Rozmowy Wspólnoty

Rząd nie radzi sobie z problemem niedźwiedzi w bieszczadzkich gminach

Drapieżniki pod szkołami, na placach zabaw i przy gospodarstwach rolnych – tak dziś wygląda codzienność części Bieszczad. Wójt Soliny twierdzi, że populacja niedźwiedzi wymknęła się spod kontroli, a dotychczasowe działania państwa są nieskuteczne. – To nie pojedynczy incydent, ale realne zagrożenie dla mieszkańców i turystów – mówi Adam Piątkowski.

Jak doszło do sytuacji, w której niedźwiedź przerwał sesję rady gminy?

Niestety, to nie był odosobniony incydent, tylko element naszej codzienności. W Bieszczadach niedźwiedzie coraz częściej pojawiają się w biały dzień na wsiach, przy szkołach, w gospodarstwach rolnych, na drogach i w innych miejscach publicznych. Od około trzech lat obserwujemy, że te zwierzęta praktycznie przestały bać się człowieka. W dniu sesji mama jednego z uczniów szkoły w Myczkowie przyjechała odebrać dziecko. Przy drodze prowadzącej do szkoły zobaczyła niedźwiedzia stojącego na dwóch łapach. Był to młody, około dwuletni osobnik, odstawiony już przez niedźwiedzicę, ale wcześniej przyzwyczajony do żerowania w pobliżu ludzi. Kobieta, bardzo zdenerwowana, przyjechała do urzędu, który znajduje się kilkaset metrów od szkoły i weszła na sesję z prośbą o natychmiastową reakcję. Powiadomiliśmy policję i straż pożarną. Nasi strażacy odpędzili zwierzę w kierunku lasu. Dopiero po informacji od służb, że zwierzę oddaliło się od szkoły, wróciliśmy do obrad. Ten incydent to obraz braku działania ze strony państwa. Należy w tym miejscu zadać pytania: gdzie jest rząd? Gdzie jest parlament? Jak wygląda prawo i procedury?
 

Jak zareagowała szkoła?

Dyrekcja natychmiast powiadomiła rodziców. Uczniowie nie zostali wypuszczeni pieszo do domów. Wszystkie dzieci zostały odebrane samochodami przez rodziców albo odwiezione przez pracowników szkoły. To była konieczna reakcja, bo w takich sytuacjach nie można ryzykować. Podobne zdarzenia mieliśmy już wcześniej. W latach 2019–2023 niedźwiedzie pojawiały się na terenie przedszkola w Bukowcu. Raz, gdy dzieci były na zewnątrz, ale opiekunki zdążyły je szybko wprowadzić do budynku. Dzieci patrzyły później na niedźwiedzia przez okno, jak chodził po placu zabaw. To pokazuje skalę problemu. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.
 

Czy można powiedzieć, że sytuacja z niedźwiedziami wymknęła się spod kontroli?

Lokalnie tak. Mówimy nie tylko o naszej gminie, ale o całym obszarze Bieszczad, powiatach: bieszczadzkim, leskim, sanockim i brzozowskim. Szacuje się, że na tym terenie może żyć około 400 niedźwiedzi. W mojej ocenie populacja jest przerośnięta i to znacznie. Dwadzieścia lat temu mówiło się o około 20 osobnikach. Dzisiaj płyną doniesienia o 400 na tym samym obszarze. Ja mieszkam tu od urodzenia i pamiętam czasy, gdy spotkanie niedźwiedzia było czymś wyjątkowym. Dziś widują je dzieci, mieszkańcy, turyści. Czasem nie trzeba wchodzić do lasu, wystarczy wyjść z domu. Ostatnio starsza kobieta i jej osiemnastoletni wnuk łowili ryby nad jeziorem. Z lasu wyszła niedźwiedzica z dwoma młodymi i ruszyła w ich kierunku. Na szczęście, zdążyli odjechać samochodem. To wydarzyło się w Wołkowyi. Takie zgłoszenia pojawiają się regularnie, czasami nawet kilka dziennie.
 

Skąd bierze się zmiana zachowania niedźwiedzi?

Nauczyły się łatwego zdobywania pożywienia. Żerują przy gospodarstwach, buszują po śmietnikach, wchodzą do budynków gospodarczych, zabijają drób i zwierzęta hodowlane. Młode są przyzwyczajane przez matki do takiego sposobu życia. One nie szukają pożywienia wyłącznie w lesie, ale coraz częściej wśród zabudowań. Jako gmina podjęliśmy działania prewencyjne. Sytuacja zmusiła nas do likwidacji części publicznych koszy na śmieci. Prowadziliśmy akcje płoszenia, odstraszania, odławiania, nawet relokacji w inne tereny oraz monitorowania. To wszystko przez 8 lat nie dało oczekiwanych rezultatów. Problem nie znika, bo jego źródłem jest liczebność populacji i brak naturalnego lęku przed człowiekiem. 
 

Jakie działania ponadgminne podejmowała Solina?

Robiliśmy właściwie wszystko, co było dostępne w ramach obecnych przepisów prawa w tym zakresie. Jeździliśmy do Ministerstwa Środowiska, spotykaliśmy się z przedstawicielami administracji rządowej, z poprzednią wiceminister Małgorzatą Golińską. Korzystaliśmy z pomocy Fundacji „Bieszczadziki”, założonej przez śp. Marka Pasiniewicza. Działali tam leśnicy, myśliwi i lekarze weterynarii. Uzyskiwaliśmy zgody na płoszenie i odłów. Dzięki fundacji kilka niedźwiedzi zostało nawet uśpionych, załadowanych do klatek i przewiezionych w Beskid Niski, w okolice między Duklą a Gorlicami. Niestety, po dwóch, trzech dniach wracały. Wszystkie te metody okazały się nieskuteczne. Pozyskaliśmy także środki z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Jako gmina kupiliśmy sprzęt do płoszenia, pistolety hukowe i obroże telemetryczne. Stworzyliśmy program monitorowania problemowych osobników. Łącznie pozyskaliśmy na ten cel prawie 300 tysięcy złotych. Dziś nawet użyczamy nasze obroże RDOŚ-owi, ale sam monitoring nie rozwiązuje problemu. Powtarzam, to efekt przerośniętej populacji.
 

Czy występowaliście o zgodę na redukcję populacji?

Tak. Mam obecnie procedowane dwa wnioski. Podobne składają koledzy z innych gmin. Problem polega na tym, że do tych postępowań przystępują różne organizacje społeczne, często z dużych miast, i procedury są przedłużane. W praktyce nie możemy uzyskać decyzji, która pozwoliłaby realnie zareagować. RDOŚ i GDOŚ proponują użycie broni gładkolufowej z gumowymi kulami. W mojej ocenie to nadal działanie prewencyjne, które nie rozwiąże problemu. Mamy do czynienia z osobnikami przyzwyczajonymi do życia wśród ludzi. Bezpieczeństwo mieszkańców jest zagrożone, my prowadzimy działania w ramach stanu wyższej konieczności, są patrole obywatelskie. Moim zdaniem jesteśmy o krok od kolejnych tragedii.
 

Czy można powiedzieć, że państwo zostawia samorządy same z problemem?

Tak to odbieram. Wójt odpowiada za bezpieczeństwo publiczne jako zadanie własne gminy, ale nie ma realnych narzędzi, sił i środków, żeby poradzić sobie z chronionymi drapieżnikami. Nie mamy własnych służb, broni, kompetencji ani pieniędzy na systemowe działania. Możemy wzywać policję, straż, pisać wnioski i alarmować administrację rządową. To jest sytuacja absurdalna. Państwo objęło ochroną niedźwiedzia, wilka czy rysia, więc państwo powinno też wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo ludzi na terenach, gdzie te zwierzęta żyją i gdzie ich populacja rośnie.
 

Jakie powinno być systemowe rozwiązanie?

Uważam, że państwo powinno traktować zarządzanie populacjami dużych drapieżników jako zadanie strategiczne. Tak jak odpowiada za obronność, zdrowie czy edukację, tak powinno odpowiadać za bezpieczeństwo związane z gatunkami chronionymi. Potrzebne są wyspecjalizowane służby, jasne procedury i odpowiedzialność przypisana konkretnym instytucjom. Samorządy są w różnej kondycji finansowej i organizacyjnej. Same tego nie udźwigną. Dużą rolę powinny odgrywać Lasy Państwowe jako gospodarz terenów, na których te zwierzęta żyją. Lasy nie powinny zajmować się wyłącznie gospodarką drewnem, sadzeniem drzew czy rębnią. Do tego powinny zostać dopuszczone organizacje łowieckie, które mają sprzęt, wiedzę i doświadczenie. Organizacje ekologiczne powinny uczestniczyć w debacie, ale nie mogą blokować każdej decyzji. Powinny współpracować przy ustalaniu bezpiecznej wielkości populacji na danym terenie.
 

A czy mamy wiarygodne dane o liczebności drapieżników?

To kolejny problem. My właściwie nie wiemy, jaka jest jej realna liczebność. Na komisji senackiej słyszałem, jak naukowcy spierali się o liczbę wilków w Polsce. Jeden mówił o 1500 osobnikach, drugi o 3 tys., trzeci o 5 tys. Jednocześnie pojawiały się opinie, że dla zachowania równowagi ekologicznej wystarczyłoby 700–800 na terenie całego kraju, żeby wilk pełnił właściwą rolę w przyrodzie. To pokazuje, że brakuje rzetelnych danych. Kiedyś zabiegaliśmy z RDLP w Krośnie o środki na identyfikację genetyczną zwierząt. Koszt takiego programu szacowano na około 3 mln zł. Dziś słyszymy o wydawaniu znacznie większych pieniędzy na grupy, które mają płoszyć niedźwiedzie gumowymi kulami – to absurd, działanie bez rezultatu, nie dające nic w zakresie poprawy bezpieczeństwa publicznego. Może lepiej byłoby najpierw dokładnie policzyć populację i dopiero na tej podstawie podejmować decyzje.
 

Jak problem z niebezpiecznymi niedźwiedziami wpływa na turystykę i gospodarkę gminy?

Solina żyje z turystyki. Mamy jeziora, piękne krajobrazy, walory turystyczne, rozwijającą się infrastrukturę. Sama kolej gondolowa nad Soliną zwiększyła ruch w Bieszczadach o około 300 do 500 tys. osób rocznie. W gminie mamy od 60 do 65 tysięcy miejsc noclegowych, przy około pięciu tysiącach mieszkańców. Nagłaśnianie problemu niedźwiedzi szkodzi nam wizerunkowo i dochodowo. Mamy tego świadomość, na tej sytuacji wszyscy tracimy. Ludzie odwołują przyjazdy, rezygnują z rajdów, wycieczek i pobytów. Jeden z organizatorów rajdów rowerowych mówił, że po śmiertelnym ataku niedźwiedzia stracił około 600 uczestników kilku imprez. Ale ja nie mogę milczeć. Bezpieczeństwo mieszkańców i turystów jest ważniejsze niż wizerunek i dochody. Od ośmiu lat zajmujemy się tym problemem i z roku na rok sytuacja się pogarsza.
 

Czy mieszkańcy zgłaszają wszystkie szkody powodowane przez dzikie zwierzęta?

Nie. Myślę, że nawet połowa zdarzeń nie jest zgłaszana. Procedury odszkodowawcze są trudne, odszkodowania nie pokrywają rzeczywistych strat i wielu mieszkańców jest zbulwersowanych. Ludzie tracą drób, zwierzęta gospodarskie, mają niszczone gospodarstwa, ale często machają ręką, bo wiedzą, ile formalności ich czeka. To również fałszuje obraz sytuacji. Jeśli ktoś patrzy tylko na statystyki zgłoszeń może uznać, że problem jest mniejszy, niż naprawdę jest.
 

Jaki jest dziś najważniejszy apel samorządowców z Bieszczad?

Potrzebujemy realnego systemu odpowiedzialności. Nie kolejnych półśrodków, nie pozornych działań, ale jasnych procedur i instytucji, które będą mogły skutecznie reagować. Dziś jesteśmy bezradni. Samorząd widzi problem, mieszkańcy go doświadczają, przedsiębiorcy ponoszą straty, a decyzje zapadają daleko od miejsca, gdzie niedźwiedź wychodzi na drogę przy szkole i terroryzuje ludzi. Nikt nie czuje się bezpiecznie. To nie jest tylko mój głos. Gdyby porozmawiać z samorządowcami z kilku bieszczadzkich powiatów, wielu powiedziałoby to samo, może nawet ostrzej. My nie domagamy się działań przeciwko przyrodzie. Domagamy się działań na rzecz bezpieczeństwa ludzi i odpowiedzialnego zarządzania populacją dzikich zwierząt.

Ta strona korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z naszej witryny.

Zgoda na wszystkie
Zgoda na wybrane