Rozmowy Wspólnoty

Szukamy sposobu na opłatę miejscową

W Polsce pokutuje mit zamożności gmin turystycznych. Jednak gdyby od zysków osiąganych z turystyki odjąć koszty z nią związane, okazałoby się, że bogactwo jest przeciętne. Musimy zdecydowanie poprawić egzekucję opłaty miejscowej, ale to ogromne wyzwanie wobec braku instrumentów prawnych – mówi Roman Kużel, burmistrz Władysławowa.

Rozmawiamy w ostatnich dniach sierpnia. Na ulicach tłumy turystów. Cofnijmy się o kilka miesięcy, jeszcze w marcu czy kwietniu branża wieszczyła, że to może być stracony sezon, że grozi fala bankructw. Jak pan go ocenia na tle wcześniejszych lat?
Wiosną, choć mieliśmy lockdown, przedsiębiorcy nie byli już tak przerażeni jak w 2020 roku, kiedy nie było wiadomo, z czym będziemy mierzyć się w związku z COVID-19. Tym razem dominowało oczekiwanie na zgodę na otwarcie obiektów. Oprócz pandemii, której przebieg i konsekwencje są nieprzewidywalne, drugim czynnikiem, na który nie mamy wpływu, jest pogoda. Ona w ogromnym stopniu determinuje to, czy sezon zaliczony zostanie do udanych. W tym roku przyjechało bardzo dużo gości, co więcej, ruch zaczął się już na początku czerwca. Pogoda, nie licząc końcówki sierpnia, była bardzo dobra. Branży w dużym stopniu pomógł też bon turystyczny. Zdecydowana większość osób, która dzwoniła do obiektów noclegowych, informowała, że chce go zrealizować.

Bon można zrealizować tylko w obiektach zarejestrowanych w Centralnym Wykazie Obiektów Hotelarskich.
Nawet małe obiekty postanowiły przystąpić do programu, w tym właściciele kwater. Odnotowaliśmy lawinowy wzrost liczby wniosków o nadanie numeru klasyfikacji gospodarczej pozwalającej na wpis do wykazu. W tym roku w naszej ewidencji pojawiło się kilkaset nowych podmiotów.

Przy okazji udało się pewnie zmniejszyć skalę szarej strefy.
Odrobinę tak, pomysł rządu, żeby uzależnić bon od wpisu do gminnej ewidencji, był dobry. Ale od lat sami prowadzimy kontrole podmiotów gospodarczych. Co roku sprawdzamy kilkaset obiektów.

Jak taka kontrola wygląda w praktyce?
Zespół kontrolny urzędu miasta monitoruje portale z ofertami noclegów, sprawdzamy czy dany podmiot został zarejestrowany, czy odprowadza podatek od działalności gospodarczej. Jeśli są wątpliwości, jedzie na miejsce i przeprowadza kontrolę w terenie, weryfikuje liczbę turystów. W gminie turystycznej najważniejszym elementem strony dochodowej budżetu jest podatek od prowadzenia działalności gospodarczej jako składowa podatku od nieruchomości. Większość naszych przedsiębiorców odprowadza go przez 2 miesiące w roku, bo płaci się go tylko w okresie prowadzenia tej działalności, dlatego tak istotne jest, by został naliczony w pełnej wysokości.

Jaki jest jego udział w budżecie gminy?
Podatek od nieruchomości stanowi około 20 proc. dochodów, z tego 60 proc. to podatek od działalności gospodarczej.

Na jakie nieprawidłowości kontrolerzy najczęściej się natykają?
Zdarza się, że właściciel obiektu zaczyna przyjmować gości przed zadeklarowanym terminem rozpoczęcia działalności gospodarczej. Albo wybudował budynek, jeszcze nie uzyskał zgody na użytkowanie, a już oferuje usługi. Bywa, że postawił pensjonat, ma odbiory, ale nie zgłosił go w urzędzie. To niewielka, nieuczciwa grupa osób próbujących grać nie fair wobec pozostałych przedsiębiorców, dlatego tłumaczę mieszkańcom, żeby zgłaszali nam takie przypadki, jeśli mają o nich wiedzę – to nie jest donosicielstwo, ale wyraz troski o naszą wspólną pracę. Pieniądze wpływające do budżetu są przecież wydawane zgodnie z wolą mieszkańców. Muszę przyznać, że w ostatnich latach przypadków nierejestrowania działalności jest mniej, to efekt i kontroli, i presji społecznej, żeby zasady były identyczne dla wszystkich.

Ciekawi mnie czynnik psychologiczny. Gmina nie jest duża, ludzie się znają, urzędnicy w zespole kontrolerskim zmuszeni są kontrolować, czasem karać znajomych, sąsiadów. To działa?
Wypracowaliśmy wewnętrzne procedury eliminujące takie sytuacje. Jeśli osoba kontrolowana jest spokrewniona z urzędnikiem, jest on wyłączany z postępowania. Część pracowników ratusza mieszka poza gminą Władysławowo. Dojeżdżają do pracy na przykład z Pucka, także z innych miejscowości.

Jaki jest tego powód?
W ostatnich latach w urzędzie nastąpiła zmiana pokoleniowa, mamy młody zespół, także jeśli chodzi o kadrę kierowniczą. Dla współczesnego pokolenia szybki dojazd do pracy nie jest już tak ważny jak jeszcze dla ich rodziców, są w stanie pokonywać kilkanaście, nawet kilkadziesiąt kilometrów. Ważniejsza jest dla nich atmosfera, wysokość wynagrodzenia.

Wróćmy do turystyki. Zeszły rok był szczególny, przez wiele miesięcy obiekty noclegowe były zamknięte. Czy udało się na koniec 2020 r. osiągnąć zaplanowane wpływy z opłaty miejscowej?
Rok 2020 był kompletnie inny od obecnego, jeszcze w lipcu turystów było niewielu, bo na obawy wywołane pandemią nałożyła się brzydka pogoda. Ale z upływem wakacji turystów przybywało, w efekcie przedsiębiorcy kiepski początek sezonu nadrobili. Na koniec zeszłego roku ze zdumieniem stwierdziliśmy, że zakładane wpływy z opłaty miejscowej zrealizowaliśmy w 100 proc. i sięgnęły blisko 3 mln zł. Ale to i tak około 40 proc. tego, co rzeczywiście powinno do budżetu wpływać.

40 procent?!
Gdyby pan zapytał w innych gminach turystycznych o szacowany wskaźnik windykacji opłaty miejscowej, myślę, że odpowiedzi byłyby podobne. Jesteśmy w stanie zidentyfikować obiekty działające niezgodnie z przepisami, jednak nie mamy narzędzi do właściwej egzekucji opłaty miejscowej. Wysokość przekazywanej nam opłaty miejscowej jest deklaratywna. Widzimy ogromne dysproporcje pomiędzy pensjonatami podobnej wielkości, oferującymi zbliżoną liczbę pokoi – jeden właściciel deklaruje, że miał komplet gości, drugi, że sezon był nieudany i miał 20-proc. obłożenie. Nie mówi prawdy, ale nie mamy jak tego zweryfikować. Od kilku miesięcy zachęcamy przedsiębiorców do uczciwego rozliczania się z opłaty miejscowej, tłumaczymy, że to pieniądze na rozwój gminy. Organizujemy konkurs dla właścicieli obiektów noclegowych z nagrodami rzeczowymi. Dwa lata temu wprowadziliśmy „Książkę opłaty miejscowej gminy Władysławowo”. Planujemy też nagrody dla turystów. Gdy będą mieli świadomość, że płacąc kilka czy kilkanaście złotych od osoby za pobyt, zyskają szansę na nagrodę wartą 5 tys. zł, może zaczną upominać właścicieli pensjonatów i kwater. Stawka opłaty miejscowej to u nas 2,10 zł.

W przypadku 4-osobowej rodziny spędzającej we Władysławowie tygodniowy urlop wychodzi około 60 złotych, czyli mniej niż połowa ceny, jaką ta rodzina płaci za jeden obiad. Faktycznie, to nie jest dużo, ale moim zdaniem turysta nie dostrzega związku pomiędzy opłatą miejscową a kosztami ponoszonym przez miasto na utrzymanie infrastruktury turystycznej.
Nakładają się tu na siebie dwa elementy – brak instrumentów skutecznej egzekucji i niewiedza co do kosztów gospodarki komunalnej. Tej ostatniej od turystów trudno wymagać, jednak świadomość powinna istnieć po stronie właścicieli obiektów noclegowych, dlatego piszę o tym systematycznie w naszych mediach społecznościowych, w grupach dyskusyjnych tworzonych przez mieszkańców. W Polsce pokutuje mit zamożności gmin turystycznych. Spotykam się z opiniami nawet innych samorządowców, że Władysławowo jest bogate, bo liczba mieszkańców w wakacje wzrasta 10-krotnie. Ale nie pytają o infrastrukturę, która zarabia na siebie przez kilka miesięcy, a utrzymać ją trzeba cały rok; nie pytają, ile kosztuje wybudowanie oczyszczalni ścieków pracującej z pełną mocą przez lipiec i sierpień, a potem wykorzystywanej w 15 proc. jej wydajności. Pas nadmorski w naszej gminie ma 25 km długości, na plaży stoi ponad tysiąc koszy na śmieci, które codziennie muszą być opróżniane. Do tego dochodzi utrzymanie kąpielisk. Gdyby od zysków osiąganych z turystyki odjąć koszty z nią związane, okazałoby się, że zamożność gminy jest przeciętna. W rozmowach z pracownikami naszej spółki komunalnej odpowiedzialnej za utrzymanie czystości żartujemy, że gdybyśmy wyciągnęli turystę z łóżka o 4 rano i pokazali, jak miasto wygląda przed przystąpieniem do porządków, jakiej pracy wymaga przygotowanie go w ciągu 2–3 godzin na kolejny dzień, dopiero wtedy poczułby się w obowiązku odprowadzać opłatę miejscową. Bo turysta, gdy wstaje rano i idzie na śniadanie, zastaje już czyste miasto.

W ostatnich latach o Władysławowie sporo pisały ogólnopolskie media, a telewizje przygotowywały materiały interwencyjne. Kontrole działalności gospodarczej, a w zeszłym roku akcja billboardowa polegająca na zasłanianiu stoisk obwoźnych sprzedawców pamiątek, którzy nie zgłosili w urzędzie działalności, powodują, że chyba nie jest pan ulubieńcem drobnego biznesu.
Najlepszą odpowiedzią na ten zarzut są opinie mieszkańców. Nie najgorzej idzie mi słuchanie ich w kontekście wyniku wyborczego, czyli blisko 90-proc. poparcia. To dowód, że moja polityka spotyka się z akceptacją. Problemem Władysławowa, podobnie jak innych nadmorskich miejscowości, są osoby z zewnątrz zdeterminowane, żeby przyjechać latem i w krótkim czasie zarobić jak najwięcej, w sposób niezgodny z przepisami. Rada miasta i gminy jako reprezentacja mieszkańców stanowi prawo miejscowe – jednakowe dla wszystkich. Nie widzę powodu, żeby mieszkańcy prowadzący legalną działalność, odprowadzający tutaj podatki, stawiali czoła dzikiej konkurencji ze strony przyjezdnych, próbujących działać bezkosztowo. Akcja billboardowa polegała na tym, że nasi pracownicy rozstawiali na gminnym terenie billboardy reklamujące akcję związaną z polityką bezpieczeństwa na terenie gminy Władysławowo. Efekt był natychmiastowy – seria skarg. Telewizje przygotowały materiały ukazujące mnie w niekorzystnym świetle. Gdyby dziennikarze pofatygowali się na policję i zapytali, kim są ci biznesmeni, myślę, że ich redakcje takich materiałów by nie wyemitowały. Dwa dni po programie „Alarm” w TVP część oskarżających mnie osób została zatrzymana przez policję jako podejrzane o niszczenie mienia gminnego. Żadna, podkreślam, żadna z tych osób, nie była mieszkańcem gminy Władysławowo. Jestem przygotowany, że nastawione na sensację media będą kreować mój niekorzystny wizerunek, ale moje działania są akceptowane przez mieszkańców, którzy wielokrotnie dali temu wyraz

Samorząd Władysławowa podjął jeszcze jedną odważną decyzję – zakazał sprzedaży alkoholu w sklepach od północy do szóstej rano. O tej porze oferować go mogą jedynie lokale gastronomiczne. Wyobrażam sobie, jakie protesty temu towarzyszyły – przecież oczekuje się, że gmina turystyczna będzie przychylać nieba turystom.
Na wstępie zaznaczę, że sam alkohol, tak jak inne dozwolone używki, nie jest niczym złym. Problemem jest jego nadużywanie. Jestem członkiem Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i wiem, jak wielkim problemem społecznym w Polsce jest nadużywanie alkoholu. Gdyby mieszkańcy mieli tak dużą wiedzę jak ja o przypadkach przemocy w rodzinie spowodowanej nadużywaniem alkoholu i alkoholizmem, wątpliwości by zniknęły. Radni podjęli decyzję na wniosek komisji, która motywując go powołała się na aspekt społeczny, ale też porządek publiczny. Do większości aktów wandalizmu dochodzi po północy, proszę sobie wyobrazić, że według informacji od komendanta policji, po ograniczeniu sprzedaży alkoholu liczba aktów chuligaństwa spadła o ponad połowę! Podobne spostrzeżenia mają pracownicy naszego wydziału zajmującego się małą architekturą w kontekście wydatków na jej utrzymanie. Nawet pracownicy firm ochroniarskich chwalą sobie naszą decyzję, bo mają mniej interwencji. To dowód, że było warto. O ile w zeszłym roku pomysł budził opór, o tyle dziś nie mamy już żadnych próśb, żeby zakaz nocnej sprzedaży alkoholu znieść. Przeciwnie, coraz więcej mieszkańców sugeruje, że ograniczenia powinny obowiązywać już od godz. 23. Zaczęliśmy też dostawać sygnały, że wydajemy zbyt dużo koncesji na sprzedaż alkoholu.

Rozwój gminy i jej kondycja ściśle związane są z branżą turystycznej, co pandemia mocno nam uświadomiła. Czy strategia rozwoju gminy na lata 2020–2030 zakłada inwestycje w obszary niezwiązane z turystyką?
Planujemy utworzenie strefy gospodarczej atrakcyjnej dla inwestorów działających przez cały rok, gwarantujących stabilne dochody nawet w czasach pandemii zarówno pracownikom, jak i gminie. Musimy też podjąć wysiłki na rzecz zatrzymania młodych mieszkańców. Turystyka, która jest naszym błogosławieństwem, niesie też wiele zagrożeń, na przykład winduje ceny nieruchomości – gruntów i lokali. Młodych, którzy chcą się usamodzielnić, nie stać na zamieszkanie we własnym mieście i migrują do ościennych gmin. Analizujemy możliwość budowy mieszkań wraz z ich przejściem na własność najemcy na przykład po 20 latach, po spłacie kredytu wliczonego w czynsz. W tych mieszkaniach prowadzenie działalności usługowej, na przykład wynajmowanie turystom, byłoby zabronione. Trzeci element strategii rozwoju to wzrost jakości produktu turystycznego. W tym mieści się podnoszenie jakości przestrzeni publicznej – zadanie gminy, ale także usług oferowanych przez przedsiębiorców. Coraz więcej osób przekonuje się, że modernizacja obiektu noclegowego, a w ślad za tym wzrost ceny wynajmu, owocuje przyjazdem turystów gotowych wydać więcej pieniędzy w zamian za wyższy standard. Strategia zakłada też rozwój portu morskiego nastawionego na obsługę firm budujących i eksploatujących farmy wiatrowe na Bałtyku. Port ma świetną lokalizację, oferuje dobre możliwości wpłynięcia do niego także podczas sztormu. Będziemy lobbować w rządzie za inwestycjami, bo wykraczają one poza możliwości finansowe samorządu gminnego. To korzystne przedsięwzięcie pod kątem stopy zwrotu, a dla nas nowe miejsca pracy, podatki i kolejny czynnik pozwalający zatrzymać młodych.