W samorządach

Przystań nad Wartą

Włodzimierz Pawłowski

17.01.2013

Na fałszywym micie, choćby i najpiękniejszym, nie da się zbudować niczego sensownego i trwałego. Swoją historię albo przyjmuje się w całości, z zadrami i mało chwalebnymi wpadkami, wtedy czegoś uczy, albo selekcjonuje i przesiewa, przerabiając na marną pocieszycielkę. „Tak, jesteśmy dumnymi spadkobiercami niemieckiego miasta Landsberg” – padło wreszcie w dziś polskim Gorzowie Wielkopolskim.

Wymagało to sporej odwagi. Bo dla niejednego takie wyznanie – co z tego, że szczere i fundowane na prawdzie – to nadal obrazoburstwo i herezja. Gorzowianie postanowili skończyć z hipokryzją. Chcą odzyskać tożsamość, poczuć, że to naprawdę ich miasto. A dalsze odgrywanie tandetnego teatrzyku nacjonalnej buty temu nie służy. Dlatego 30 stycznia nie udają już, że świętują rocznicę wyzwolenia. Dla nich to dzień pamięci i pojednania.

 

Koniec stycznia 1945 roku. Rosjanie zbliżają się do niemieckiego Landsbergu, dla odróżnienia od podberlińskiego Alt-Landsbergu, nazywanego też Landsbergiem Nowym. Garnizon Wehrmachtu wysadza obydwa miejskie mosty i wycofuje się do Kostrzyna. 30 stycznia Rosjanie zaczynają palenie Starego Miasta. Przez dziesięciolecia ten dzień obchodzono jako dzień wyzwolenia. Dziś mówi się raczej o rocznicy przejęcia miasta. Odchodzi się też od mówienia o „ziemiach odzyskanych”.

 

 

Miasto pozyskane

Do 1945 roku ani Landsberg, ani okoliczne tereny nigdy nie należały do Polski. Właściwiej jest więc mówić o mieście i ziemiach „pozyskanych”. – Gorzów jest miastem o podwójnej historii. Do roku 1945 był Landsbergiem nad Wartą (Landsberg an der Warthe), spokojnym niemieckim miastem nad rzeką. Po ustanowieniu zachodnich granic Polski po II wojnie światowej stał się Gorzowem Wielkopolskim – mówi dr Ewa Pawlak, dyrektor Wydziału Kultury gorzowskiego Urzędu Miasta.

 

Od marca 1945 roku Landsberg an der Warthe był Gorzowem nad Wartą. Nieco później z powodów ideologicznych, by podkreślić nasze prawa do tych ziem, stał się Gorzowem Wielkopolskim. Dlaczego, skoro o jakichkolwiek wcześniejszych związkach z Wielkopolską trudno tu mówić? – To prawda, terytorialnie Gorzów nigdy nie przynależał do Wielkopolski, położony jest w granicach administracyjnych woj. lubuskiego, ale pierwszymi osadnikami po wojnie byli kolejarze z Wągrowca, miasta w Wielkopolsce, co w pewien sposób uzasadnia dzisiejszą nazwę – wyjaśnia dyrektor Pawlak.

 

„W gorzowskich szkołach o wcześniejszej historii miasta mówiło się niewiele. Oficjalna historia była uprawiana w sposób mitotwórczy” – zauważają Izabela Kowalczyk i Edyta Zierkiewicz, autorki opracowania „Niemcy z Landsberga i Polacy z Gorzowa – czy mogą ich połączyć wspomnienia z dzieciństwa”. I wyjaśniają: „Tak próbowano utrzymać w ryzach potencjalne zagrożenie wynikłe z prób poznawania «prawdy», represjonowano świadomość dziejową i zmuszano ludzi do wiary w fałszywe opowieści. Manipulowano pamięcią, usuwano wspomnienie niepasujące do wersji oficjalnej – wszystko po to, by wytworzyć określony model pamięci oficjalnej”.

 

 

Wspólna mała ojczyzna

Takie majstrowanie zawsze oznacza przesiewanie faktów i przerabianie historii na tandetną pocieszycielkę. Rośnie wówczas zapotrzebowanie na wapno. Trochę zostawimy i poskładamy w bałamutną bajędę, całą niewygodną resztę zlasujemy i wypalimy. Efektem takiego zakłamywania dziejów najczęściej jest narastające w ludziach poczucie tymczasowości, bycia nie u siebie, niepewności i swoistego okaleczenia. Nadmiar białych plam zabija tożsamość. By ją odzyskać, trzeba skończyć z fałszywymi opowieściami. Tylko te prawdziwe, choćby i niezbyt miłe, budują.

 

W przypadku Gorzowa momentem przełomowym okazał się zrealizowany w 2004 roku godzinny film dokumentalny „Wspomnienia z miasta L.”. Jego autorzy Monika i Grzegorz Kowalscy oraz Zbigniew Sejwa zarejestrowali rozmowy z sześciorgiem starszych Niemców, którzy dzieciństwo spędzili w Landsbergu, a dziś gnani tęsknotą za swoim „Heimatem” wracają do Gorzowa, by odgrzać wspomnienia.

 

Pomysł filmu narodził się przypadkowo. „Zbyszek jest z nas najstarszy. Jak sam mówi, z mlekiem matki wyssał nienawiść do Ruskich i Szwabów. Jego matka była świadkiem mordów na Ukrainie, a ojciec przez całą wojnę, najpierw jako partyzant, a potem żołnierz zabijał Niemców” – wyjaśniają filmowcy. Ale zdarzyło się coś, co kazało Sejwie zastanowić się nad swoim stosunkiem do Niemców. Spacerował z synem koło swojego domu. Para niemieckich staruszków zapytała go o jakąś ulicę. Wskazali dom, ich dom, w którym się urodzili i wychowali. „Zbyszek oburzony stwierdził, że ten dom jest jego, że urodził się tutaj on i jego syn. Po krótkiej rozmowie doszli jednak razem do wniosku, że dom jest i jego, i ich, a to miejsce jest ich wspólną małą ojczyzną. Wtedy po raz pierwszy dotarło do niego, że to miasto ma też swoją niemiecką historię i powoli zaczął zmieniać się jego stosunek do Niemców. Dzisiaj już nawet jego ojciec rozmawia z Niemcami, chociaż jeszcze kilka lat temu nie mógł słuchać niemieckiej mowy”.

 

Obce miasta

Podobne doświadczenia ma wielu z nas. Z dzieciństwa pamiętam, jak bardzo irytowali mnie Niemcy obchodzący „swoje” kamienice na olsztyńskiej Starówce. Stawali przed domem mojego wuja i tęsknym wzrokiem spoglądali w dół na Łynę. Naście lat później złościłem się, gdy podczas spacerów po Ziębicach starszy brat rzucał uwagi w stylu: „Niechby ci Niemcy wrócili, przynajmniej na chwilę. Naprawiliby to, z czym my nijak nie możemy sobie poradzić. Uporządkowali i posprzątali, a potem znowu niech się wynoszą”. Ponure, nieprzystojne żarty burzące krew w żyłach. Bo przecież to miasto było nasze, tylko nasze. Co zresztą nie przeszkadzało, byśmy z naszej starej kamienicy z widokiem na jeszcze starszy kościół co rusz zachwycali się poniemieckimi nowinkami budowlanymi. Jak choćby ciągami chłodzących pawlaczy, z powodzeniem zastępującymi lodówki.

 

To samo mógłbym przeżyć w wielu polskich miastach – Szczecinie, Słupsku czy Wrocławiu. Bo w wielu nadal obowiązuje powabny mit o odzyskaniu czegoś, czego tak naprawdę nigdy nie straciliśmy. Niegdysiejsza oficjalna narracja wciąż szachruje historią, koślawi i przeinacza, wypala wapnem ponad wszelką miarę, co dziś jest już nie tylko nieroztropne, ale po prostu głupie.

 

W rok po dokumencie gorzowskich filmowców ukazała się książka prof. Gregora Thuma „Obce miasto. Wrocław 1945 i potem”. „Po wojnie stworzono polski mit, że Wrocław tak naprawdę nigdy nie był niemiecki, że był polski z niewielką warstwą «niemieckości». A to nie jest prawda. Oczywiście znaleźć w nim można polskie korzenie, ale był tak niemiecki, jak Lipsk czy Monachium. Powojenny mit o polskości Wrocławia był potrzebny, żeby ludzie nie czuli się w nim wyobcowani. Ale mit ten tak do końca nie był skuteczny” – przekonywał profesor. Kończył poradą: „Dziś ważne jest, aby mieszkańcy Wrocławia lepiej zrozumieli całą historię swojego miasta, w tym jego pruskie i niemieckie dzieje, aby je zaakceptowali. Jeżeli tego nie zrobią, pozostaną w tym mieście obcy”.

 

Tu wszyscy są stąd

Obcy w swoim mieście – trudno o gorsze przekleństwo. To wystarczający powód, by ruszyć z szerszym odkłamywaniem lokalnych fałszywych narracji. Gorzów przeciera ten szlak. – Dziś jesteśmy dumni z dziedzictwa Landsbergu i staramy się pamiętać o historii naszego miasta, co z chęcią wyrażamy w praktyce – zapewnia dyrektor Ewa Pawlak.

 

Przywołuje urodzonych w Landsbergu pisarkę Christę Wolf czy malarza-pejzażystę Ernsta Henselera, którego pomnikowa postać zdobi centrum Gorzowa. Dzwon Pokoju, ufundowany wspólnie przez miejski samorząd i Fundację Landsberg z Herfordu, rozbrzmiewa podczas wszystkich ważniejszych uroczystości, m.in. 30 stycznia w Dniu Pamięci i Pojednania. – Ten dzień jest symbolem pamięci o wysiedlonych landsberczykach, a jednocześnie wyrazem szacunku dla losów byłych i obecnych mieszkańców Gorzowa – mówi szefowa miejskiej kultury.

 

Przekonuje, że w przypadku Gorzowa zmiana polityki pamięci to konieczność. Chodzi bowiem o miasto będące swoistym tyglem kulturowym. Po wojnie osiedlali się tu Polacy, ale ciągnęli także Ukraińcy, Łemkowie, Tatarzy czy Romowie. – Ludność napływowa to barwna mozaika, którą tworzą przedstawiciele różnych kultur, wyznań, tradycji i obyczajów. Żyją ze sobą w poszanowaniu różnic, realizując wiele ciekawych pomysłów, czego efektami są wielokulturowe projekty, np. Wigilia Narodów – wyjaśnia dyr. Pawlak. W Gorzowie wybudowano cerkiew, tu odbywają się festiwale Kresoviana i Romane Dyvesa, są spotkania z kulturą łemkowską, aktywnie działają też Poleszucy i Ukraińcy. Dziś ta „stara” mieszanka została wzbogacona o pokaźną biznesową diasporę azjatycką.

 

– Dzisiejszych gorzowian łączy to, że nie mają wspólnych korzeni. Z różnic mogą tworzyć tradycje swego miasta – przekonuje Ewa Pawlak. Stąd hasło promocyjne: „Przystań Gorzów”. – Bo właśnie taką przystanią jest nasze miasto dla swoich współczesnych mieszkańców. Przez swoją podwójną historię Gorzów stał się miastem, w którym wszyscy są stąd, bo wszyscy tutaj przybyli z różnych stron Polski i świata. Pokolenia gorzowian urodzonych po II wojnie światowej mają swoje korzenie właśnie tutaj, a tradycję tworzą z różnic, wynikających z pochodzenia ich przodków. Dlatego właśnie Gorzów jest przystanią. Bo w zgodzie, akceptacji, wzajemnym szacunku i razem potrafimy dzielić się radością z tego, że tak pięknie się różnimy.