Piszę to jako przyrodnik, ale także jako człowiek, który przez ćwierć wieku odpowiadał w samorządzie za decyzje inwestycyjne, wydawanie publicznych pieniędzy i tłumaczenie mieszkańcom, po co gmina robi to, a nie coś innego. Wiem więc dobrze, jak łatwo sprzedać małą retencję w folderze promocyjnym, na slajdzie z prezentacji i na zdjęciu z odbioru inwestycji. Problem zaczyna się wtedy, gdy pod tym szyldem niszczy się naturalne oczka wodne i podmokłe tereny, a w ich miejsce buduje zbiorniki, które dobrze wyglądają tylko z lotu drona.
Nie każda woda zatrzymana w krajobrazie jest tym samym. Naturalne oczko wodne, niewielka śródpolna niecka, zarastający staw z pasem roślinności szuwarowej i łagodnymi brzegami to nie jest „bałagan”, który trzeba uporządkować koparką. To żywy układ przyrodniczy: miejsce retencji, schronienie dla bezkręgowców, poidło dla ptaków, magazyn wilgoci w krajobrazie i - bardzo często - miejsce rozrodu płazów. Tymczasem w części gmin nadal pokutuje odruch technokratyczny: oczyścić, pogłębić, wyrównać, obłożyć kamieniem, a potem ogłosić sukces w walce z suszą.
Nie każda „mała retencja” jest retencją
Największy błąd zaczyna się już na poziomie języka. Jeżeli naturalne oczko wodne zostaje odarte z roślinności, brzegi zostają wyłożone narzutem kamiennym, a dno przekształcone w techniczny, uproszczony zbiornik, to nie mamy do czynienia z odtworzeniem retencji, lecz z jej zubożeniem. Owszem, pozostaje woda. Ale znika to, co w takim miejscu było najcenniejsze: strefa przejściowa między lądem a wodą, mikrosiedliska, mozaika głębokości, cień i osłona, miejsca rozrodu i schronienia.
Nauka mówi tu jasno. Małe zbiorniki wodne mają znaczenie nieproporcjonalnie duże w stosunku do swojej powierzchni: podtrzymują bioróżnorodność, wspierają funkcje ekosystemowe i pełnią ważną rolę w krajobrazie rolniczym oraz osadniczym. To nie są przyrodnicze drobiazgi, które można bezkarnie „ucywilizować”, bo akurat źle wyglądają w urzędowym wyobrażeniu o porządku.
Kamień, koparka i estetyka urzędowa
W samorządzie bardzo łatwo pomylić inwestycję pożyteczną z inwestycją efektowną. Naturalne oczko z szuwarem, pałką wodną, turzycami i miękką linią brzegu nie wygląda porządnie w oczach kogoś, kto przyzwyczaił się do myślenia kategoriami placu po remoncie. Zbiornik z równym brzegiem, oczyszczony z roślin, z kamieniem na obrzeżu i tabliczką informacyjną daje natomiast komfort psychiczny decydentowi: widać, że coś zrobiono. Widać pieniądze. Widać ingerencję. Widać inwestycję.
Tylko że przyroda nie działa według estetyki urzędowej. Zbiornik uproszczony technicznie szybciej się nagrzewa, ma uboższą strukturę siedliskową i gorzej pełni funkcję biologicznego buforu. Roślinność wodna i przybrzeżna nie jest ozdobą, którą można w każdej chwili usunąć. To element stabilizujący warunki w zbiorniku, wpływający na jakość wody oraz na obecność wielu grup organizmów. Badania przeglądowe dotyczące płazów pokazują wyraźnie, że rośliny wodne i przybrzeżne silnie wpływają na ich rozmieszczenie, liczebność i powodzenie rozrodu.
Płazy nie rozmnażają się w prezentacji PowerPoint
W debacie o małej retencji zaskakująco często pomija się rzecz najbardziej oczywistą: naturalne małe zbiorniki są siedliskiem życia, a nie tylko pojemnikiem na wodę. W Polsce bardzo wiele takich miejsc bywa lokalnymi ostojami żab, ropuch czy traszek. To właśnie w płytkich, słabiej przekształconych, często okresowych lub półtrwałych zbiornikach odbywa się rozród płazów. Ich mechaniczne „uporządkowanie” może więc oznaczać faktyczne zniszczenie miejsca rozrodu oraz degradację siedliska gatunków chronionych.
I tu dochodzimy do sedna problemu. W dokumentacji projektowej łatwo napisać, że powstanie nowy zbiornik, więc bilans przyrodniczy pozostanie dodatni lub przynajmniej neutralny. Tyle że z badań wynika, iż sztuczne zbiorniki tworzone w krajobrazie rolniczym nie stanowią prostego odpowiednika naturalnych oczek i nie odtwarzają automatycznie ich funkcji środowiskowych. Nowy obiekt nie jest z definicji rekompensatą za stary. Bardzo często jest tylko jego uboższą imitacją.
Mit zbiornika przeciwpożarowego
Drugim wygodnym hasłem jest funkcja przeciwpożarowa. Brzmi poważnie, więc dobrze zamyka dyskusję. Kto bowiem odważy się krytykować inwestycję, która rzekomo ma służyć bezpieczeństwu? Tyle że w zdecydowanej większości współczesnych miejscowości realnym, gwarantowanym źródłem zaopatrzenia w wodę do celów gaśniczych pozostaje infrastruktura wodociągowa i system zorganizowanego zaopatrzenia pożarowego, a nie kilkuarowy zbiornik, którego poziom wody zależy od pogody, zamulenia, parowania i stanu technicznego.
Nie twierdzę, że zbiornik otwarty nigdy nie może mieć znaczenia pomocniczego. Twierdzę coś znacznie bardziej przyziemnego: nie wolno pod pretekstem ppoż. niszczyć naturalnej retencji i udawać, że każda sadzawka jest strategiczną infrastrukturą bezpieczeństwa. To nie jest poważna polityka publiczna. To jest wygodny argument marketingowy.
Bobry robią za darmo to, za co my płacimy
Osobny rozdział to nasze podejście do bobrów. Od lat obserwuję ten sam paradoks. Kiedy bóbr zatrzymuje wodę, podnosi jej poziom w krajobrazie, tworzy mozaikę siedlisk i uruchamia naturalne procesy retencyjne, bardzo często mówi się o problemie. Kiedy człowiek niszczy taki układ, a potem za publiczne pieniądze buduje w pobliżu „zbiornik retencyjny”, wielu decydentów mówi o sukcesie. Tymczasem współczesna literatura hydrologiczna i ekologiczna traktuje bobry jako klasycznych inżynierów ekosystemów, zdolnych do zwiększania retencji powierzchniowej, spowalniania odpływu i wzmacniania złożoności siedlisk.
Nie chodzi o to, by każdą dolinę oddać bobrom bez żadnego zarządzania. Chodzi o elementarną uczciwość intelektualną. Jeżeli chcemy poważnie rozmawiać o małej retencji, musimy przestać karać naturę za to, że działa taniej i skuteczniej niż część źle pomyślanych inwestycji.
KPO nie może finansować atrap retencji
Środki publiczne – także te wydawane dziś pod hasłami adaptacji do zmian klimatu – powinny wspierać rozwiązania, które rzeczywiście zwiększają odporność krajobrazu na suszę i upał. Jeżeli jednak pod szyldem retencji finansuje się projekty polegające na uproszczeniu biologicznie cennych małych zbiorników, to mamy do czynienia nie z zieloną transformacją, lecz z kosztowną pomyłką. KPO nie powinno być źródłem finansowania „kaczych dołków”: zbiorników ładnych w prezentacji, ale słabych hydrologicznie i uboższych przyrodniczo od tego, co było wcześniej.
Samorządy potrzebują dziś nie kolejnej mody inwestycyjnej, lecz odwagi, by odróżniać działania realnie użyteczne od działań pozornych. Prawdziwa mała retencja zaczyna się od ochrony tego, co jeszcze działa: oczek śródpolnych, mokradeł, starorzeczy, roślinności przybrzeżnej, meandrujących cieków i małych, półdzikich zbiorników. Kto to niszczy, a potem mówi o retencji, ten myli wodę z dekoracją.
Samorząd powinien myśleć, nie tylko wydawać
Jako były burmistrz wiem, że presja na robienie inwestycji jest ogromna. Zawsze znajdzie się wykonawca, wizualizacja, źródło finansowania i argument, że skoro są pieniądze, trzeba z nich skorzystać. Ale rolą odpowiedzialnego samorządu nie jest wydawanie środków za wszelką cenę. Rolą odpowiedzialnego samorządu jest odmówić wtedy, gdy projekt jest nierozsądny, nawet jeśli wygląda atrakcyjnie na papierze.
Dlatego mówię wprost: część przedsięwzięć przedstawianych jako mała retencja to nie jest żadna odbudowa zasobów wodnych. To są techniczne atrapy retencji, które niszczą istniejące wartości przyrodnicze, osłabiają funkcje ekosystemowe i uczą administrację najgorszego z możliwych odruchów - że wszystko, co naturalne, trzeba poprawić człowiekiem. Nie trzeba. Czasem największą wartością samorządu jest powstrzymać koparkę.
***
Jeżeli naprawdę chcemy walczyć z suszą, nie róbmy z naturalnych oczek wodnych kamiennych misek z wodą. Jeżeli naprawdę chcemy pomagać przyrodzie, nie usuwajmy roślinności, która tę przyrodę utrzymuje. Jeżeli naprawdę chcemy rozsądnie wydawać środki z KPO i innych funduszy publicznych, finansujmy ochronę i odtwarzanie retencji naturalnej, a nie jej imitacje. Polska nie potrzebuje więcej „kaczych dołków”. Polska potrzebuje więcej wiedzy, więcej odwagi i mniej inwestycyjnej dekoracji.
Najgorsze, co można zrobić z naturalnym oczkiem wodnym, to „poprawić” je tak, by przestało być naturalne.
*przyrodnik, były burmistrz Mogielnicy







