Rozmowy Wspólnoty

Pieniądze udało się odzyskać, choć prawo nam nie sprzyjało

To był piątek, kiedy my i 34 inne samorządy z Podkarpacia dowiedzieliśmy się o przymusowej restrukturyzacji Podkarpackiego Banku Spółdzielczego w Sanoku. Weekend i kolejne dni mogę nazwać najgorszymi w moim życiu. Stres był ogromny –wspomina Magdalena Gajewska, wójt gminy Zarszyn.

Na początku 2020 roku pisaliśmy we „Wspólnocie” o ryzyku poniesienia strat finansowych przez gminy podkarpackie w związku z przymusową restrukturyzacją Podkarpackiego Banku Spółdzielczego w Sanoku. Czy gminie Zarszyn i pozostałym samorządom udało się odzyskać pieniądze?
Może zacznę od początku tej historii, bo jest trochę skomplikowana. 17 stycznia ubiegłego roku my i 34 inne samorządy z Podkarpacia dowiedzieliśmy się o przymusowej restrukturyzacji sanockiego banku spółdzielczego zarządzonej przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Był piątek, a następne dni mogę z pełną odpowiedzialnością nazwać najgorszymi w moim życiu. Weekend był pełen niepokoju i rozmyślań, co będzie dalej. A od poniedziałku zaczęły szerzyć się plotki i spiskowe teorie, jedni mówili, że te pieniądze przepadną nam w całości, inni, że zabiorą tylko połowę. To był ogromny stres. 20 stycznia spotkaliśmy się w Sanoku z przedstawicielami BFG i tam poinformowano nas, że 43 proc. środków zgromadzonych na naszych kontach przepadnie. W naszym przypadku było to milion dwieście osiemdziesiąt pięć tysięcy pięćset czterdzieści cztery złote i sześćdziesiąt groszy. Pewnie do końca życia zapamiętam te liczbę. Ogólne straty samorządów oszacowano na 80 mln zł. Oprócz tego, co samorządy traciły na rachunkach, umorzono aktywa własne PBS-u, czyli udziały członkowskie, obligacje wyemitowane przez bank, także w tym przypadku niektóre samorządy poniosły straty. Akurat my nie mieliśmy ani udziałów, ani obligacji. Oprócz samorządów straty poniosły również inne instytucje, ale depozyty wielu z nich – w odróżnieniu od JST – objęte były gwarancjami BFG do 100 tysięcy euro i te ich straty były niepomiernie mniejsze.
W następstwie tej sytuacji podjęliśmy, jako gminy, kroki prawne. Pierwszym było zaskarżenie decyzji BFG o oszacowaniu aktywów i pasywów Podkarpackiego Banku Spółdzielczego do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Wnieśliśmy też wniosek o doręczenie decyzji BFG z uzasadnieniem, bo nie mogliśmy się doprosić o ten dokument, a sytuację znaliśmy jedynie z komunikatów prasowych, które BFG opublikował. Następnie wezwaliśmy BFG do usunięcia stanu naruszenia prawnego oraz wnieśliśmy do WSA skargę na bezczynność w doręczaniu decyzji, bo w tej sprawie bardzo długo byliśmy zwodzeni. Zgłosiliśmy również wierzytelności do masy upadłościowej banku.
Na początku maja 2020 roku Ministerstwo Finansów powiadomiło samorządy poszkodowane wskutek restrukturyzacji PBS o przyznaniu z rezerwy subwencji ogólnej dotacji odpowiadającej wysokości strat. Odzyskaliśmy pieniądze i dla wielu samorządów był to koniec zajmowania się tą sprawą. Natomiast my i kilka innych gmin dalej prowadziliśmy proces przed sądem administracyjnym, lecz w grudniu 2020 sąd oddalił wszystkie nasze skargi jako bezzasadne. Mogliśmy na to rozstrzygnięcie wnieść kasację, ale byłoby to kosztowne i oczekiwanie na rozstrzygniecie trwałoby zbyt długo. Zaprzestaliśmy więc drogi sądowej, ale obiecałam moim radnym, a przede wszystkim sobie, że wszelkimi sposobami będę próbowała zwrócić uwagę na konieczność zmiany przepisów, szczególnie tych o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym.
Mieliśmy także problem formalny, jak ująć w ewidencji księgowej stratę poniesioną przez gminę. Zwróciliśmy się w tej sprawie do RIO, ale nie dostaliśmy jednoznacznej odpowiedzi, więc skarbnicy poszczególnych gmin musieli sami między sobą ustalić jednolitą linię postępowania. Sytuacja powtórzyła się, kiedy środki nam zwrócono. RIO stanęła na stanowisku, że nie możemy zaksięgować odzyskanej kwoty w taki sam sposób, w jaki ją wyksięgowaliśmy, ponieważ to są zupełnie inne środki. Na zasadzie, że kto inny nam zabrał, a kto inny oddaje. Kolejny raz to skarbnicy sugerowali RIO możliwe sposoby wpisania tych środków do budżetu.

Jakie działania podjęła pani oraz samorządy Podkarpacia, żeby niekorzystne dla JST przepisy zostały zmienione?
Powołaliśmy nieformalną Grupę Poszkodowanych Przez Bank PBS, zrzeszającą początkowo samorządy, ale potem dołączyły do nas inne instytucje, które straciły środki, a więc parafie, stowarzyszenia, fundacje. Wystąpiliśmy do premiera, skierowaliśmy wniosek do NIK-u i do Prokuratora Generalnego o sprawdzenie legalności działań podjętych w ramach restrukturyzacji, powiadomiliśmy o problemie ponad 40 instytucji, w tym parlamentarzystów, członków Sejmu i Senatu RP. Zwróciliśmy się także do ogólnopolskich organizacji samorządowych zrzeszonych w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego.

Czy Podkarpacki Bank Spółdzielczy w Sanoku wdrożył plan naprawczy i czy samorządy pozostały jego klientami?
Dzisiaj PBS oficjalnie nie istnieje. Jego początki sięgały 1871 roku i był to drugi co do wielkości bank spółdzielczy w Polsce, miał ponad 80 placówek na terenie naszego województwa. O jego pierwszych problemach wiadomo było od 2016 roku, ale wtedy szybko wdrożono program naprawczy pod nadzorem KNF. Zmniejszono liczbę oddziałów, zredukowano zatrudnienie, przeprowadzono inne zmiany. W 2019 roku zarząd PBS zlecił dwa niezależne audyty, które wykazały, że bank jest wypłacalny, a na 31 października 2019 roku wykazywał zysk w wysokości 23 mln zł. Widać było, że program naprawczy przynosi efekty. W czasie przymusowej restrukturyzacji nasza umowa z dawnym PBS nadal była wiążąca i nie wypowiedzieliśmy jej. Obecnie, Bank Nowy BGF SA poinformował nas o zakończeniu współpracy z ostaniem dniem obowiązywania naszej umowy, zawartej jeszcze z PBS-em. Dotyczy to nie tylko gminy Zarszyn, ale wszystkich samorządów obsługiwanych przez ten bank jako następcę PBS.
Przez pewien czas trzymaliśmy rachunki w Banku Gospodarstwa Krajowego. W spotkaniu z nadzorem bankowym i BFG w styczniu ubiegłego roku uczestniczyli również przedstawiciele BGK, którzy zaproponowali przeniesienie rachunków do ich banku i – co nas szczególnie zbulwersowało, bo wtedy jeszcze nie wierzyliśmy, że pieniądze zdeponowane w PBS nam przepadną – zaoferowano wszystkim samorządom pożyczki w wysokości strat, jakie poniosły wskutek perturbacji z PBS. Początkowa propozycja BGK dotycząca prowadzenia rachunków była bardzo atrakcyjna, ale po zakończeniu w listopadzie ubiegłego roku umowy tymczasowej BGK przedstawił inną, tym razem standardową ofertę, która jest o wiele za droga jak na nasze możliwości. W tej sytuacji my oraz inne samorządy wróciliśmy do starego-nowego banku. Teraz przygotowujemy przetarg, ale martwimy się, że albo nikt się nie zgłosi, bo wcześniej do przetargów startował tylko PBS, albo dostaniemy takie warunki, że obsługa gminnych finansów będzie nas rocznie kosztowała nawet ponad sto tysięcy złotych.

Problem bezpieczeństwa finansów samorządów w bankach spółdzielczych nadal istnieje. Rozmawialiśmy z wójtem podwarszawskiej gminy Wieliszew Pawłem Kownackim, którego gmina straciła dwa miliony złotych wskutek upadku Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa SK Bank w Wołominie. Czy zna pani podobne przykłady z innych regionów Polski?
Na razie nie słyszałam o podobnych upadłościach, ale niedawno odezwał się do mnie znajomy wójt z północy Polski, którego jednostka ma rachunek w banku spółdzielczym wdrażającym program naprawczy. Pytał, co w takiej sytuacji zrobić, bo nie jest pewny rozwoju sytuacji, choć zarząd banku przekonuje go, że wszystko jest w porządku. Poradziłam mu, aby uciekał, jeśli tylko ma taką możliwość, bo także nas zarząd PBS-u przekonywał, że nie ma zagrożenia dla naszych finansów. Może nawet mówił uczciwie, bo przecież decyzja o przymusowej restrukturyzacji nie zapada w kierownictwie banku, a w instytucjach nadzoru.

Jakie zmiany prawne – w ustawie o zamówieniach publicznych, przepisach o zabezpieczeniu finansów samorządów przez BFG, o ubezpieczeniach itp. – powinny nastąpić, aby do podobnych sytuacji nie dochodziło?
Już teraz obowiązuje przepis, że do umowy z bankiem można wprowadzić zapis o wcześniejszym rozwiązaniu umowy, jeżeli sytuacja kapitałowa banku w trakcie jej trwania się pogorszy. Można także nałożyć na bank obowiązek przedkładania corocznych sprawozdań finansowych albo powiadamiania o nadzwyczajnych sytuacjach. Samorządy raczej rzadko korzystają z tych uprawnień, bo do czytania dokumentów bankowych trzeba mieć ludzi zdolnych ocenić sytuację banku, a takich specjalistów w urzędach brakuje. Jeśli zaś chodzi o zmianę przepisów, to konieczny jest zapis w ustawie o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, aby samorządy zostały uznane za podmioty, których depozyty są objęte gwarancjami. Obecnie, zgodnie z art. 22 ustawy z 10 czerwca 2016 roku o bankowym funduszu gwarancyjnym, ochroną nie są objęte środki pieniężne i należności jednostek samorządu. Aby poprawić ten przepis, konieczna jest zmiana art. 440 ust 2 prawa upadłościowego, aby wierzytelności samorządu były zaspokajane w drugiej, a nie w trzeciej kategorii, czyli w takiej, jak traktowane są depozyty osób fizycznych oraz mikro-, małych i średnich przedsiębiorców. Potrzebna jest też zmiana przepisów unijnych, konkretnie art. 108 dyrektywy BRR 2014/65/UE ustanawiającej ramy na potrzeby działań naprawczych, bo to z tej dyrektywy wprost wynika niższa kategoria depozytów samorządowych. Pytanie, czy w takiej sytuacji prawnej samorządom wystarczy energii i możliwości na doprowadzenie do takiej zmiany?

Nasza rozmowa jest też swego rodzaju apelem do ogólnopolskich organizacji samorządowych, aby zajęły się tą sprawą.
Zgadza się. Próbowaliśmy dotrzeć do tych organizacji, kiedy mieliśmy problemy z Podkarpackim Bankiem Spółdzielczym, ale jakoś się to rozeszło. Zresztą, opinie wśród samorządowców nie były jednakowe. Niektórzy nawet skorzystali z okazji, aby skrytykować poszkodowane samorządy za to, że rzekomo nic nie zrobiły, by zapobiec tej sytuacji i stratom. Co gorsza, w parlamencie zrobiono ze sprawy rekompensat dla nas rozgrywkę partyjną, bo kiedy projekt ustawy o skompensowaniu strat wniosła opozycja, to został on odrzucony. Dopiero po pewnym czasie pozytywnie przegłosowano projekt partii rządzącej. A dla nas i dla mieszkańców to była strata czasu, bo wskutek niepewności musieliśmy wstrzymać niektóre inwestycje, a inne odłożyć na czas nieokreślony. Uważaliśmy, że konieczne są procedury oszczędnościowe, bo nie było żadnej gwarancji, że straty zostaną nam zrekompensowane. Te działania trzeba było wyjaśnić mieszkańcom, ale muszę przyznać, że wykazali się oni daleko idącym zrozumiem, za co jestem im bardzo wdzięczna. Mam taką refleksję, że aby zdarzenia podobne do naszego mogły pociągać za sobą działanie legislatorów, konieczne jest ich nagłaśnianie. W naszym przypadku początkowo pojawiło się ogromne zainteresowanie mediów, niektórzy wręcz gonili za sensacją i próbowali znajdować sceny gwałtownych protestów, awantur w kolejkach przed drzwiami banków, ale kiedy wyjaśniły się problemy z odzyskiwaniem środków, temat w mediach ucichł. Kolejny raz samorządy zostały pozostawione same w myśl zasady, że zawsze jakoś sobie poradzą.