W samorządach

Dla dobra polskiej oświaty trzeba słuchać samorządów

Sławomir Bukowski

04.03.2020

Średni wiek nauczyciela w Polsce już dawno przekroczył 40 lat. Do zawodu nie przychodzą młodzi, gdyż osoba sprzątająca zarabia dziś więcej niż nauczyciel stażysta – mówi Mariusz Banach, zastępca prezydenta Lublina ds. oświaty i wychowania.

Rok 2019, szczególnie w dużych miastach, był rokiem szczególnego zamieszania spowodowanego kumulacją dwóch roczników uczniów rozpoczynających naukę w szkołach średnich. Jak samorząd Lublina zdał ten trudny egzamin?

W pierwszym etapie rekrutacji do liceów nie dostało się ponad 600 uczniów. Oczywiście, w kolejnych etapach wszyscy znaleźli miejsce. Z organizacyjnego punktu widzenia problem został rozwiązany, jednak w głowach i sercach uczniów oraz rodziców pozostało przekonanie, że wielu młodych ludzi nie dostało się do szkół, które sobie wymarzyli. Nie dlatego, że się nie nadawali. Stało się tak, ponieważ trafili na najbardziej krytyczny moment reformy. Nie tylko Lublin uruchamiając więcej klas w szkołach średnich zdał egzamin – zdał go cały polski samorząd. My nie walczyliśmy z reformą polegającą na zamykaniu gimnazjów. Jako samorządowcy wiemy, gdzie jest nasze miejsce. Mieliśmy pretensje o coś zupełnie innego – tryb przeprowadzenia tej operacji. Gdyby reformę wprowadzono dla konkretnego rocznika rozpoczynającego naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej, problemu by nie było. Tymczasem dziś mamy przepełnione licea oraz chwilowo uratowane niektóre chylące się ku upadkowi szkoły średnie. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden ważny problem – podstawa programowa. Ktoś w rządzie pomyślał o zmianie struktury szkolnictwa, a zupełnie zapomniał o treściach nauczania.

Chodzi o to, że w pierwszych klasach liceów obowiązują dwie różne podstawy programowe?

Uczniom obecnych siódmych klas rozbito bloki przedmiotowe. Na przykład naukę biologii rozpoczęli od anatomii człowieka, gdzie wymaga się znajomości pojęć, których wcześniej nie mieli. Jestem zszokowany, że rodzice zgodzili się na wprowadzanie reformy w biegu. Wiem, że odpowiedzialni nauczyciele wzięli problem na swoje barki i nawet po lekcjach spotykają się z uczniami, żeby pomóc im nadrobić braki w wiedzy. Moja żona jest chemiczką, zgodnie z reformą w dwa lata powinna zrealizować trzyletni program z gimnazjum. Policzyła, że gdyby ani razu nie zachorowała, a dzieci nie pojechały na żadną wycieczkę, zaś na każdej lekcji realizowałaby jedną jednostkę tematyczną, i tak zabrakłoby jej sześciu godzin.

Samorząd nie ma żadnego przełożenia na programy nauczania.

Dociera do nas wiele głosów niezadowolenia. O problemie chcemy i musimy mówić jednym głosem. Po to zresztą powołaliśmy struktury korporacyjne, takie jak Związek Miast Polskich czy Unię Metropolii Polskich. Uważamy, że podstawę programową trzeba napisać od początku, ale zanim to nastąpi należy zastanowić się, czego uczyć i jakich przedmiotów. Niedopuszczalna jest sytuacja, że dziecko kończy podstawówkę i nie wie, skąd pochodzą pieniądze na jego 500+. W szkołach nie ma edukacji prawnej, a społeczna jest bardzo słaba.

Samorząd w Polsce jest podzielony. Możliwe jest wypracowanie jednolitego stanowiska w sprawie programów nauczania?

Podczas rozmów nawet się nie zastanawiamy, kto z jakiej partii się wywodzi i kogo popiera. To prawda, że dwanaście największych miast należących do Unii Metropolii jest jednolitych pod względem korzeni politycznych, ale w ZMP takiej sytuacji nie ma, mimo to głos płynący stamtąd jest równie słyszalny.

Ale co zrobić, żeby ten głos został wysłuchany przez rząd?

Mam kilka spostrzeżeń po spotkaniu z ministrem edukacji Dariuszem Piontkowskim. On nas, samorządowców, dwunastu wiceprezydentów miast do spraw oświaty, rzeczywiście wysłuchał. Odniosłem jednak wrażenie, że o pewnych sprawach dowiadywał się po raz pierwszy. Problemem osób zajmujących się oświatą na szczeblu centralnym jest ideologizacja. Oni o niektórych problemach po prostu nie chcą słyszeć. Zakładają, że za wszystkimi słowami krytyki kryje się polityka, co jest absolutną nieprawdą, bo my na zajmowanie się polityką nie mamy czasu. Całkowicie pochłania nas bieżąca praca, rozmawiamy o organizacji sieci szkół, inwestycjach, pieniądzach, o tym, jak związać koniec z końcem.

Jak dużą część wydatków na szkoły w Lublinie pokrywa subwencja oświatowa?

W tym roku dostaniemy 500 mln zł i dokładnie tyle wydamy na pensje nauczycieli, oczywiście z wyłączeniem przedszkoli. Ale są też inne zadania bieżące, które subwencja powinna pokryć, wśród nich dotacje dla szkolnictwa niepublicznego. U nas to 130 mln złotych. Do tego dochodzą wynagrodzenia dla pracowników niepedagogicznych. Nie mówię już o remontach czy inwestycjach. Wszystkie nasze tegoroczne wydatki na oświatę sięgną 850 mln, czyli 350 mln musimy wyłożyć z budżetu miasta. Przez 30 lat samorząd nie doczekał się jasnego określenia, jakie konkretnie zadania mają być finansowane z subwencji – jest tylko ogólne stwierdzenie, że wydatki bieżące. Ale co się w nich konkretnie mieści? Do tej pory na to pytanie nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Może warto pozwać do sądu Ministerstwo Finansów i zażądać doszacowania subwencji?

W ubiegłym roku zastanawialiśmy się, czy złożyć pozew w związku z kosztami reformy oświaty. Na początku uznaliśmy, że to dobry pomysł. Zgromadziliśmy faktury na około 10 mln zł. Doszliśmy jednak do wniosku, że koszty sądowe i cała procedura będą nieporównywalnie wysokie w stosunku do spodziewanych efektów. Bo w gruncie rzeczy należałoby walczyć o znacznie większe pieniądze, które powinniśmy wydać, ale nie wydaliśmy, bo ich nie mieliśmy. A skoro nie wydaliśmy, to nie mamy faktur. Bardzo chcielibyśmy, żeby budynki po gimnazjach były w 100 proc. przygotowane dla dzieci z podstawówek, a nie są. Owszem, wymieniliśmy toalety i ławki, ale co na przykład z pomocami dydaktycznymi?

Proszę na koniec opowiedzieć o waszej reprezentacyjnej inwestycji oświatowej – budowie szkoły przy ulicy Berylowej.

Z tego obiektu będziemy naprawdę dumni. Widziałem w Polsce kilka nowych placówek edukacyjnych, ale miały niewiele wspólnego z tym, co my w Lublinie rozumiemy pod pojęciem nowoczesnej szkoły. U nas będzie zaawansowany system zarządzania energią, panele fotowoltaiczne, przestrzeń perfekcyjnie dopasowana do działalności edukacyjnej i wychowawczej, niezwykle nowoczesne obiekty sportowe, sala widowiskowa na ponad 300 osób. Szkoła zacznie działać 1 września, ale zainteresowanie rodziców i dzieci od kilku miesięcy jest ogromne, uczęszczanie do tej placówki będzie uchodziło za prestiżowe.

Koszt budowy?

70 mln zł. Całość z kredytu. Przyjęliśmy, że kredyty zaciągamy na inwestycje, na które mamy zagwarantowane dofinansowanie ze środków zewnętrznych oraz na inwestycje oświatowe.  Lublin, podobnie jak wiele innych miast, od wielu lat nie ma własnych pieniędzy na inwestycje. Dochody własne wystarczają na wydatki bieżące.

Jak pan ocenia perspektywy dla lubelskiej oświaty?

Wciąż trwa dopasowywanie placówek do ubiegłorocznych zmian wymuszonych reformą wprowadzoną przez rząd. Lublin, podobnie jak wiele dużych miast, w najbliższych latach będzie musiał zmierzyć się z ważnym problemem – zmianą sieci. Trzeba likwidować mniejsze placówki, których funkcjonowanie generuje ogromne koszty. W tym roku zamykamy szkołę, do której z powodu stopniowego wyludniania się dzielnicy chodzi zaledwie 60 uczniów. Coraz większe problemy będą z nauczycielami. Średni wiek nauczyciela w Polsce już dawno przekroczył 40 lat. Do zawodu nie przychodzą młodzi. Dzieje się tak dlatego, że osoba sprzątająca zarabia dziś więcej niż nauczyciel stażysta, a nawet kontraktowy. System wynagradzania stanął na głowie. Starzy, dobrzy pedagodzy będą odchodzić, a nowych nie będzie miał kto nauczyć, co znaczy być nauczycielem. Problemy środowiska dodatkowo pogłębiła likwidacja gimnazjów, która skrzywdziła nie tylko uczniów – porozbijała grona pedagogiczne mające doświadczenie i umiejętność pracy z młodzieżą w najtrudniejszym wieku. Jak w zawodzie nie pojawią się młodzi ludzie, to perspektywy polskiej oświaty rysują się raczej w ciemnych barwach.