Rozmowy Wspólnoty

W przeciwieństwie do premiera my wiemy, co się naprawdę w Polsce dzieje

Pierwsza fala zakażeń, którą przeżywaliśmy w marcu i kwietniu, to był okres chaosu, ponieważ nikt nie wiedział, czym jest COVID-19. Już wtedy mówiliśmy rządowi i mówimy nadal, że chcemy być partnerem i oczekujemy bliskiej współpracy. Chcemy wykonywać polecenia, ale rządowe decyzje powinny być na bieżąco konsultowane z organizacjami samorządowymi. Do dzisiaj takich konsultacji nie ma – mówi Andrzej Płonka, starosta bielski, prezes zarządu Związku Powiatów Polskich.

Związek Powiatów Polskich w przyjętym na początku listopada stanowisku zarzucił rządowi „brak jasnej i jednolitej strategii walki z epidemią” oraz pomijanie konsultacji z samorządami. Jednak rządzący odbijają piłeczkę mówiąc, że szpitale będące w gestii powiatów i miast na prawach powiatu nie zostały przygotowane właśnie przez samorządy, a jako przykład podają byłego już wiceprezydenta Warszawy odpowiedzialnego za ochronę zdrowia, który zamiast pilnować obowiązków, wsiadł do samolotu i poleciał na wczasy na Maderę.

Różnica zdań, a może i spór między władzą a samorządami, jest i był zawsze, trzeba to po prostu przyjąć do wiadomości. Ten spór dotyczy m.in. zadań, które obligatoryjnie musimy realizować, a na które nie otrzymaliśmy środków finansowych. Mówimy tu o niedofinansowanych szpitalach powiatowych, malejącej subwencji oświatowej, czy w końcu o realizacji zadań rządowych bez pieniędzy. Musimy tylko pilnować, żeby nie dochodziło do zbytniego rozdźwięku, a współpraca nie była zagrożona. Trudno mi się odnosić do sytuacji prezydenta Warszawy, bo prezydenci dużych miast, choć reprezentują samorząd, jednak są bardziej politykami niż samorządowcami. Nie chcę nikogo dotknąć tym stwierdzeniem, ale powiaty i gminy, gdzie mamy bezpośredni kontakt z mieszkańcami przychodzącymi do nas do urzędów czy spotykanymi na zebraniach, to trochę inny rodzaj samorządu. Do nas ludzie przychodzą z ulicy i mówią, jak oceniają załatwianie spraw, pytają, dlaczego coś jest zorganizowane tak a nie inaczej i nie traktują tego ulgowo. Ten bezpośredni kontakt i opinie mieszkańców są podstawą naszych stanowisk, także tego o braku rządowej strategii w zwalczaniu pandemii.

Pierwsza fala zakażeń, którą przeżywaliśmy w marcu i kwietniu, to był okres chaosu, ponieważ nikt nie wiedział, co to jest ten COVID-19. Już wtedy mówiliśmy rządowi i nadal jest to aktualne, że chcemy być partnerem i chcemy bliskiej współpracy. Chcemy wykonywać polecenia, ale byłoby dobrze, aby rządowe decyzje były na bieżąco konsultowane z organizacjami samorządowymi. Nie muszą to być konsultacje sformalizowane, bo brakuje czasu, ale poświęcenie godziny czy dwóch na spotkanie z samorządowcami powinno być standardem. Niestety, do dzisiaj takich konsultacji się nie prowadzi. Owszem, ostatnio zorganizowano telekonferencję z udziałem premiera Morawieckiego i następnie wicepremiera Gowina, ale nie są to stałe konsultacje. A przecież jest Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego, gdzie można by te rozmowy prowadzić. Niestety, w związku z tym, że od wielu lat nie było spotkań premiera z samorządowcami, to brakuje zrozumienia. Konsultacje z samorządem dałyby premierowi wiele, bo my wiemy, co się naprawdę w Polsce dzieje, a – śmiem twierdzić – premier kompletnej wiedzy nie ma i musi polegać na urzędnikach z centrali. Wskutek tego dochodzi do takich paradoksów, że do szpitali przysyła się żołnierzy, aby liczyli łóżka covidowe, bo nie ufa się dyrektorom. Musieliśmy zapewnić im pomieszczenia, dostęp do komputerów, a przecież jest RODO. Teraz, po kolejnym sprzeciwie samorządów, mówi się, że żołnierze mają szpitalom pomagać. Byłoby dobrze, żeby tak pozostało. Po co to wszystko? Przecież nam tak samo jak rządowi zależy, aby przekazywane informacje były prawdziwe, przecież – jeśli chodzi o pandemię – jedziemy na tym samym wózku.

 

Jak pan ocenia obecną sytuację szpitali powiatowych, wyłączając te covidowe?

Sytuacja przed pandemią była dramatyczna i tak też zostało. Przypomnę, że dług wszystkich szpitali w Polsce sięga 14 miliardów złotych. COVID-19 tylko przysłonił prawdziwy stan rzeczy. No i cóż, szpitale nie realizują kontraktów. Co więcej, wprowadzając do prawie wszystkich szpitali powiatowych oddziały covidowe, czy to na OIOM-y, czy na internę, doprowadzono je do zamrożenia. W efekcie wielu chorych mieszkańców nie może skorzystać z szybkiej pomocy, bo albo w placówce panuje COVID-19, albo nie ma wolnego łóżka. Skutki są takie, że szybko rośnie śmiertelność przypadków niecovidowych. Rozmawialiśmy z ministrem zdrowia, że w tym roku rozliczanie kontraktów nie ma sensu, bo żaden szpital kontraktu nie zrealizuje. Cieszę się, że regularnie co miesiąc wypłaca się jedną dwunastą ryczałtu, ponieważ wykonanie kontraktów choćby w 70 proc. nie jest od wiosny możliwe. Prosimy też ministra o przedłużenie przynajmniej do końca przyszłego roku rozstrzygnięć co do sieci szpitali, ponieważ nie zdążymy tego problemu rozwiązać w ustawowym terminie.

 

Najbardziej narażeni na ryzyko zgonu z powodu COVID-19 są seniorzy, z tego punktu widzenia krytycznym elementem systemu są DPS-y, często prowadzone przez powiaty. Jakich działań rządu w tym zakresie oczekujecie, a jakie działania powiaty podejmują samodzielnie?

Wydaje się, że obecnie pewne rzeczy w zakresie funkcjonowania DPS-ów zostały uregulowane. Długo nie mieliśmy zrozumienia, choć informowaliśmy administrację rządową, że należy wprowadzić środki ostrożności w ruchu podopiecznych. Decyzją sądu przysyłano nam pensjonariuszy nie badając ich wcześniej pod kątem COVID-19 i zarażali oni pozostałych podopiecznych DPS-u. Akurat ja mocno się sprzeciwiłem i nie dopuszczałem do przyjmowania nowych osób, póki nie zostały pod kątem koronawirusa zbadane, ale w wielu miejscach doprowadzono do zakażenia całych placówek. Teraz wprowadzono testowanie i gromadzenie osób kierowanych do badania w innych punktach niż DPS-y tak, aby do domów trafiały tylko osoby bez COVID-19 i nie zagrażały innym schorowanym i wiekowym podopiecznym. Podczas pierwszej fali pandemii mieliśmy potężne problemy z dostępem do środków ochrony sanitarnej, czyli z maseczkami, jednorazowymi fartuchami, środkami do dezynfekcji. Obecnie pod tym względem sytuacja się ustabilizowała. Na razie. Najważniejszą sprawą w DPS-ach do tej pory nierozwiązaną jest kwestia personelu pielęgniarskiego. Wiele pielęgniarek uciekało do szpitali, ponieważ tam były podwyżki. Mówi się też, aby pielęgniarki pracowały w jednym miejscu, nie kursowały między oddziałami szpitalnymi a domami pomocy. Ale tego nie da się zrobić, bo pielęgniarki nie pracują w kilku miejscach, bo im się tak podoba, ale dlatego, że muszą zarobić na utrzymanie swoich rodzin. Ten problem dotyczył też lekarzy. Tę kwestię można uregulować prawnie, ale tylko dając medykom odpowiednie wynagrodzenia. O to właśnie zabiegamy, żeby praca pielęgniarek została w końcu uregulowana i należycie opłacona.

 

Nie najlepiej układa się współpraca samorządów z nowym ministrem edukacji, prof. Czarnkiem, który dość długo nie spotkał się z samorządowcami, czyli przedstawicielami organów prowadzących szkoły, podczas gdy spotykał się za związkami zawodowymi. ZPP zabiega, żeby to dyrektorzy szkół, a nie sanepid, podejmowali decyzję o nauce zdalnej. Czy nie za wiele w tym wiary w kompetencje dyrektorów? Jak na te kwestię zapatruje się MEN?

U nas, w województwie śląskim, mieliśmy specyficzne doświadczenia z kopalniami. Widzieliśmy, jak wirus rozprzestrzeniał się wśród górników, dlatego apelowaliśmy do ministra Piątkowskiego, żeby przynajmniej na Śląsku opóźnić rok szkolny o dwa tygodnie czy nawet o miesiąc. Tę zwłokę można by odrobić skracając przyszłoroczne wakacje. Minister odpowiadał, że nie widzi takiej potrzeby, a dzisiaj wirusolodzy potwierdzają, że mieliśmy rację, bo właśnie w szkołach następowała transmisja wirusa. Potwierdziły to także obserwacje ze szpitali pediatrycznych, gdzie u dzieci hospitalizowanych z różnych powodów dopiero podczas testów ujawniało się zakażenie, bo typowe objawy covidowe nie występowały. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że to minister Piątkowski jest odpowiedzialny za tę falę zakażeń, z którą mamy teraz do czynienia. Obecny minister idzie tą samą drogą co poprzednik, nie chce z nami rozmawiać i zapomina, że za polską oświatę, podobnie jak za wiele innych zadań publicznych, odpowiadają samorządy. Widać w tym dążenia do centralizacji, my samorządowcy mamy wykonywać polecenia i nie dyskutować. Ta sytuacja narasta od dłuższego czasu i dotyczy także poprzednich rządów, ale w związku z pandemią bardzo się nasiliła. Na dodatek nasila się uciążliwa inercja rządu, brak szybkich przemyślanych działań i właśnie dlatego potrzebne jest skierowanie kompetencji w dół.

Wnioskowaliśmy, aby to dyrektorzy szkół mogli decydować o wprowadzaniu nauki zdalnej pamiętając o tym, że przecież każda szkoła ma swój organ założycielski i dyrektorzy z pewnością konsultowaliby tam swoje decyzje. Dyrektor szkoły i starosta, prezydent czy wójt mają o wiele lepsze rozeznanie, co się dzieje w powiecie, mieście czy gminie. Gdyby uwzględniono nasze postulaty na początku września, łatwiej byłoby opanować rozprzestrzenianie się wirusa, bo pewnie wcześniej wprowadzilibyśmy naukę zdalną, co w końcu i tak się stało. Ani samorządowcy, ani dyrektorzy nie kwestionowali konieczności nauczania, szkoła jest szkołą, program trzeba zrealizować, egzaminy przeprowadzić, ale bezpieczeństwo to niezwykle poważna i odpowiedzialna sprawa. Dziwię się więc, że nie chciano skorzystać z doświadczenia praktyków.

 

Skoro już dotknęliśmy problemu sanepidu. Od 1998 roku samorząd powiatowy tracił wiele kompetencji, w tym prowadzenie bądź nadzorowanie służb, inspekcji i straży, prowadzenie pewnych typów szkół, administracji rynku pracy etc. Mamy rok jubileuszu samorządu gminnego i 22 lata funkcjonowania powiatów. Co pana zdaniem powinno się zmienić w systemie polskiego samorządu?

Jestem zdeklarowanym samorządowcem i uważam, że te zadania, które nie są potrzebne państwu do realizacji polityki bezpieczeństwa i rozwoju, powinny być w samorządzie. Nie chodzi o to, że my w samorządzie jesteśmy najmądrzejsi, czy tylko my zrobimy to najlepiej. W czasach kryzysów czy zagrożeń, jak to się dzieje podczas tej pandemii, są w państwie służby, które mogą te zadania przejmować i obejmować kierownictwo, ale jeśli sytuacja kryzysowa dotyczy spraw lokalnych, to problem powinien rozwiązać samorząd, chyba że sobie z tym nie radzi, wtedy jest starosta i wojewoda. Na tym polega zasada pomocniczości, która była podstawą reformy z 1998 roku. Od 2002 r. odczuwamy coraz silniejsze parcie w kierunku centralizacji, odebrano nam służby, inspekcje i straże, które powinny działać na terenie powiatu pod kontrolą samorządu po to, byśmy mogli skutecznie rozwiązywać sytuacje kryzysowe. Jak negatywne skutki ma centralizacja, widać właśnie na przykładzie sanepidu. Do niedawna były to jednostki finansowane z budżetu powiatu i podlegały powiatowi. Dzisiaj nazwa powiatowy inspektorat odnosi się jedynie do terenu działania, a jednostka jest ściśle państwowa i kiedy obecnie ma mnóstwo pracy, nie ma jak jej pomóc. Wojewodowie oddelegowują swoich pracowników do inspektoratów wojewódzkich, ale my nie możemy tego zrobić, bo musimy uzyskać zgodę rady i zgodę pracownika, która wynika z kodeksu pracy. W rezultacie powiatowe inspektoraty sanitarne nie mają łatwo.

 

Czy wierzy pan, że kiedyś ta sytuacja się zmieni i przywrócona zostanie decentralizacja?

Nieustannie o to pukamy do rządu. Temu służą nasze wnioski, stanowiska, opinie, ale póki co trafiają do szuflady i nie widzę po drugiej stronie chęci do poważnej rozmowy. Proszę spojrzeć na przykład Niemiec. Współpracujemy z niemieckim związkiem powiatów i widzimy, że tam co roku kanclerz Merkel przyjeżdża do starostów, aby przedyskutować z nimi kwestie bieżącej polityki. U nas w ostatnich kilku latach tylko jeden raz pojawiła się wśród samorządowców pani premier Ewa Kopacz. Żaden inny premier nie przyjechał na takie spotkanie. Najwyraźniej nie interesowało ich i nadal nie interesuje to, co się dzieje we wspólnotach lokalnych, a w kraju jest prawie 2,5 tysiąca gmin, 314 powiatów ziemskich, 16 województw samorządowych. Z tego co wiem, żaden premier po 1999 r. nie pracował w samorządzie, przed nami więc wielkie wyzwanie.