Przypomnę, że w poprzedniej kadencji nie odbyło się żadne referendum w miastach prezydenckich. Tymczasem w obecnej będziemy chyba bić rekordy, bo już w 30 gminach i miastach odbyły się referendalne głosowania. A o tym, że do takich aktów może dojść w kilku miastach prezydenckich, mówi się dziś głośno w środowiskach głównych partii opozycyjnych.
Kraków jest barometrem politycznym, który pokaże, czy zwolennicy referendów w innych miastach pójdą za przysłowiowym ciosem. W Krakowie próg frekwencji, aby uznać referendum za ważne, wynosi 60 proc. głosujących w ostatnich wyborach, czyli 158,5 tys. obywateli.
Dzisiejszy ustrój samorządowych organów sprawia, że dość łatwo w dużych miastach pozbawić prezydenta stanowiska. Krakowska opozycja jest wyjątkowo zjednoczona, aby ten cel osiągnąć. Sprzyjają temu zasady głosowania. W ocenie wielu ekspertów, referenda odbywające się wkrótce po wyborach oznaczają często przenoszenie emocji z kampanii wyborczej, a ich inicjatorzy zwykle byli ich aktywnymi aktorami, ale bez sukcesu. W prezydenckich miastach taka kampania to także narzędzie ogólnokrajowej walki politycznej.
Propozycja, aby do wymogu spełnienia frekwencji uwzględniać tylko głosy „przeciw”, miałaby ucywilizować zasady głosowania. W Krakowie, jak wyliczają eksperci, 80 tys. mieszkańców może bowiem zdecydować o wyniku w imieniu wszystkich 800 tys. mieszkańców tego drugiego największego miasta w Polsce. Obecne regulacje stwarzają paradoksalną sytuację, bowiem namawiając obywateli do spełnienia obywatelskiego obowiązku udziału w referendum zwolennicy obecnego włodarza mogą przyczynić się do jego porażki, bo walnie przyczynią się do zbudowania frekwencji.
Kampanie referendalne rządzą się innymi prawami jeśli chodzi o ich prowadzenie i finansowanie. Zbiórki i wpłaty pieniężne nie mają żadnych limitów. Aktywiści mogą to czynić do końca trwania glosowania, nawet przed lokalami do oddawania głosu. Ustrojowe i finansowe reguły referendalnej gry są przez krytyków aktualnych regulacji krytykowane, bo uważają je za godzące w zasady demokracji lokalnej i głośno domagają się ich zmian.
Przeciwnicy zmian twierdzą z kolei, że referendum jako przejaw demokracji bezpośredniej to znakomite narzędzie do wyrażania opinii przez mieszkańców. Ich zdaniem, raczej powinniśmy skupić się na edukacji obywatelskiej, budowaniu zaangażowania mieszkańców do udziału w podejmowaniu decyzji w ich małych ojczyznach. Ważne są obywatelskie debaty, konsultacje i partycypacja.
Ostatnie doświadczenia kampanii prezydenckiej ujawniające ostrą polaryzację poglądów, a żerowanie na emocjach nie rokuje najlepiej także w przypadku referendów. Samorządowcy głośno mówią, że referenda nie powinny być polem rewanżu za porażki w ostatnich wyborach i objawem frustracji, bo zamiast wzmacniać społeczeństwo lokalne raczej pogłębiają już istniejące podziały.
Dziś agitacja polityczna opiera się raczej na mediach internetowych, gdzie dominują krótkie filmiki, grafiki, fotografie i apele. Minął czas dominacji burzliwych debat z wyborcami na wiecach i spotkaniach, które zapewniały sukces. Niestety, ogólna atmosfera polityczna i głębokie podziały w społeczeństwie przenoszą się na samorządy, a to nie sprzyja budowaniu lokalnej wspólnoty.
*zastępca redaktora naczelnego „Wspólnoty”








