W samorządach

W referendach liczą się emocje i frekwencja

Krakowskie referendum, w którym mieszkańcy chcą odwołać prezydenta Aleksandra Miszalskiego, skłania do głębszych refleksji nad ustawową regulacją tej formy demokracji bezpośredniej w gminach. Prezydenta chcą odwołać przede wszystkim wyborcy prawicowi, niezadowoleni z podwyżki opłat za parkowanie i biletów na komunikację miejską oraz ustanowienia strefy czystego transportu. Są też głosy krytyki za zbyt liberalne podejście do zabudowy terenów zielonych. Ponadto zadłużenie miasta przez poprzednika spadło na barki Miszalskiego.

Przypomnę, że w poprzedniej kadencji nie odbyło się żadne referendum w miastach prezydenckich. Tymczasem w obecnej będziemy chyba bić rekordy, bo już w 30 gminach i miastach odbyły się referendalne głosowania. A o tym, że do takich aktów może dojść w kilku miastach prezydenckich, mówi się dziś głośno w środowiskach głównych partii opozycyjnych.

Kraków jest barometrem politycznym, który pokaże, czy zwolennicy referendów w innych miastach pójdą za przysłowiowym ciosem. W Krakowie próg frekwencji, aby uznać referendum za ważne, wynosi 60 proc. głosujących w ostatnich wyborach, czyli 158,5 tys. obywateli.

Dzisiejszy ustrój samorządowych organów sprawia, że dość łatwo w dużych miastach pozbawić prezydenta stanowiska. Krakowska opozycja jest wyjątkowo zjednoczona, aby ten cel osiągnąć. Sprzyjają temu zasady głosowania. W ocenie wielu ekspertów, referenda odbywające się wkrótce po wyborach oznaczają często przenoszenie emocji z kampanii wyborczej, a ich inicjatorzy zwykle byli ich aktywnymi aktorami, ale bez sukcesu. W prezydenckich miastach taka kampania to także narzędzie ogólnokrajowej walki politycznej.

Propozycja, aby do wymogu spełnienia frekwencji uwzględniać tylko głosy „przeciw”, miałaby ucywilizować zasady głosowania. W Krakowie, jak wyliczają eksperci, 80 tys. mieszkańców może bowiem zdecydować o wyniku w imieniu wszystkich 800 tys. mieszkańców tego drugiego największego miasta w Polsce. Obecne regulacje stwarzają paradoksalną sytuację, bowiem namawiając obywateli do spełnienia obywatelskiego obowiązku udziału w referendum zwolennicy obecnego włodarza mogą przyczynić się do jego porażki, bo walnie przyczynią się do zbudowania frekwencji. 

Kampanie referendalne rządzą się innymi prawami jeśli chodzi o ich prowadzenie i finansowanie. Zbiórki i wpłaty pieniężne nie mają żadnych limitów. Aktywiści mogą to czynić do końca trwania glosowania, nawet przed lokalami do oddawania głosu. Ustrojowe i finansowe reguły referendalnej gry są przez krytyków aktualnych regulacji krytykowane, bo uważają je za godzące w zasady demokracji lokalnej i głośno domagają się ich zmian.

Przeciwnicy zmian twierdzą z kolei, że referendum jako przejaw demokracji bezpośredniej to znakomite narzędzie do wyrażania opinii przez mieszkańców. Ich zdaniem, raczej powinniśmy skupić się na edukacji obywatelskiej, budowaniu zaangażowania mieszkańców do udziału w podejmowaniu decyzji w ich małych ojczyznach. Ważne są obywatelskie debaty, konsultacje i partycypacja.

Ostatnie doświadczenia kampanii prezydenckiej ujawniające ostrą polaryzację poglądów, a żerowanie na emocjach nie rokuje najlepiej także w przypadku referendów. Samorządowcy głośno mówią, że referenda nie powinny być polem rewanżu za porażki w ostatnich wyborach i objawem frustracji, bo zamiast wzmacniać społeczeństwo lokalne raczej pogłębiają już istniejące podziały.

Dziś agitacja polityczna opiera się raczej na mediach internetowych, gdzie dominują krótkie filmiki, grafiki, fotografie i apele. Minął czas dominacji burzliwych debat z wyborcami na wiecach i spotkaniach, które zapewniały sukces. Niestety, ogólna atmosfera polityczna i głębokie podziały w społeczeństwie przenoszą się na samorządy, a to nie sprzyja budowaniu lokalnej wspólnoty.

*zastępca redaktora naczelnego „Wspólnoty”

Ta strona korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z naszej witryny.

Zgoda na wszystkie
Zgoda na wybrane