Rozmowy Wspólnoty

Spór o rządem o wodę zaostrza się

Reforma zamiast uproszczeń może prowadzić do nadregulacji, sporów z Wodami Polskimi i miliardowych konsekwencji dla sektora komunalnego. Marek Wójcik, ekspert ds. legislacji Związku Miast Polskich, wskazuje na ryzyko chaosu taryfowego i kontrowersje wokół zysków wypracowywanych przez spółki wodociągowe.

Tematem elektryzującym samorządowców są taryfy na wodę. Projektodawcy noweli ustawy obiecują, że będzie prościej, taniej i bardziej prospołecznie.

Rzeczywiście, intencja w deklaracjach jest taka: uprościć ustalanie taryf, wprowadzić stawki progresywne dla mieszkańców i inaczej poukładać działanie przedsiębiorstw komunalnych. Tyle że kiedy przechodzimy z haseł do konkretów, ujawniają się poważne problemy prawne i ekonomiczne. Według projektodawców rady gmin miałyby w drodze uchwały ustalać taryfę progresywną, która różnicuje cenę za metr sześcienny dostarczanej wody. Zależnie od zużycia wody lub dochodów mieszkańców stawka byłaby wyższa albo niższa. Projekt zakłada trzy poziomy cen: bazowy, poniżej bazowego oraz powyżej bazowego. W przypadku taryfy poniżej poziomu bazowego cena za wodę ma być niższa co najmniej o 30 proc. od stawki referencyjnej. Jest też możliwość ustalenia poziomu „powyżej bazowego” i tu nie ma żadnych ograniczeń. Można tworzyć kolejne progi: +10 proc. +20 proc., +25 proc., jak zechce rada gminy.  Warto też zwrócić uwagę na paradoks: mówimy o taryfie progresywnej dla wody, ale już nie dla ścieków. To rozwiązanie co najmniej dyskusyjne i potencjalnie niespójne.
 

Jakie byłyby skutki ekonomiczne takiego systemu?

Po pierwsze, ogromne koszty wdrożenia nowych systemów billingowych i rozliczeniowych. To nie jest kosmetyka. W wielu miejscach trzeba by zmienić sposób opomiarowania, zasady rozliczeń, szczególnie tam, gdzie w jednym budynku są lokale mieszkalne i usługowe. To automatycznie podniosłoby koszty działania przedsiębiorstw, a w konsekwencji obciążyłoby odbiorców usług w cenach wody.

Drugi obszar to różnicowanie cen. Żeby uzasadnić różnicowanie stawek, trzeba wykazać, które koszty części odbiorców korzystających z taryfy poniżej poziomu bazowego nie obowiązują. Tymczasem ani w ustawie, ani w uzasadnieniu do niej nie sprecyzowano ekonomicznych zasad podziału kosztów, które pozwoliłyby to zrobić w sposób merytoryczny.
 

W deklaracjach pada też, że najubożsi mieliby mieć wodę niemal za darmo.

To brzmi atrakcyjnie, ale jest po prostu nieprawdziwe. Nie ma nic za darmo. Jeśli jednej grupie obniżymy koszt, to ktoś inny za to zapłaci albo w taryfach, albo w budżecie gminy, albo w kosztach funkcjonowania przedsiębiorstwa.
 

Gdzie kryją się największe zagrożenia dla firm wodociągowych?

Chodzi o przedsiębiorstwa obsługujące wiele gmin, a jest ich sporo. Proszę sobie wyobrazić firmę, która działa w 8 czy10 gminach. Jedna gmina chce progresję tylko w dół o 30 proc., druga w dół o 50 proc., a trzecia wprowadza też progi w górę. Koszty wdrożenia będą kosmiczne, a system taryfowy zrobi się nieczytelny. W jednej gminie będzie obowiązywać wyższa taryfa bazowa, bo ktoś musi sfinansować obniżki, a w innej ta taryfa będzie niższa. Powstaje też ryzyko chaosu i trudności w podziale kosztów wspólnej infrastruktury. Do tego dojdą konsekwencje społeczne. Zróżnicowanie stawek będzie elektryzować społeczności lokalne, spodziewam się populistycznych propozycji kierowanych do rad gmin. Po prostu, zadziała mechanizm presji: jeśli gmina A wprowadzi ulgę, to mieszkańcy gminy B będą mieli oczekiwania, żeby zrobić to samo niezależnie od warunków kosztowych.
 

Projektodawcom chodzi o ochronę najuboższych. Przynajmniej takie są deklaracje.

Samorządy już dziś mają narzędzia wsparcia i z nich korzystają. Jeśli ktoś rzeczywiście ma niskie dochody, może z tego skorzystać. W aktualnie obowiązującej ustawie o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków jest przepis, który pozwala radzie gminy podjąć uchwałę o dopłatach dla wybranej kategorii odbiorców. Wtedy gmina musi znaleźć na to pieniądze i dopłacić przedsiębiorstwu. Ten mechanizm działa i pozwala realizować cele socjalne. Wprowadzanie kolejnych rozwiązań wygląda na nadregulację.

Wracając do zagrożeń, trzeba zauważyć, że ustawa wymaga przekazywania przedsiębiorstwu informacji, ile osób mieszka w nieruchomości, bo od tego ma zależeć kwalifikacja gospodarstw domowych do obszaru osłonowego i rozliczenia kosztów zużycia wody. To pole minowe, bo takie oświadczenia często nie mają związku ze stanem faktycznym. Teraz płacimy za faktyczne zużycie i to jest prostsze. Za to jeden aspekt rozwiązania oceniam pozytywnie, bo daje możliwość wykorzystania informacji o liczbie mieszkańców z deklaracji wodnych przy ustalaniu opłaty za odpady. To paradoksalnie mogłoby uszczelnić system śmieciowy. Ale dla wody i rozliczeń komplikacje będą duże.
 

Na ile projekt ustawy zmienia relacje samorządu z regulatorem?

Niestety, w dalszym ciągu w procedurze ustalania taryfy na wodę mają brać udział Wody Polskie. Uważamy, że należy przywrócić stan sprzed 2018 roku, kiedy samorządy miały w tej sprawie pełną autonomię. Związek Miast Polskich przyjął stanowisko wskazujące, że projekt nie realizuje naszych podstawowych postulatów. Natomiast ustawodawca powołuje się na raport NIK i wywodzi, że musi być organ kontrolny nad radami. I w tym różnimy się z Ministerstwem Infrastruktury. My uważamy, że NIK postuluje wyłącznie regionalny przegląd warunków wodnych i ocenę taryf, a nie centralne sterowanie.

Ale udało nam się co nieco wynegocjować. Chodzi o 18-miesięczny okres od wejścia w życie ustawy na dostosowanie stawek do realnych kosztów w gminach, które przez lata nie zmieniały cen, zresztą często z powodów niemerytorycznych. Ma być także próg podwyżek bez ingerencji regulatora, wynoszący do 15 proc. plus średnia inflacja z ostatnich trzech lat (dziś to blisko 6 proc.). Powyżej tego progu trzeba się liczyć z interwencją Wód Polskich. Mamy też możliwość ustalania taryf na rok, dwa lub trzy lata. Ale jednocześnie wprowadza się nielogiczny obowiązek robienia prognoz na kolejne lata nawet wtedy, gdy taryfa jest ustalana tylko na jeden rok.
 

W projekcie znalazł się też wzbudzający wątpliwości przepis dotyczący zysków przedsiębiorstw komunalnych.

To bardzo kontrowersyjne rozwiązanie. Po pierwsze, ogranicza się przeznaczenie zysku z działalności wodociągowej wyłącznie do zadań związanych z wodą. To jest ingerencja w swobodę gospodarczą i może rodzić wątpliwości konstytucyjne w kontekście praw majątkowych. Na dodatek, jeśli przedsiębiorstwo osiąga zysk i nie zamierza inwestować w infrastrukturę wod.-kan., to w kolejnej taryfie powinno obniżyć stawki. Czyli jeśli działa efektywnie, ma być karane. Będziemy też prosili Ministerstwo Infrastruktury o zmianę przepisów w kierunku objęcia kosztami uwzględnianymi przy ustalaniu taryfy na wodę amortyzacji oraz remontów i inwestycji. Dzięki temu łatwiej będzie wygospodarować środki na remont i rozbudowę sieci wodno-kanalizacyjnej.
 

Innym problemem dyskutowanym w samorządach jest implementacja dyrektywy UE o jakości wody.

Dyrektywa z 16 grudnia 2020 r. nakładała obowiązek implementacji do 12 stycznia 2023 r. Polska jako jedyny kraj z Unii Europejskiej do dzisiaj jej nie wdrożyła. To rodzi ryzyko bardzo wysokich kar. Jeżeli TSUE tak przesądzi, oznaczać to będzie aż 141 tys. euro kary dziennie, czyli blisko 600 tys. zł. Trwa wyścig z czasem. Ustawę przygotowaną przez rząd prezydent zawetował 7 listopada ub. roku, wskazując między innymi na argumenty strony samorządowej KWRiST. Podnosiliśmy, że przepisy nakładają na samorządy nowe zadania bez odpowiednich pieniędzy. Ponadto wskazywaliśmy, że przyjęte w ustawie rozwiązania wychodzą daleko poza dyrektywę. Teraz współpracujemy ze stroną rządową, żeby szybko przygotować poprawioną wersję ustawy. Ograniczyliśmy pole sporu – z kilkudziesięciu uwag zgłaszanych przez wiele lat procedowania projektu ustawy do sześciu kluczowych. W czterech obszarach mamy już porozumienie, dwa pozostają sporne. Najważniejszy problem to kwestia decyzji, kto ma opracowywać oceny ryzyka w obszarze zasilania ujęcia wody wykorzystywanego do poboru wody. Przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne nie mają danych z obszarów zasilania, natomiast mają je Wody Polskie. Jeśli ocena ryzyka miałaby być po stronie przedsiębiorstw, Wody Polskie muszą przekazywać im niezbędne do tego dane. Drugi aspekt ocen ryzyka to pieniądze. Koszt przygotowania ocen oszacowaliśmy na 450 mln zł. Jeśli minister infrastruktury zapewni finansowanie tego zadania i rozwiążemy sprawę danych, jest szansa na kompromis.

Wśród problemów spornych jest jeszcze parametr dotyczący bakterii coli. Tutaj nie odpuścimy. Nasze ekspertyzy wskazują, że nie powinno się tego parametru traktować w sposób, który prowadzi do nieuzasadnionych rygorów i niepotrzebnego straszenia mieszkańców. Krajowe przepisy powinny zostać dostosowane do dyrektywy 2020/2184, wytycznych WHO oraz aktualnego stanu wiedzy naukowej i doświadczeń praktycznych. W ocenie strony samorządowej, każda decyzja podejmowana w przypadku odstępstw od wartości parametrycznych powinna brać pod uwagę szerokie konsekwencje i odzew, jaki może przyjść ze strony społeczeństwa. Jeśli Państwowa Inspekcja Sanitarna uzna, że przekroczenie może stanowić ryzyko dla zdrowia, może wydać zalecenie gotowania wody, a nie budować niepotrzebnie atmosferę strachu.
 

Czy istnieje ryzyko kolejnego weta prezydenta?

Apelujemy do ministra zdrowia, aby nie narażać projektu na podwójne weto. Chcemy wydać temu projektowi opinię pozytywną i zależy nam na jego szybkim procedowaniu, żeby nikt później nie mówił, że to samorządy są winne ewentualnych kar. To są kluczowe kwestie, choć w projekcie znajdują się i takie kwiatki, jak obowiązek nakładany na restauratorów, aby dostarczali klientom pół litra darmowej wody w swoich lokalach. Na szczęście dowiadujemy się, że rząd jest skłonny z tego zrezygnować. Byłaby to przecież nieuzasadniona ingerencja w swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Jeśli restaurator chce stawiać wodę na stole, proszę bardzo. Ale nie wolno go do tego zmuszać ustawą.

Ta strona korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z naszej witryny.

Zgoda na wszystkie
Zgoda na wybrane