W samorządach

Zdzisław Majewski: Kto naładuje elektryczne auta?

Procedowany właśnie w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych ma dostosować nasze prawo do dyrektyw unijnych. Projekt wywraca jednak dotychczasowe przepisy o budowaniu ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Sprawia, że bogate koncerny energetyczne, pełniące dotychczas funkcję operatorów systemu dystrybucyjnego, nie mogą być właścicielami, posiadać czy budować takich stacji.

Wyjątkowo mogą to robić, jeśli nie znajdą się inni chętni. Samorządy największych miast, na które nałożono ciężar przygotowania planów budowy punktów ładowania, znalazły się w nieciekawej sytuacji. Teraz budową stacji mają się zająć prywatni inwestorzy. Powstaje więc pytanie, jak mają zachować się władze miast – czy mają oddawać najlepsze lokalizacje prywatnym przedsiębiorcom?

Żaden samorząd nie jest dziś przygotowany na inwestowanie w stacje ładowania, bo to duży wydatek, nawet rzędu 150 tys. złotych za jeden punkt. Zważywszy, że zaplanowano 6 tys. takich urządzeń, to koszt ich budowy wyniesie prawie 1 mld złotych. Sama Warszawa powinna mieć co najmniej 1 tys. stacji, a dziś funkcjonuje ich ok. 250.

Firmy energetyczne i ewentualni prywatni inwestorzy czekają na to, co przyniesie znowelizowana ustawa, więc perspektywa, że w miastach szybko powstanie sieć ogólnodostępnych ładowarek, oddala się.

Stacje mają swoich przeciwników wśród mieszkańców, z którymi trzeba prowadzić trudne negocjacje, bo urządzenie zabiera nawet kilka miejsc parkingowych, zajmuje chodniki i pas drogowy. Ograniczenia lokalizacji wynikają też ze sprzeciwu konserwatorów zabytków. Ładowarki nie powinny zaburzać miejskiej przestrzeni, tu z kolei obiekcje zgłaszają architekci i biura planowania przestrzennego. Miasta lokalizując stacje musiały uwzględniać dostępność dla osób niepełnosprawnych, rozwiązywać konflikty z zielenią miejską i drogowcami. Może się okazać, że przygotowane przez dwa lata dużym nakładem pracy i pieniędzy plany, gdzie mogłyby stanąć punkty ładowania, okażą się zbędne i trzeba będzie zaczynać od nowa.

Są też kłopoty z odbiorem już wybudowanych stacji ładowania. Urząd Dozoru Technicznego przestrzega, że muszą być zapewnione odpowiednie warunki bezpieczeństwa związane z ich lokalizacją i funkcjonowaniem. Krytykowane są procedury odbioru urządzeń, zarzuca się im zbytnie zbiurokratyzowanie. Stąd postulaty, aby określić odpowiednie standardy techniczne, co mogłoby ułatwić i przyspieszyć oddawanie do użytku wybudowanych stacji.

Nie zapominajmy, że wkrótce samorządy będą mały obowiązek wdrożenia punktów tankowania paliwa wodorowego. Będą więc odpowiedzialne za udostępnienie lokalizacji i przygotowanie odpowiednich planów, aby takie urządzenia powstały. Cała nadzieja w tym, że prywatni inwestorzy uznają, że stacje ładowania pojazdów elektrycznych i napełniania wodorem to dobry biznes i rzeczywiście zajmą się ich budową oraz zarządzaniem.

Jak widać, wdrożenie unijnej dyrektywy promującej ekologicznie czyste i oszczędne pojazdy łatwe nie będzie. Z powodu rządowych opóźnień związanych z nowelizacją ustawy o elektromobilności (unijna dyrektywa funkcjonuje od 20 czerwca 2019 r.), cały ciężar uporania z problemami tankowania i ładowania ekologicznych pojazdów jak zwykle spadnie na samorządy.

Zdzisław Majewski
zastępca redaktora naczelnego „Wspólnoty”