalnego rozwoju. W dużych miastach, takich jak Wrocław, wiele rzeczy dzieje się samoistnie, my na wszystko musimy ciężko zapracować. Ja wiem, ile kosztuje taki wysiłek, ale też znam smak sukcesu. Wałbrzych przestał być synonimem upadku. Oczywiście nie udało się zrealizować remontów wszystkich ulic, które tego wymagają, nie udało się rozebrać wszystkich ruin, które powinny zniknąć z krajobrazu, nie zbudowałem wszystkich domów, które muszą powstać, wciąż nie ma stadionu, ale udało mi się odbudować coś, czego przecenić się nie da: poczucie dumy z mieszkania w Wałbrzychu.