W samorządach

System wynagradzania włodarzy do poprawki

Sejm przyjął 11 sierpnia br. nowelę ustawy o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe. Poprawka dotyczy także wynagrodzeń samorządowych włodarzy oraz diet radnych.

Posłowie ustalili pensje samorządowcom i określili, że nie będą oni mogli zarabiać więcej niż 11,2-krotności kwoty bazowej określonej w ustawie budżetowej dla osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe. To dobrze, że rządzący poszli po rozum do głowy, bo zredukowanie w 2018 roku o 20 proc. pensji wójtów, burmistrzów i prezydentów oraz członków zarządów w powiatach i województwach było jedną z najgłupszych decyzji naszego suwerena, deprecjonującą pracowników z wyboru. Ale czy dobra jest procedura ustanawiania wynagrodzeń samorządowym VIP-om i system siatki płac wprowadzający górny pułap, a do tego angażujący radnych (zwłaszcza opozycji) oraz każdorazowo wzbudzający niepotrzebne emocje? Czy buduje to prestiż osób na najwyższych stanowiskach w gminach, powiatach i województwach?

Uważam, że obecne przepisy regulujące wynagrodzenia samorządowych VIP-ów są przestarzałe, nieprzystosowane do współczesnych realiów rynku pracy, nie wspominając o wrażliwości systemu na polityczne motywy radnych i posłów. Mimo procedowanej właśnie w parlamencie podwyżki wynagrodzeń dla samorządowych szefów, ich wynagrodzenia i tak będą w wielu samorządach niższe niż ich zastępców, nawet dyrektorów wydziałów czy specjalistów zatrudnionych w gminie (patrz: informatycy, eksperci od pozyskiwania środków unijnych, szefowie spółek komunalnych itp.). Jeśli przełożeni zarabiają mniej niż podwładni, to cały system – pomimo podwyżek – staje na głowie… Postulat wprowadzenia do sfery wynagrodzeń pracowników samorządowych stałej i określonej waloryzacji, uwzględniającej inflację, sprawy nie załatwi, bo nie rozwiązuje odległego miejsca szefa urzędu na liście płac, którą on podpisuje na koniec miesiąca.

Jak już wspomniałem, każda podwyżka płac dla wójta, burmistrza, prezydenta, starosty czy marszałka to droga przez radę czy sejmik, gdzie dyskusja o pensji dla szefa przeradza się w polityczną debatę. Tam, gdzie opozycja ma przewagę, szefowie z innej opcji są przeczołgiwani przez radnych i często zapadają uchwały o obniżeniu wynagrodzenia. W tym miejscu do akcji wkraczają sądy cywilne, gdzie poszkodowani zwracają się o obronę. Pozywanie gminy przez wójta w sprawach obniżki pensji to pewien dysonans prawny i proceduralny korowód. Sąd Najwyższy stara się łatać prawne dziury i stwierdza, że do stosunku pracy z wyboru nie mają zastosowania przepisy kodeksu pracy. Tu panem jest rada (sejmik); wyłącznie radni mogą oceniać ilość i jakość świadczonej przez wójta pracy. Dalej najwyższa instancja sądownicza mówi, że sąd cywilny powinien odmówić oceny wysokości wynagrodzenia dla wójta, ani nie powinien ustalać tego wynagrodzenia.

Sędziowie najwyższej instancji w poszukiwaniu furtki, jak obronić wójta przed nieuzasadnioną obniżką pensji, wskazują, że należy powołać się na naruszenie przez gminę przepisów o dyskryminacji. W salomonowym wyroku (II PK 47/18) stwierdzili, że rada miasta nie ma prawa obniżyć prezydentowi wynagrodzenia za pracę poniżej wysokości wynagrodzenia żadnego z podległych mu pracowników, bo naruszałoby to zasadę godziwego wynagrodzenia za pracę. Zwierzchnik służbowy nie może być niżej wynagradzany niż podwładny. Poza tym sądy pracy nie mogą korygować obniżonej pensji, jeśli mieści się ona w widełkach, chyba że doszło do pokrzywdzenia wójta i płacowej dyskryminacji. A tak, zdaniem sędziów, będzie w przypadku, gdy nieprzychylna rada obniży wynagrodzenie ze względów światopoglądowych lub politycznych. Tylko wówczas sąd cywilny może wkroczyć i ewentualnie ocenić, czy zarzut dyskryminacji rzeczywiście zaistniał. Gdyby przyjąć na serio wywody sędziów, że dyskryminacją zawsze jest wyższe wynagrodzenie innych pracowników urzędu niż wójta, to w wielu miastach i gminach szefowie są bardzo, ale to bardzo dyskryminowani.

Ten krótki przegląd prawa i orzecznictwa, które próbuje trochę ucywilizować woluntaryzm radnych i sztywne tabele w sferze wynagrodzeń szefów urzędów samorządowych, potwierdza tezę, że system jest zły i czas pomyśleć o jego naprawie. Minister Michał Cieślak podjął się w rządzie przeglądu przepisów i procedur w ramach projektu Samorząd 3.0. Mają być konferencje i debaty, jak poprawić prawo regulujące różne sfery samorządu terytorialnego. Moim zdaniem, przyszedł czas radykalną zmianę systemu wynagradzania samorządowych włodarzy, sposobu, w jaki powinien być on kształtowany, a nawet tego, kto powinien mieć w tym zakresie decydujący głos. Trzeba wynagrodzenia i ich ustanawianie dostosować do dzisiejszej, zmienionej rzeczywistości społecznej i gospodarczej.

* zastępca redaktora naczelnego „Wspólnoty”