W samorządach

Niekontrolowana paczkomatoza – nowe wyzwanie dla miast

Paczkomaty to urządzenia, a nie obiekty budowlane, więc nie potrzeba na ich postawienie pozwoleń. Ubiegłoroczna poprawka do prawa budowlanego usankcjonowała ten stan, który podważył w jednym z orzeczeń łódzki sąd administracyjny.

Paczkomaty wkroczyły do pejzażu naszych miast, a pandemia sprawiła, że ich pochód trwa i jest nie do zatrzymania.

Nowe słowo „paczkomatoza”, jakie pojawiło się w naszym słowniku, raczej opisuje ów pochód jako zjawisko o dość niejednoznacznym społecznym odbiorze i związanych z tym skutkach. Mamy więc entuzjastów uważających, że paczkomaty są pożyteczne i należy je bez protestu zaakceptować, na drugim biegunie okopali się ich zdecydowani przeciwnicy.

Zwolennicy paczkomatów mają istotne argumenty, bo uważają, że kurierzy szalejący po ulicach naszych miast mogą dostarczyć co najwyżej 60 paczek dziennie, tymczasem dostawca do paczkomatu w tym samym czasie upora się z 600, a nawet z 700 przesyłkami. Ekolodzy też się cieszą, bo taka logistyka to mniej pojazdów i mniejszy ślad węglowy. Odbiorcy mogą zabrać i nadać swoją paczkę w dzień i w nocy – pieszo, na rowerze, przy okazji. Eksperci wyliczyli nawet, że dla zdrowia powinniśmy zrobić od 5 do 7,5 tysiąca kroków dziennie, więc paczkomaty nawet służą naszemu zdrowiu…

Od paczkomatów i przesyłomatów oraz podobnych urządzeń nie uciekniemy, bo zwłaszcza w pandemii dostawa do tego rodzaju maszyn jest nie tylko bardziej ekologiczna, ale też bezpieczniejsza. Takie terminale już działające i zapowiadane nowej generacji będą szerzej zintegrowane z bankomatami i wpłatomatami, mają być przyszłością rynku pocztowego i handlu internetowego. Rafał Brzoska, właściciel InPostu, największego operatora na tym rynku opowiadał, że pomysł na paczkomaty zrodził się w jego ogrodzie przy piwie. Być może kilka piw przyczyniło się do wymyślenia nowego biznesu, ale zdaniem przeciwników dzikiej logistyki paczkomatowej – nie pozwoliło ich twórcy na głęboką refleksję co dalej z niekontrolowanym instalowaniem maszyn odbiorczych w miejskim pejzażu i jak ograniczać ich uciążliwość.

Paczkomaty sprawiły, że na spokojnych dotychczas uliczkach i osiedlach pojawiły się nie tylko pojazdy kurierów dowożących przesyłki, ale setki samochodów odbiorców. Hałasują pod oknami mieszkańców całą dobę, spaliny wdzierają się do mieszkań. Sam korzystam z paczkomatów i widzę, że ich klienci rozjeżdżają trawniki, tarasują chodniki i wąskie osiedlowe uliczki, pozostawiają pojazdy z włączonymi silnikami. Nie sposób przy każdym paczkomacie postawić strażnika miejskiego czy policjanta, ale z problemem rozlewania się tych szaf często w miejscach nieodpowiednich – coś trzeba zrobić. A prawo jak zwykle nie nadąża za rozwojem technologii, zaś pandemiczna poprawka do przepisów budowlanych otworzyła nie furtkę, lecz szeroką bramę, dla paczkomatów nie tylko na terenach miejskich, ale też spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, prywatnych działkach. Nikt nad tym już nie panuje, a właściciele i operatorzy paczkomatów zapowiadają ustawienie tysięcy nowych maszyn.

Krytycy mają mocne argumenty przeciwko paczkomatozie i domagają się ścisłych regulacji budowlanych i przestrzennych, bo urządzenia zaburzają i szpecą miejski pejzaż, pojawiają się nawet w zabytkowych centrach miast. Na razie wkraczają miejscy konserwatorzy zabytków, tak jak we Wrocławiu, gdzie doprowadzono do usunięcia maszyny. Ta wrocławska miała 12 metrów długość, przez internautów została nazwana „matką wszystkich paczkomatów”. Nieokiełznany wysyp maszyn do odbioru i wysyłania przesyłek, a ich instalowanie zapowiada coraz więcej nowych firm, rodzi duże wyzwania przed władzami miast. Należy się spodziewać coraz liczniejszych protestów ze strony mieszkańców.

Rady na dziś podpowiadane przez autorów ekspertyz, raportów i rozlicznych paczkomatowych opracowań są takie: poprawić prawo i doprowadzić do tego, żeby miasta miały wpływ na rozmieszczanie owych urządzeń. Następnie rozpisać konkurs architektoniczny na szafy, aby wizerunkowo mogły wtapiać się w miejski pejzaż, dalej trzeba stworzyć specjalne strefy dostaw ograniczające ruch kurierów, rozwijać flotę rowerów cargo, elektrycznych pojazdów i towarowych tramwajów do dystrybucji. Jako przykład może służyć francuskie Bordeaux, gdzie miasto dogadało się z firmami transportowymi i tamtejszymi reprezentacjami biznesu, aby stworzyć system „Pobliskich Stref Dostaw”. To biznes finansuje całą infrastrukturę paczkomatową, a klienci końcowi odbierają przesyłki za darmo, dodatkowo zarabia na tym miasto.

Przyjmowane w miastach uchwały krajobrazowe jak na razie nie zauważyły problemu paczkomatów, ale szalone tempo ich rozwoju nie może dłużej spotykać się z obojętnością miejskich władz. Nikt nie zatrzyma pochodu nowej miejskiej logistyki dostaw towarów, lecz należy starać się ją ucywilizować. Jutro może być za późno, o czym świadczą przykłady wtargnięcia w estetykę miast banerów, masztów reklamowych czy latami oplatających budynki siatek z fotografiami modelek rozpraszających uwagę kierowców. Walka z nimi trwała i trwa, bo niestety w pewnym momencie nie nadążyło prawo i administracja.