W samorządach

Janusz Król: Woluntaryzm władzy

Zmiany granic gmin zawsze wywołują kontrowersje – protestują ci, którym decyzja rządu zabiera część terytorium, cieszą się ci, którzy zyskują dodatkową powierzchnię wraz z towarzyszącymi jej pożytkami.

Wszyscy znamy historię aneksji kilku sołectw z gmin podrzeszowskich, znamy przypadek gminy Dobrzeń Wielki spod Opola i pamiętamy emocje mieszkańców tych gmin. Były, owszem, przypadki, kiedy zmiana granic dokonywała się za zgodą zainteresowanych stron, myślę tu o powiększeniu Zielonej Góry, ale to niezwykle rzadkie ptaki.

Mamy w numerze 18 rozmowę z burmistrz Mielna Olgą Roszak-Pezałą, która opisała nam rezolutny sposób zyskania dostępu do morza przez sąsiednią gminę Sianów. Rząd nie bacząc na infrastrukturę, na tradycje, wreszcie na wolę mieszkańców oddał nadmorskie sołectwo Łazy Sianowowi, bo ten tak chciał. Teraz w Mielnie szukają sposobu na odwrócenie tej decyzji, łącznie ze skargą do Trybunału Konstytucyjnego. Nie mam złudzeń co do finału tych starań, kompetencje dotyczące granic gmin są przecież w rękach Rady Ministrów, a ta decyzję podjęła. Roma locuta, causa finita.

W tej historii najbardziej zainteresowała mnie postawa urzędników rządowych. W 2013 roku wniosek gminy Sianów w tej sprawie został przez rząd odrzucony – nie znaleziono żadnego sensownego argumentu, aby osłabiać dobrze funkcjonujący organizm gospodarczy, jakim pod względem turystyki nadmorskiej jest gmina Mielno. Dziewięć lat później obecny rząd decyzję zmienił i przyznał gminie Sianów dostęp do morza. Co ciekawe, jak zauważyła burmistrz Mielna, w uzasadnieniu decyzji rządu nie znalazły się argumenty Mielna przeciwko zmianie granic, a wniosek wojewody o konieczności wzięcia pod uwagę sprzeciwu wszystkich mieszkańców Łaz także nie został uwzględniony. Czy zdecydowały względy polityczne? Gmina Sianów liczy prawie 14 tysięcy mieszkańców, w Mielnie jest ich tylko 5 tysięcy, widać więc, gdzie można szukać większej liczby wdzięcznych wyborców.

Przypomina mi to bardzo – tożsamą co do sposobu rozstrzygnięcia, choć co do meritum inną – historię z mojego życia. W latach 90. byłem burmistrzem miasta i gminy Stoczek Łukowski, a walka o podział tej jednostki na dwie gminy była telenowelą ciągnącą się przez kilka lat. Choć mieszkańcy – głównie miasta, a potem także zniecierpliwieni mieszkańcy okolicznych wsi – opowiadali się za podziałem, władze wojewódzkie i rząd były przeciwne nieracjonalnemu podziałowi. Ja także nie popierałem idei rozdziału. Utworzenie odrębnej jednostki miejskiej z liczbą 2800 mieszkańców, bo tylu liczyło wówczas miasteczko, było skazaniem jej na marazm i chroniczny brak środków. I rzeczywiście, przez wiele kolejnych lat budżet tego miasta wystarczał jedynie na finansowanie przedszkola, szkoły i urzędu, zaś na inwestycje środków prawie nie było. Za to sprawnie zarządzana 9-tysięczna gmina rozwijała się bardzo dobrze. Niestety, po podziale nawet relacje między dwiema gminami Stoczek Łukowski były nacechowane nieufnością, a włodarzy obu gmin łączyła tzw. szorstka przyjaźń.

Dlaczego więc miasto i gminę Stoczek Łukowski podzielono? Ano w 1997 roku, kiedy ostatecznie decydowano o podziale gminy, zmiana nastawienia władz była szybka i potrzebna ważnemu posłowi z ówczesnego województwa siedleckiego. Wprawdzie w 1996 roku Józef Oleksy stracił fotel premiera, a w marcu 1997 roku wybuchł skandal z nagraniami jego rozmów z Aleksandrem Gudzowatym, ale zachował na tyle duże wpływy, aby decyzję o podziale przeforsować, bo głosy w województwie nagle okazały się niezwykle ważne dla niego i jego partii. I stało się.

Nie wiem, czy motywacje posła i sekretarza stanu w MSWiA Pawła Szefernakera w sprawie Mielna wynikały z rachunku głosów wyborczych. Jeśli tak, to niedobrze. Poseł Oleksy był w 1997 roku starym, zepsutym do cna i cynicznym komuchem, 35-letni poseł Szefernaker dopiero zaczyna karierę polityczną. A jeśli – nie daj Boże! – zaczyna ją z takim systemem wartości, z jakim Oleksy kończył, to dokąd zajdzie?

Janusz Król
redaktor naczelny „Wspólnoty”
j.krol@municipium.com.pl