W samorządach

Choroba samorządowa mnie nie dotknie

O tym, jak wytypować najlepszy teren pod inwestycje, jak wyglądają dyskusje z zagranicznymi inwestorami oraz komu i gdzie grozi samorządowa choroba rozmawiamy z Emilianem Berą, burmistrzem Jawora.

Mija półtora roku na stanowisku burmistrza. Strefa gospodarcza właściwie nie zaczęła jeszcze działać, a już tereny, które pan wybrał pod inwestycje, spotkały się z bardzo poważnym zainteresowaniem Jaguara, który ostatecznie wybrał jednak Słowację. Teraz już chyba niemal pewna jest inwestycja Mercedesa. Dlaczego nie zwróciły one czyjejś uwagi już wcześniej?

Innowacje i w ogóle wszystkie dobre pomysły zawsze zaskakują. Nie będzie żadnym odkryciem, gdy na jednej ulicy otworzy się kolejny sklep spożywczy. Podobnie jest w przypadku stref inwestycyjnych. Nie jest filozofią poszerzyć strefę i ściągnąć kolejnego inwestora na już zagospodarowane tereny. Innowacją będzie znaleźć teren, który do tej pory nie był zauważany. Tak było z Dolnośląską Strefą Aktywności Gospodarczej – S3 Jawor. Nikt wcześniej niczego tam nie planował.

 

Czyli postawił pan na zupełnie nowy teren, mimo że w Jaworze działała już specjalna strefa ekonomiczna?
Rzeczywiście, nawet dwie. Ale zainteresowanie tymi terenami, poza zainteresowaniem prasy, dla której to świetny powód do ataków na władze, jest bardzo słabe. To budziło pesymizm. Wydawało się, że w mieście nie ma szans na inwestycje. Tymczasem ja już w trakcie kampanii, w której zapowiadałem nowe tereny dla biznesu i nowe miejsca pracy, byłem przekonany, że miasto ma potencjał. Największym problemem jest jednak mentalność. Nasi mieszkańcy muszą przestać myśleć, że nic się nie uda, że nic wielkiego się nie wydarzy i jedyna nadzieja na przyszłość to wyjechać.

 

Jakie były pierwsze kroki?

Postanowiłem spojrzeć na miasto w skali makro. Zaczęliśmy od analizy gospodarczej i zdiagnozowaliśmy, że miasto jest trudne. Na północy mamy rozwinięty i stosunkowo bogaty inwestycyjnie obszar legnicki, z niewielkim wpływem na nasz rynek pracy. To rejon wpływów KGHM i miast takich, jak Polkowice, Głogów. Fala zatrudnienia do naszych terenów już jednak nie dociera. Na południe od nas zaczynają się góry, z nimi wiąże się turystyka. My leżymy w pasie pomiędzy dwoma dobrze rozwijającymi się regionami. Mamy duże bezrobocie i tereny rolne. Ale analiza planów zagospodarowania i innych dokumentów pokazała też nasze atuty: bliskość Niemiec, Czech i Wrocławia. W przygotowaniu strefy pomogła mi wcześniejsza praca w urzędzie marszałkowskim, gdzie zajmowałem się m.in. strategią rozwoju woj. dolnośląskiego. To był bardzo dobry dokument. Definiuje m.in. obszar nazwany „Autostradą nowej gospodarki”. Strategia zakładała, że tereny wzdłuż A4, takie jak nasz, mają duży potencjał. Poza tym jeszcze przed wyborami żyłem planowanym przebiegiem drogi S3. Współpracowałem z europarlamentarzystą Piotrem Borysem, który pomógł przeforsować w Parlamencie Europejskim korzystne dla S3 zmiany. Analizowałem przebieg tej drogi, węzły. W ten sposób wytypowaliśmy obszar pod inwestycje. Już po pierwszej analizie wysłaliśmy ofertę do Specjalnych Stref Ekonomicznych. Na początku moje oczekiwania były naprawdę skromne i liczyliśmy, że może znajdziemy się w jakimś folderze... Ku naszemu zdziwieniu od razu pojawiły się oferty z trzech stref. Pamiętam nawet, że pracownicy jednej z instytucji powiedzieli mi, że gdyby nasza oferta pojawiła się pół roku wcześniej, to nie wiadomo, co by było z Volkswagenem we Wrześni (bo mógłby trafić właśnie do Jawora – przyp. red.) .

 

Na razie to jeszcze pole buraków. Wiele się mówi, że tereny, które się zgłasza jako inwestycyjne, muszą być uzbrojone, a tu ani nie ma porządnej drogi, ani mediów. Jedyne co powstało to plan zagospodarowania przestrzennego. Nadal nie rozumiem, dlaczego duże koncerny interesują się tym terenem?

Na pierwszy rzut oka trudno dostrzec potencjał tego obszaru. Zgadzam się z pańskim opisem. Jeżeli pojedzie się na miejsce i popatrzy, to tam rzeczywiście nic jeszcze nie ma, ale też zależy, jaki punkt widzenia przyjmiemy. Dla inwestycji, o jakich rozmawiamy, teren jest wręcz doskonale uzbrojony. Mamy 7 kilometrów do autostrady A4, w pobliżu planowany jest węzeł nowo budowanej drogi S3, linia kolejowa przylega do strefy, na obrzeżach mamy gazociąg wysokiego ciśnienia, na północy jest oczyszczalnia ścieków. Wszystko położone na uboczu, gdzie kiedyś była cukrownia i składowano buraki. Nie spodziewamy się, że inwestycja będzie uciążliwa dla mieszkańców. Do tego jest jeden właściciel całego terenu i jest nim Skarb Państwa. Nie mówimy też o 10 czy 20 hektarach, ale nawet o 400 ha w jednym zwartym terenie. Miasto przygotowuje już projekt modernizacji drogi, która pobiegnie do zjazdu z S3. To nie jest kolejny teren inwestycyjny. To teren wyższej klasy. Wyjątkowa szansa dla inwestorów.

 

Spróbujmy opowiedzieć, jak wyglądają takie negocjacje od strony samorządu. Teren już jest. Zainteresowanie - jest. Pojawia się pierwszy inwestor. Z początku nawet nie wiecie, z kim negocjujecie.

Charakterystyczne było jedno z pierwszy spotkań. W ogóle nie wiedzieliśmy, kto do nas przyjechał, kogo reprezentuje i jakie ma plany. Pracowaliśmy w oparciu o projektu zaszyfrowane specjalnym kryptonimem. Pamiętam, że na jednym ze spotkań sporo do myślenia dało nam pytanie, czy możemy zlikwidować drogę, która prowadzi przez środek terenu (to niewielka gminna droga dojazdowa do strefy – przyp. red.). Zapanowała konsternacja. Współpracownicy spojrzeli na mnie pytająco. Kiwnąłem głową i od razu potwierdziliśmy, że możemy. Później okazało się, że nasze szybkie decyzje zaowocowały dużą przychylnością inwestora jakim wtedy był Jaguar. Ten koncert chciał cały teren prawie 460 ha i dlatego droga musiałaby być zlikwidowana. Przyznam jednak, że kiedy przychodziłem do pracy w pierwszych dniach po wygraniu wyborów organizacja urzędu była zupełnie nieprzygotowana na tego typu wyzwania. Nie mieliśmy komórki, która zajmowałaby się inwestorami. Nie mieliśmy żadnych dobrych praktyk. Musieliśmy zmienić sposób funkcjonowania i przejść na tryb pracy korporacyjnej. Moi współpracownicy musieli zapomnieć o standardowych godzinach pracy urzędnika, osoby zaangażowane w projekt nie wychodziły do domu o godz. 15.00. Szybko przestawiliśmy się na inne myślenie. Po tym wszystkim wielką satysfakcją było dla nas to, że koncert Jaguara właśnie nasz teren wybrał jako ten, który wszedł do finału gry o najwyższą stawkę.

 

Przedstawiciele inwestorów czymś was zaskakiwali?

Kiedy przyjeżdżają, zawsze przywożą trochę egzotyki. Było m.in. kilkukrotne lądowanie helikopterów na polu. Wyzwaniem było także przygotowanie prezentacji i przyjęcie delegacji w miejscu planowanej inwestycji. Proszę sobie wyobrazić jakie akrobacje musieliśmy wykonać, żeby rozstawić reprezentacyjne, miejskie namioty w samym środku pełnego błota pola. Ludzie zatrzymywali się i ze zdumienia przecierali oczy, robili zdjęcia i nagrywali. My natomiast, nie mogliśmy nic nikomu wyjaśniać. Do dziś w wielu kwestiach obowiązują mnie klauzula tajności.

 

Praca z Jaguarem to był czas stracony?

Przeciwnie. Jaguar zrobił nam megapromocję. Nas nigdy nie byłoby stać na stworzenie takiego rozgłosu. Kto by się bez Jaguara zainteresował Jaworem? Dopiero teraz niektórzy dziennikarze zwracają uwagę, że to Jawor, a nie na przykład Jaworzno. Inna sprawa to uwiarygodnienie koncepcji strefy w tym miejscu. To już nie są tylko mrzonki jakiegoś burmistrza, ale teren wybrany przez Jaguara spośród kilkudziesięciu wtedy dostępnych.  Dodatkowo na potrzeby inwestora został on przebadany na wszystkie sposoby.

 

Czy ze strony Jaguara były jakieś wymagania nie do spełnienia?

Nie. Nie otrzymaliśmy żadnych sygnałów, że coś im się nie podoba. Myślę, sądząc tak jak inni z komunikatów prasowych, że zdecydowała raczej większa pomoc publiczna ze strony rządu Słowacji. Nasz rząd musiał odpowiedzieć sobie pytanie, czy jesteśmy w stanie zaproponować podobne pieniądze.

Teraz też będziemy dokładać. Przy każdej inwestycji w strefie jest pomoc publiczna – dotacja oraz zwolnienia podatkowe.

Ale warto na to spojrzeć z innej strony. Taka marka, jak Mercedes kojarzy się bardzo mocno ze społeczną odpowiedzialnością biznesu. Liczę na to, że lokalizacja fabryki tutaj to nie tylko nowe miejsca pracy i wpływy podatkowe, ale i inne korzyści. Myślę, że zmieni się całe miasto. Mówiąc szczerze, czy można trafić lepiej niż na Mercedesa?

 

Jadąc tutaj obiecałem sobie, że będę u pana szukał objawów „samorządozy”. Kiedy rozmawialiśmy pierwszy raz na kongresie młodego samorządu mówił pan, że daje sobie maksymalnie dwie kadencje, a potem nowe wyzwanie, że tak to powinno wyglądać. Podtrzymuje pan to zdanie w połowie drugiego roku na stanowisku burmistrza?

Nie sądzę, żebym mówił, że „na pewno” jedna czy dwie kadencje, że „nigdy”. Staram się nie używać takich zwrotów.

 

Czyli jednak!

Rzeczywiście jest coś takiego, jak choroba samorządowa. Chodzi o to, że po wielu kadencjach pojawia się zjawisko odrealnienia. Coraz trudniej zrozumieć, co się dzieje w mieście. Szczególnie gdy samemu jest się otoczonym dworem. Ludźmi, którzy ciągle potakują i cały czas starają się ograniczyć kontakty ze światem zewnętrznym, bo w ten sposób pracują na siebie. Czy u mnie widać już pierwsze objawy? Problem w tym, że diagnozę stawiamy nie sami, tylko robią to nasi mieszkańcy. Dzisiaj myślę, że o ile wcześniej nie przyjdzie refleksja, że warto odejść w odpowiednim momencie, to w końcu po prostu przegrywa się wybory i odchodzi w niesławie. Ludzie widząc „samorządozę”, po prostu przestają głosować. Jeżeli chodzi o mnie, to niczego nie przesądzam, ale w wieku 30 lat absurdem byłoby zakładać spędzenie całego życia w samorządzie. To oczywiste, że na stanowisku burmistrza nie dociągnę do emerytury. Chciałbym zrobić dobrą robotę i pójść dalej. Zadowolony będę, gdy ludzie po latach powiedzą o mnie: „to ten facet co sprowadził Mercedesa”. Na razie staram się utrzymywać kontakt z ludźmi. Normalnie chodzę po mieście, nie tworzę dystansu pomiędzy sobą i mieszkańcami, cieszą mnie pochwały, ale staram się wsłuchiwać też w krytykę. Cały czas sobie  powtarzam, że nie mogę osiąść na laurach, że nie samym Mercedesem człowiek żyje.

 

Czyta pan fora? Lokalne gazety?

Fora nie. Poziom agresji na nich jest taki, że nie jestem w stanie tego znieść. To po człowieku nie spływa, jak niektórzy sugerują, tylko zostaje i będzie cały czas gryzło. Szkoda na to nerwów. Ale korzystam np. z Facebooka. Czytam i wstawiam posty.

 

Nie spotyka pana hejt w mediach społecznościowych? Wielu ludzi na stanowiskach wzbudza nienawiść i prowokuje negatywne komentarze. Oczywiście pewnie wiele zależy od stylu. Redaktor Krzysztof Stanowski żartował kiedyś na Twitterze, że gdyby Jarosław Kuźniar uczył wszystkich, jak się porozumiewać w mediach społecznościowych, to przycisk „like” nie byłby potrzebny.

Hejt nie. Jest sporo pozytywnych komentarzy i lajków. Zaskoczyło mnie też, że ludzie bronili mnie, gdy ruszyła nagonka na zarobki samorządowców. Najwięcej pozytywnych komentarzy wzbudzają wstawiane przez nas zdjęcia zmienionych skwerów i parków. Ale gdy pojawiają się jakieś głosy krytyki czy negatywne komentarze, to staram się je analizować i nie bagatelizuję. Wiele można się z tego dowiedzieć, a mnie nie zależy na przesadnym lukrowaniu. Jak jest jakiś problem, to musimy się z nim zmierzyć.

 

Młodzi mają w samorządzie łatwiej?

Raczej trudniej! Gdy ktoś młody wygrywa wybory, to wszyscy cały czas patrzą, czy podoła. Szczególnie, gdy jest się najmłodszym samorządowcem w województwie. Jest spojrzenie z góry przez doświadczonych urzędników, młodzi cały czas muszą udowadniać swoją wartość. Pamiętam pierwsze dni w urzędzie. To była pewnego rodzaju próba sił. Widziałem, że dla części długoletnich pracowników, nieraz z 20- czy 30-letnim stażem,  młody burmistrz to problem. Ważne jest też, żeby nie udawać kogoś, kim się nie jest, a przede wszystkim nie udawać najmądrzejszego. To jest swoją drogą jeden z objawów „samorządozy”, przekonanie, że pozjadało się wszystkie rozumy. Staram się korzystać z rad i słuchać innych, bardziej doświadczonych. Moją rolą jest tak wszystko zorganizować, żeby każdy miał szansę się wykazać. Czy ja muszę wszystko wiedzieć? Nie. Moim zadaniem jest uwolnić energię ludzi. Przecież skoro mam specjalistów od kultury, albo organizacje pozarządowe, które się na kulturze świetnie znają, to nie będę ich pouczał tylko współpracował. Miasto jest areną realizacji pasji ludzi. Jest zróżnicowane i ma wiele wybitnych jednostek i to one mają tworzyć jego jakość. Tylko muszą mieć do tego dobre warunki. A tutaj ta energia miasta jest sukcesywnie uwalniana. Wierzę, w Jawor i jego możliwości, dlatego zapraszam pana za jakiś czas, aby porównać, co się zmieniło.