Rozmowy Wspólnoty

Karta Nauczyciela wymaga gruntownego przepracowania

W jakim kierunku powinny pójść zmiany Karty, aby odpowiadała współczesnym oczekiwaniom? Czy samorządy powinny mieć wpływ na podstawy programowe w szkołach? Rozmawiamy z Mariuszem Banachem, wiceprezydentem Lublina ds. oświaty i wychowania.

Karta Nauczyciela pochodzi z początku lat 80. XX wieku, ma już blisko 40 lat. Czy taki dokument, pełniący rolę układu zbiorowego, we współczesnej oświacie wciąż jest potrzebny?
Z pewnością niezbędne jest zachowanie specjalnego statusu prawnego nauczyciela. Czy ma on być gwarantowany przez Kartę Nauczyciela, czy przez inne formy ustawowe, to sprawa do dyskusji. Nauczyciele wykonują zawód wymagający szczególnego powołania i dlatego powinni być otoczeni szczególną ochroną prawną. Oczywiście, poszczególne zapisy Karty budzą wiele emocji, na przykład te związane z urlopem na poratowanie zdrowia czy z zasadami awansu zawodowego. Pojawia się też wiele nowych propozycji, wartych rozważenia. Z Ministerstwa Edukacji i Nauki, które zapowiada nowelizację Karty, docierają informacje, że nauczyciele zostaną uszeregowani w zależności od przedmiotu, którego nauczają. Są przedmioty wymagające od nauczyciela więcej pracy w domu i przygotowywania się do prowadzenia lekcji. Dziś uszeregowanie dotyczy nauczycieli pracujących w świetlicach, w bibliotekach, wydaje się, że potrzebne jest także przedmiotowe.

Karta roztacza nad nauczycielami parasol ochronny, zwłaszcza nad tymi z najwyższym stopniem awansu zawodowego.
Oczywiście, daje spore gwarancje zatrudnienia i chroni przed zwolnieniem. Ale określa też zobowiązania, które mogą być problematyczne. To chociażby kwestia urlopu, którego nauczyciel ma sporo, ale w określonym czasie, kiedy dzieci nie ma w szkole. Pytanie, czy tak powinno być? Z punktu widzenia pracowników oświaty to istotne ograniczenie, że urlopu wypoczynkowego nie można wziąć w innym terminie. Takich niuansów jest wiele. Z pewnością Karta powinna zostać dokładnie przepracowana.

Także w kwestii pensum?
Związkom zawodowym wygodnie jest mówić, że pensum powinno pozostać bez zmian, ale skoro mówimy o uszeregowaniu nauczycieli w zależności od nauczanych przedmiotów, to na wysokość pensum należy spojrzeć również w tym kontekście.

Samorządy są organami prowadzącymi szkoły, ich obowiązkiem jest ich budowa, wyposażanie, organizowanie konkursów na stanowiska dyrektorów, ale są ubezwłasnowolnione w zakresie ustalania wysokości pensji nauczycieli. Mają wpływ tylko na niektóre dodatki. Co pan sądzi o postulacie, żeby państwo w całości przejęło wypłacanie pensji?
Na tę propozycję należy spojrzeć przez pryzmat zasad finansowania oświaty. Subwencja pokrywa w Lublinie 95 proc. pensji nauczycieli, oczywiście nie wliczając nauczycieli przedszkoli. Gdyby wypłacanie pensji przejęło państwo i zabrało nam subwencję, wyszlibyśmy prawie na zero. Pojawiłoby się jednak wiele innych problemów. Trzeba by znowelizować ustawę o finansach publicznych, bo 90 proc. samorządów przekroczyłoby reguły finansowe – subwencja jest brana pod uwagę przy wyliczaniu reguł dotyczących zadłużenia. Poza tym zmieniłby się status nauczyciela. W Niemczech nauczyciel jest urzędnikiem państwowym, dostaje państwową pensję, ale też ma państwowe obowiązki, polegające na przykład na możliwości kierowania go do pracy w określonych placówkach. Nie bardzo sobie wyobrażam, żeby w naszej rzeczywistości taka zmiana spotkała się z pozytywnym odbiorem. Moim zdaniem, jednym z osiągnięć 30 lat wolnej Polski jest to, że nauczyciele związali się z samorządem lokalnym i przyzwyczaili się, że ich pracodawcą jest osoba stojąca na jego czele. To ogromna wartość. Nie chcę używać wielkich słów, ale warto mówić o patriotyzmie lokalnym tej grupy zawodowej, o zżyciu się ze społecznością, o zaangażowaniu przekraczającym mury szkoły. Nauczyciel potrafi stać się lokalnym liderem. Przejęcie wypłat pensji przez państwo z pewnością byłoby wygodne dla samorządów, ale niosłoby ze sobą wiele zagrożeń. Nie jestem do końca przekonany, czy warto o to walczyć.

Skoro tak, to czy samorządy nie powinny mieć wpływu na status nauczyciela i wysokość jego pensji, a może też na podstawy programowe? Rola samorządu w publicznej oświacie jest dziś wąska i sztywno zdefiniowana.
Funkcjonujemy nie tylko w pewnym systemie prawnym, ale i kulturowym. Przywykliśmy, że odpowiedzialność za programy nauczania ciąży na ministrze edukacji. Oczywiście, jako samorząd chcielibyśmy mieć wpływ na niektóre moduły edukacyjne, choćby związane z edukacją lokalną, żebyśmy to my dla jednego czy dwóch przedmiotów ustalali podstawy programowe, ale centralizacja mechanizmów oświatowych budzi powszechną społeczną akceptację. Swego czasu scentralizowano egzaminy zewnętrzne i ten pomysł się przyjął. Sytuacja, w której uczeń ósmej klasy czy maturzysta zdaje identyczny egzamin jak jego koledzy z całej Polski, jest aprobowana. Zwiększenie wpływu samorządu na program zapewne pociągnęłoby też zmiany w finansowaniu oświaty.

Wspomniał pan, że subwencja pokrywa 95 proc. kosztów pensji nauczycieli. Patrząc z drugiej strony, można by powiedzieć, że ona nie wystarcza nawet na pensje! Czyli obciążenie wydatkami oświatowymi w przypadku Lublina jest ogromne.
To nie dotyczy tylko naszego miasta, ale całej Polski. W ramach Unii Metropolii Polskich policzyliśmy, że przez ostatnie 6 lat koszty funkcjonowania oświaty w Polsce wzrosły o 80 proc., natomiast subwencja – o 30 proc. Do oświaty dokładamy coraz więcej. Dlatego z ogromną obawą słuchamy zapowiedzi rządu dotyczących podwyższenia kwoty wolnej od podatku, co znacząco ograniczy wpływy z udziału w podatku PIT.

Jaki byłby skutek dla oświaty?
Nie robilibyśmy nic więcej poza utrzymywaniem szkół. Samorządy w Polsce stałyby się swoistymi wydziałami oświaty. Dlatego będziemy nagłaśniać ten problem, gdzie tylko możliwe, bo chcemy, żeby samorządy w Polsce realizowały wiele zadań, jesteśmy wręcz gotowi przejmować kolejne zadania od państwa, bo lokalnie potrafimy wykonywać je bardzo dobrze dzięki znajomości potrzeb naszych mieszkańców.

Kolejne rządy nie ufają samorządom, u obecnego widać to najlepiej. Przejmowanie zadań to tylko marzenie.
Ten rząd nigdy nie ukrywał, że ma taki a nie inny stosunek do samorządności, jednak polityki centralnej nie można analizować w oderwaniu od potrzeb obywateli. Może przez 30 lat istnienia samorządów nie wszyscy się jeszcze do nich przekonali?

Owszem, spora grupa obywateli oczekuje silnego państwa, ale z drugiej strony, jeśli cokolwiek dzieje się w szkole, to skargi płyną nie do kuratorium, tylko do wójta, burmistrza, prezydenta miasta.
To efekt mocnego związania się środowiska nauczycielskiego z samorządem lokalnym, o którym wspomniałem. To prawda, dostaję dużo pism, które powinny być skierowane do kuratora oświaty, dotyczących na przykład realizacji podstawy programowej. Postępowania dyscyplinarne wobec nauczycieli czy dyrektorów zgodnie z prawem odbywają się całkowicie poza samorządem, mimo to część skarg trafia do mnie.

I co pan z nimi robi?
Odsyłam do kuratora.

Jak reagują ich autorzy? Nie odbierają tego w taki sposób, że miasto próbuje pozbyć się odpowiedzialności?
Myślę, że najwyższy czas na nowo przeanalizować zakresy odpowiedzialności zapisane w Karcie Nauczyciela i prawie oświatowym. Jako samorząd mamy coraz mniejszy wpływ na jakość pracy nauczycieli i dyrektorów. Wiem, że jest przekonanie społeczne, że to organ prowadzący wybiera dyrektora, ale przedstawiciele samorządu w komisjach konkursowych stanowią mniejszość. Docierają do nas głosy z ministerstwa, że nasz udział w konkursach ma zostać jeszcze bardziej ograniczony. Wpływ samorządu na jakość edukacji nie jest duży i obawiam się, że z upływem czasu jeszcze będzie malał.

Trudno w 2021 roku rozmawiać o oświacie i nie poruszyć problemu pandemii. Jaka była rola samorządu Lublina w tym niełatwym czasie?
Najtrudniejsze były wiosenne miesiące 2020 roku, które wiązały się z koniecznością błyskawicznej edukacji nas wszystkich, dyrektorów, nauczycieli, uczniów i rodziców w zakresie nauczania zdalnego, z wykorzystaniem technologii cyfrowych. Dziś te umiejętności już posiadamy, mamy sprzęt, ale Lublin, podobnie jak chyba wszystkie samorządy, musiał kupić dużo komputerów, aby udostępnić je uczniom. Był czas, że szkoły potrzebowały środków ochrony osobistej – reagowaliśmy natychmiast we współpracy z wojewodą. Lublin był pierwszym miastem w Polsce, w którym wszystkie placówki oświatowe przeszły integrację e-dziennika z pakietem narzędzi do zdalnej nauki i komunikacji. Jednak wszyscy zdajemy sobie sprawę, że edukacja zdalna nie jest w stanie zastąpić tradycyjnej. Niedomagania, jakie stały się udziałem systemu edukacji, będą odczuwane przez wiele miesięcy. Musimy dziś zaproponować szkołom narzędzia skutecznego powrotu uczniów, pozwalające na ich szybką socjalizację. W Lublinie postawiliśmy na działania sportowe. Zaangażowanie w rywalizację sportową jest najprostszym, ale i najskuteczniejszym sposobem oderwania młodzieży od komputerów i nakłonienia do współpracy.

Rozmawiamy w czasie, gdy klasy IV–VIII mają naukę w systemie hybrydowym, ale lada dzień wrócą do szkoły w normalnym trybie. Ma pan pierwsze wieści od nauczycieli, jak ten powrót wygląda?
Dzieci i młodzież bardzo chciały się ze sobą spotkać. Z drugiej strony panuje duże niezrozumienie powodów, dla których muszą wrócić do szkoły na kilka tygodni przed zakończeniem roku. Obawiają się sprawdzianów, wystawiania ocen. Największy niepokój był u uczniów klas ósmych, bo przed nimi egzaminy, zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa wysłania całych klas na kwarantannę, gdyby jakiś uczeń zaraził się koronawirusem. Całe szczęście, nie doszło do tego.