Rozmowy Wspólnoty W samorządach

Próbujemy wyzwolić się z sieci oskarżeń

Rozmawiał: Janusz Król

13.03.2018

Wszyscy oczekujemy jednego: rzetelnego śledztwa, opartego na dowodach. Liczę, że polski rząd podejmie szeroko zakrojoną akcję zgodnego z prawdą przedstawiania relacji polsko-żydowskich w czasie wojny – mówi Michał Chajewski, burmistrz Jedwabnego.

Jak się czują współcześni mieszkańcy Jedwabnego, zniesławiani w gazetach całego świata, w tym przez polskie media, a nawet przez polskie władze?

Różnie, nigdy nie jest tak, że wszyscy czują to samo. Po wojnie nastąpiły u nas duże zmiany demograficzne, dzisiejsza społeczność Jedwabnego to w większości potomkowie ludności napływowej, moja rodzina także stąd nie pochodzi. Nie wszyscy mieszkańcy chcą głęboko wnikać w ten problem i żyć nim na co dzień.

 

Da się żyć bez odczuwania niesprawiedliwości, bez wnikania w jej przyczyny?

Bez głębokiego i codziennego wnikania pewnie tak. Jest to uzależnione od poziomu intelektualnego każdego z nas, osobistej wrażliwości, bo można coś przeżywać bardziej, coś mniej. Niemniej jednak zarzut stawiany Jedwabnemu jest tak poważny, że – choć odczuwany w różnym stopniu – dotyka wszystkich. Nasi mieszkańcy są niesłusznie oskarżani i na dodatek pozbawieni opieki państwa w tym zakresie.

 

Co się stało w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., jaką wiedzę na temat tamtych wydarzeń mają mieszkańcy, co obecnym pokoleniom przekazali ich przodkowie?

Ten przekaz nie jest jednolity. Przypomnę, że przez wiele lat w Jedwabnem stał pomnik, nieduży obelisk, a wyryty w kamieniu tekst mówił, że hitlerowcy zamordowali tu 1600 osób. Jan Tomasz Gross również podał taką liczbę ofiar. Dzisiaj wiemy, że nie odpowiada ona rzeczywistości, bliżej prawdy jest mówienie o 160 osobach. Ale kiedy to podnosimy, stawia się nam zarzut, że nie o liczby tu chodzi, że nie ma to znaczenia. Ale to ma znaczenie, bo chodzi o mord i takie zdarzenia muszą zostać dogłębnie wyjaśnione pod każdym względem. Niemcy powinni mieć filmy z tych wydarzeń, mieszkańcy mówią, że pracowały tu aż dwie kamery. Czy jednak Niemcy zechcą te filmy ujawnić?

 

W książce „Sąsiedzi”Jan Tomasz Gross oskarża mieszkańców Jedwabnego, że poszli i zamordowali swoich żydowskich sąsiadów, właściwie bez powodu, jedynie z chęci przejęcia żydowskiego mienia.

To totalna bzdura, w czasie wojny mienie, które pozostawało po zamordowanych Żydach, zgodnie z prawem Trzeciej Rzeszy należało do państwa niemieckiego. Takie przepisy obowiązywały w całej okupowanej Polsce, ten niepoważny argument Grossa służy tylko nakręcaniu nienawiści do Polaków.

 

 Tutaj mamy do czynienia z zabójstwem niewyobrażalnym, na ogromną skalę i raczej niewykonalnym dla spontanicznie działających mieszkańców Jedwabnego. Mieszkańców sterroryzowanych, którzy spod jednej okupacji trafili pod drugą. Ludzie byli poniewierani, przestraszeni, poddawani ogromnej presji, jaką wytworzyła okrutna wojna. Nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek w takiej sytuacji byłby zdolny zaplanować i przeprowadzić zbrodnię na taką skalę. Mieszkańców oskarżono niesłusznie, jestem o tym przekonany.

 

Gross oskarża też Polaków, że z własnej inicjatywy popełnili tę zbrodnię, że obyło się to bez udziału Niemców, którzy tylko fotografowali wydarzenia. Świadkiem, na którego się powołuje, był Szmul Wasersztain. Kim on był i czy rzeczywiście wszystko widział?

Według mojej wiedzy Wasersztajn to człowiek, który po wojnie pełnił wysokie funkcje w aparacie bezpieczeństwa PRL w Łomży. Mówi się, że wykonując ubecką pracę, dokonywał wielu przestępstw. Że miał wpływ na śledztwo toczące się w sprawie zbrodni w Jedwabnem, że wpływał na jego kierunek oraz metody przesłuchiwania świadków. W lipcu 1941 r. Szmul Wasersztajn vel Stanisław Całka był czternastoletnim, może piętnastolenim chłopcem, który raczej nie widział wszystkiego, co działo się w centrum miasta, tym bardziej na jego obrzeżach, w okolicach stodoły. Tamtego dnia według najpewniejszej wersji został zatrzymany przez żandarmów niemieckich, którzy kazali mu rąbać drewno na opał na podwórzu posterunku żandarmerii. Przez szczelinę w bramie mógł widzieć, co działo się na części, ale na pewno nie na całym rynku. Tym bardziej, że szybko udało mu się przez płot uciec z podwórza i w chwili zbrodni go w mieście nie było. Natomiast w Jedwabnem było wtedy dużo Niemców. Janina Żukowska, kucharka gotująca na posterunku żandarmerii mówiła, że tego dnia musiano przygotować posiłki dla około 160 Niemców. Pani Żukowska już nie żyje, ale ja jestem świadkiem i pamiętam, co mówiła, kiedy był odsłaniany pomnik w miejscu spalonej stodoły.

 

W sprawie wydarzeń z 10 lipca 1941 r. dochodzenie prowadzono dwukrotnie – raz tuż po wojnie w 1949 r., drugi raz w latach dwutysięcznych. Co można powiedzieć o tych śledztwach?

Zarówno to powojenne, jak i proces po nim, były obarczone wieloma błędami. Gross, niektórzy komentatorzy, także media, np. telewizja TVN, twierdzą, że były to błędy na korzyść oskarżonych jedwabian. Ale my wiemy, jaka jest prawda o ubeckich metodach prowadzenia śledztw – wymuszanie zeznań, bicie, tortury, zabójstwa aresztantów były powszechnie stosowane. Tak też było w Urzędzie Bezpieczeństwa w Łomży. Z kolei drugie śledztwo, prowadzone po publikacji książki Grossa, którego my, mieszkańcy, w roku 2001 i później byliśmy świadkami, można określić jako mocno ukierunkowane, żeby nie powiedzieć, że prowadzone na zamówienie.

 

Na zamówienie?

Tak, na zamówienie polityczne.

 

Czyje?

Na pewno nie tych, dla których ważny jest interes Polski.

 

Po śledztwie prowadzonym przez IPN głos zabrało dwóch prezydentów Polski. Aleksander Kwaśniewski przeprosił Żydów w imieniu wszystkich Polaków, zaś Bronisław Komorowski powiedział, że Polacy muszą przyzwyczaić się do myśli, że także byli narodem sprawców. Jak pan ocenia te wypowiedzi?

Nie mając ostatecznych dowodów i pewności co do przebiegu tamtych zdarzeń, nie można się ostatecznie wypowiadać i za cokolwiek przepraszać. To przedwczesne. Na miejscu zbrodni najpierw rzetelnie pracują śledczy, potem stawia się zarzuty, a na końcu te ustalenia stają się przedmiotem procesu sądowego. Tak wygląda normalny proces w sprawie zabójstwa. Tutaj mamy do czynienia z zabójstwem niewyobrażalnym, na ogromną skalę i raczej niewykonalnym dla spontanicznie działających mieszkańców Jedwabnego. Mieszkańców sterroryzowanych, którzy spod jednej okupacji trafili pod drugą. Ludzie byli poniewierani, przestraszeni, poddawani ogromnej presji, jaką wytworzyła okrutna wojna. Nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek w takiej sytuacji byłby zdolny zaplanować i przeprowadzić zbrodnię na taką skalę. Mieszkańców oskarżono niesłusznie, jestem o tym przekonany. Przez dziesiątki lat nigdy wcześniej nie było tu żadnych krwawych zajść w relacjach polsko-żydowskich.

  

 Janina Żukowska, kucharka gotująca na posterunku żandarmerii mówiła, że tego dnia musiano przygotować posiłki dla około 160 Niemców. Pani Żukowska już nie żyje, ale ja jestem świadkiem i pamiętam, co mówiła, kiedy był odsłaniany pomnik w miejscu spalonej stodoły.

 

Czego dzisiaj mieszkańcy Jedwabnego oczekują od polskich władz?

To niełatwe pytanie. Organizowaliśmy spotkania z przedstawicielami IPN, kolegium IPN, ale mieszkańcy czują niechęć do takich spotkań i dyskusji. Nie chcą zabierać głosu, pokazywać twarzy, bo boją się oskarżeń, odpowiedzialności za wypowiedzi niezgodne z wersją prezentowaną publicznie przez niektóre media. Myślę, że ogólnie się boją.

 

???

Tak. Przypomnę sytuację opisaną przez profesora Tomasza Strzembosza, który w latach 80. zbierając materiały do książki „Antysowiecka partyzantka nad Biebrzą X 1939 – VI 1941” był prowadzany od domu do domu, od rodziny do rodziny, pod osłoną nocy. Czterdzieści lat po tamtych wydarzeniach, po sowieckiej okupacji, ludzie nadal bali się mówić o swoich działaniach przeciwko Sowietom i ich władzy na tych terenach. Od tamtego czasu nie wydarzyło się nic, co dałoby im pewność, że ktoś nie podejmie działań przeciw nim za posiadaną przez nich wiedzę.

 

Jakie oczekiwania wobec władz ma pan, burmistrz Jedwabnego? Bo może się pan bać prywatnie, ale stanowisko zobowiązuje.

Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę. Dlatego zabieram głos, wypowiadam się w różnych mediach, także spoza Polski i mówię, że wszyscy oczekujemy jednego: rzetelnego śledztwa, opartego na dowodach. Przypomnę, że zbieranie dowodów rozpoczęto, ale bezpodstawnie przerwano w chwili, kiedy zaczęły wychodzić na jaw okoliczności korzystne dla mieszkańców Jedwabnego. Mówię o bardzo szczegółowym raporcie zespołu profesora Koli z niedokończonej ekshumacji ofiar mordu.

 

Za apelowanie z dr Ewą Kurek o wznowienie ekshumacji został pan negatywnym bohaterem „New York Timesa”.

To zastanawiające, że żądając czegoś tak oczywistego, jesteśmy traktowani jak nienormalni. Jeśli amerykańskim mediom łatwo ocenić negatywnie kogoś, kto upomina się o prawdę, to trudno. Liczę że polski rząd podejmie szeroko zakrojoną akcję zgodnego z prawdą przedstawiania relacji polsko-żydowskich w czasie wojny.

 

Czy samorząd gminy podejmuje jakieś działania w obronie dobrego imienia mieszkańców?

Próbujemy, ale nie przynosi to praktycznie żadnych efektów. Jeśli podstawowa sprawa, czyli prośba o wznowienie ekshumacji, kończy się oskarżeniami, to jakie działania można podjąć? Oczywiście, spotykamy się z pracownikami i członkami kolegium IPN, z historykami m.in. z Muzeum II Wojny Światowej, urzędnikami. Ale bez decyzji rządu jesteśmy bezradni.

 

Jak kształtują się stosunki samorządu z organizacjami żydowskimi, gminami wyznaniowymi, muzeum Polin?

Trzy lata temu zaproponowałem Gminie Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie podjęcie wspólnych działań, można by zorganizować wymianę młodzieży z Izraelem. Skoro my, starsi, nie potrafiliśmy porozumieć się i zrozumieć historii tkwiącej u źródła tragicznych wydarzeń z czasów wojny, może uda się to młodemu pokoleniu. Ale na razie nie ma kontynuacji tej inicjatywy. Trudno powiedzieć, czy coś z tego będzie. Próbuję w to wierzyć, mimo gorzkich doświadczeń.

 

Miasto musi się mierzyć z trudną historią, ale też normalnie funkcjonować. Jak wygląda obecna sytuacja Jedwabnego?

Nasza gmina z typowo rolniczej powoli przekształca się w rolniczo-przemysłową, powstają nowe miejsca pracy. Nie mamy większego problemu z bezrobociem – nie pracują raczej tylko ci, którzy nie chcą. W naszej gminie siedzibę ma firma Sonarol, produkująca między innymi stolarkę budowlaną. Zatrudnia setki pracowników. Działają również mniejsze firmy po kilkadziesiąt osób. Także w rolnictwie zachodzą spore zmiany pod względem technologii, intensyfikacji produkcji. Natomiast jako samorząd od lat mamy problem ze stanem dróg i wodociągów. W połowie naszych wsi nie  ma wodociągów, a co za tym idzie kanalizacji sanitarnej. Staramy się doganiać lepiej rozwinięte regiony, ale zapóźnienia są spore. Także w energetyce, dlatego w tym roku razem z Polską Grupą Energetyczną zabieramy się za remont sieci zasilającej średniego napięcia. Linie napowietrzne chcemy zastąpić podziemnymi.

 

Mamy rok wyborczy. Czy zamierza pan ponownie kandydować na urząd burmistrza?

Jeszcze nie podjąłem decyzji. Zobaczymy.