Jak się zostaje Sołtysem Roku?
Myślę, że głównie dzięki zaufaniu mieszkańców. W moim przypadku to właśnie oni, razem z radą sołecką, zgłosili mnie do konkursu. To była dla mnie ogromna niespodzianka, bo o wszystkim dowiedziałam się tuż przed upływem terminu zgłoszeń.
Sam tytuł jest oczywiście bardzo miły, ale największą wartość ma dla mnie fakt, że to mieszkańcy uznali, że warto mnie zgłosić. Dla osoby działającej społecznie to chyba najpiękniejsze podziękowanie za lata pracy. Daje poczucie, że to, co robię na rzecz naszej społeczności, ma sens i jest potrzebne.
Sołtysem jest pani od piętnastu lat. Czy przez ten czas ta rola się zmieniła?
Przede wszystkim zmieniły się nasze wsie. Przeprowadza się tutaj coraz więcej osób z miast. Powstają nowe domy, nowe osiedla i przybywa mieszkańców, którzy wcześniej nie mieli związku ze wsią. To duża zmiana, bo jedni przyjeżdżają tutaj po prostu mieszkać, a inni chcą też żyć w tej społeczności i włączać się w różne działania. I tutaj właśnie pojawia się rola sołtysa, żeby zachęcać mieszkańców do udziału w tym, co dzieje się w miejscowości, pokazywać, że warto się angażować i robić coś razem. To jest dziś jedno z większych wyzwań.
Czy w związku z tym zmieniły się także oczekiwania mieszkańców?
Myślę, że te najważniejsze potrzeby od lat są podobne. Ludzie nadal zwracają uwagę przede wszystkim na drogi, chodniki, oświetlenie czy kwestie związane z bezpieczeństwem. Mimo wielu zmian wciąż są to sprawy, z którymi na co dzień się mierzymy. Zmieniło się jednak trochę podejście części osób, zwłaszcza tych napływowych. Często są przyzwyczajone do tego, że wiele spraw dzieje się samo. Ktoś odpowiada za porządek, za wspólną przestrzeń czy otoczenie. Na wsi wygląda to inaczej. Jeśli sami nie zadbamy o estetykę miejscowości, o wspólne miejsca, to często nie ma kto zrobić tego za nas. Dlatego dziś rola sołtysa to nie tylko reagowanie na problemy mieszkańców, ale też zachęcanie ich do tego, żeby angażowali się w sprawy swojej miejscowości i czuli się za nią współodpowiedzialni, niezależnie od tego czy to wieś, gdzie żyje pięćdziesiąt osób, czy pięćset.
A ile osób mieszka w sołectwie Waszulki?
Dziś ponad trzysta, choć trudno podać dokładną liczbę, bo nie wszyscy są zameldowani. Obszarowo jesteśmy dosyć rozlegli. Nasze sołectwo tworzą trzy różne miejscowości: rolnicze Waszulki, popegeerowska wieś Robaczewo oraz Kolonia Waszulki. Każda z nich ma inny charakter.
Czy te różnice przekładają się na poziom zaangażowania mieszkańców?
Tak, zdecydowanie. Każda z tych miejscowości ma swoją historię i trochę inne doświadczenia. Szczególnie było to widoczne na początku mojej pracy sołtysa. W miejscowości popegeerowskiej przez lata funkcjonowało przekonanie, że wiele rzeczy powinno być organizowanych odgórnie i że ktoś powinien je po prostu zrobić. Zmiana takiego myślenia wymaga czasu. Nie wszyscy od razu chcą się angażować, nie wszystkich też da się przekonać. Ja jednak zawsze powtarzam mieszkańcom, żeby patrzyli przede wszystkim na siebie. Jeśli działamy na rzecz naszej miejscowości, to robimy to również dla siebie. To nie jest praca za kogoś. Jeśli posadzimy drzewa, uporządkujemy skwer czy zadbamy o wspólną przestrzeń, to przecież sami później będziemy z tego korzystać. Przez te piętnaście lat widzę ogromną zmianę. Coraz więcej osób rozumie, że warto działać, bo efekty tej pracy zostają z nami na co dzień.
Co dzięki takiemu podejściu udało się osiągnąć?
Największym sukcesem jest chyba świetlica. Przez lata marzyliśmy o takim miejscu, ale wiedzieliśmy, że trudno będzie doczekać się budowy tradycyjnego obiektu. W 2018 roku z funduszu sołeckiego kupiliśmy drewno, a mieszkańcy własnymi siłami postawili drewniany domek. Ma zaledwie 35 mkw., ale dla nas to miejsce wyjątkowe. Nazwaliśmy je „Tu Waszulki rozmawiają”. Spotykają się tam dzieci, młodzież, seniorzy i mieszkańcy. Organizujemy wydarzenia, piszemy projekty, cały czas staramy się je rozwijać. Nie mamy nawet wody ani kanalizacji, ale radzimy sobie. Udało się za to doprowadzić prąd. Dla nas to nie jest tylko budynek. To miejsce, które powstało dzięki wspólnej pracy mieszkańców i do dziś żyje.
Zresztą, takich działań było więcej. Stworzyliśmy ogrody społeczne w Waszulkach i Robaczewie, zagospodarowaliśmy teren wokół stawu, powstała alejka spacerowa i miejsce do spotkań. Wspólnie urządzaliśmy skwery, sadziliśmy rośliny, budowaliśmy przestrzenie, z których dziś korzystają mieszkańcy, udało się zbudować wiatę przystankową.
Najważniejsze jest jednak to, że ludzie uwierzyli, że nie wszystko trzeba dostać gotowe. Czasem wręcz podchodzą do jakichś pomysłów jak do wyzwań. Dziś często słyszę: „Nie da się? To my to zrobimy”. I myślę, że właśnie ta zmiana jest największym sukcesem tych piętnastu lat.
Ale jak wywołać w mieszkańcach myślenie: „to jest nasza sprawa”, zamiast „niech zrobi to gmina”?
Przede wszystkim trzeba sprawić, żeby ludzie poczuli, że dana sprawa dotyczy ich bezpośrednio. A mogą to poczuć tylko wtedy, kiedy sami się w coś włączą. Czy będzie to wspólne sprzątanie, zagospodarowanie skweru, posadzenie roślin czy napisanie pisma do gminy – nie ma znaczenia. Ważne, żeby zobaczyli, że mają wpływ na to, co dzieje się wokół nich. Zawsze też staram się pokazywać, że nawet jeśli jakiś problem dotyczy jednej części miejscowości, to tak naprawdę jest sprawą całego sołectwa. Wtedy ludzie zaczynają czuć, że mają prawo zabrać głos i współuczestniczyć w podejmowaniu decyzji.
Dużą rolę odgrywa komunikacja. Organizujemy zebrania, ale wiem, że nie każdy może na nie przyjść. Dlatego po spotkaniach wysyłam mieszkańcom SMS-y i wiadomości z informacją o ustaleniach i proszę o uwagi. Myślę, że ważne jest też dawanie ludziom możliwości wypowiedzenia się. To ma też tę zaletę, że później rzadziej pojawia się krytyka i narzekanie. Mieszkańcy wiedzą, że mieli możliwość zgłoszenia swoich pomysłów czy uwag. A jeśli ktoś mówi, że coś można było zrobić lepiej, odpowiadam: „No dobrze, a jaki ty masz pomysł?”. Bardzo często wtedy zapada cisza. Ale zdarza się też, że taka osoba zaczyna szukać rozwiązania i włącza się do działania. Przez te piętnaście lat nie zdarzyło się, żebym sama podejmowała decyzje dotyczące inwestycji czy działań ważnych dla mieszkańców. Zawsze szukamy wspólnych rozwiązań, bo wtedy ludzie czują, że mają wpływ na to, co dzieje się w ich miejscowości.
Nie wyobrażam też sobie, żeby ktoś z Kolonii Waszulki miał specjalnie przyjeżdżać do tablicy ogłoszeń, żeby sprawdzić, czy pojawiła się jakaś informacja. Dlatego korzystamy z grup w mediach społecznościowych i komunikatorów, bo jeśli chcemy, żeby ludzie się angażowali, najpierw muszą wiedzieć, co się dzieje. Jak dostaję jakieś pismo, to często najpierw sama dopytuję w gminie, czego ono dotyczy. Czy jest jakieś zagrożenie dla mieszkańców, czy to po prostu inwestycja albo cel publiczny. Dopiero później przekazuję to dalej. Bo nie chodzi o to, żeby coś wywiesić i mieć temat z głowy. Trzeba zadbać o mieszkańców. Nie każdy potrafi odnaleźć się w tych urzędowych pismach. Jeśli ja dostaję informację jako pierwsza i wiem, że dotyczy mieszkańców, to moim obowiązkiem jest ich o tym poinformować.
A działa to również w drugą stronę? Skoro mieszkańcy przychodzą do sołtysa ze swoimi sprawami, to czy sołtys jest dziś ich głosem w samorządzie?
Myślę, że w gminach wiejskich wygląda to trochę inaczej niż w miejsko-wiejskich, takich jak nasza. Tam jednak wszystko opiera się na sołectwach, więc kontakt urzędu z sołtysami jest bliższy. U nas mam czasem wrażenie, że liczy się przede wszystkim miasto, a wsie są dodatkiem. Oczywiście możemy uczestniczyć w sesjach rady, zabierać głos, ale mam poczucie, że nie zawsze ktoś naprawdę chce tego głosu słuchać. A przecież sołtys jest najbliżej mieszkańców. To do nas ludzie przychodzą ze swoimi problemami, pytaniami czy pomysłami. Dlatego myślę, że przydałoby się większe włączanie sołtysów w rozmowy o tym, co dzieje się w gminie. Bo my naprawdę wiemy, czym żyją nasze wsie. Często szybciej zauważamy problemy i wiemy, czego ludzie potrzebują.
Widzę też jeszcze jeden problem. Mówi się dużo o roli sołtysa, ale mało o tym, jak go przygotować do tej funkcji. Przepisy ciągle się zmieniają, pojawiają się nowe obowiązki, a później oczekuje się od sołtysa, że będzie wszystko wiedział i wszystko mieszkańcom wyjaśni. Tymczasem często brakuje zwykłej edukacji i bieżącej informacji. I to dotyczy nie tylko sołtysów, ale także radnych. A trudno dobrze tłumaczyć coś mieszkańcom, jeśli samemu nie ma się wiedzy i wszystkich informacji.
Jest pani także prezeską spółdzielni socjalnej i członkinią Warmińsko-Mazurskiego Komitetu Rozwoju Ekonomii Społecznej. Czy te doświadczenia pomagają w pracy sołtysa?
To wszystko się zazębia. Ekonomia społeczna dotyczy przede wszystkim aktywizacji ludzi, a przecież rola sołtysa też na tym polega. Może dlatego jedno pomaga mi w drugim.
Staram się pokazywać mieszkańcom taką codzienną przedsiębiorczość. Że musimy sobie radzić, szukać rozwiązań, iść do przodu, a nie czekać, aż ktoś coś zrobi za nas. Myślę, że właśnie tutaj te dwa światy najbardziej się spotykają. Może dlatego tak dobrze się w tym odnajduję. Ekonomia społeczna to mój konik. Lubię inspirować ludzi. Gdziekolwiek się pojawiam, widzę, ile potencjału w nich drzemie. Tylko często nikt im tego wcześniej nie powiedział. Czasem wystarczy ich zachęcić, pokazać jakiś kierunek, powiedzieć, że warto spróbować.
To brzmi prosto, ale praktyka pokazuje, że bycie liderem, zintegrowanie ludzi, pociągnięcie ich za sobą nie jest takie proste.
Myślę, że największym błędem jest to, że człowiek w pewnym momencie zatraca się w swojej funkcji. Przestaje być liderem, a staje się przywódcą. A to dwie różne rzeczy. Przywódca stoi na czele i uważa, że ma ludzi, którzy wykonają to, co on zaplanuje. Natomiast lider idzie razem z ludźmi. Wie, co się dzieje, rozmawia z nimi, słucha ich. Potrafi też oddać część odpowiedzialności i zaufać innym. Prowadząc szkolenia i pracując z różnymi grupami, często obserwuję te dwa podejścia. Widać bardzo wyraźnie, że tam, gdzie ktoś próbuje wszystko kontrolować sam, ludzie z czasem przestają się angażować. Tam, gdzie dostają odpowiedzialność i zaufanie, dużo częściej biorą sprawy w swoje ręce.
Często jest tak, że kiedy ktoś obejmuje stanowisko, zaczyna skupiać się bardziej na samej funkcji niż na ludziach. Pojawia się prestiż, obowiązki i gdzieś po drodze gubi się ten zwykły kontakt z mieszkańcami czy współpracownikami. A przecież to, że ktoś został sołtysem, radnym, burmistrzem czy kierownikiem, nie oznacza, że przestał być człowiekiem.
Ja zawsze powtarzam, że dobry lider powinien wiedzieć, co się dzieje wokół niego. Nie dlatego, że ktoś mu coś doniesie albo przyniesie gotową informację. Powinien to wiedzieć dlatego, że rozmawia z ludźmi. Jeśli lider dowiaduje się o problemach wyłącznie od osób, które przychodzą i skarżą się na innych, to jest sygnał, że gdzieś po drodze stracił kontakt ze swoim zespołem czy społecznością.
Mam też wrażenie, że czasami ludzie po objęciu funkcji zaczynają uważać, że nie wypada im już usiąść z mieszkańcami na ławce, porozmawiać z seniorami czy po prostu pośmiać się z ludźmi. A przecież nie ma żadnego przepisu, który by tego zabraniał. Wręcz przeciwnie. Im wyżej ktoś dochodzi, tym bardziej powinien pamiętać, po co tam się znalazł.
Bo tak naprawdę wszystko dalej kręci się wokół ludzi. I niezależnie od stanowiska, jakie zajmujemy, nie możemy o tym zapominać.
Sołtys Roku
Konkurs od ponad dwóch dekad promuje osoby, które z zaangażowaniem pracują na rzecz rozwoju swoich wsi i integracji mieszkańców. Organizatorami są redakcja „Gazety Sołeckiej” oraz Krajowe Stowarzyszenie Sołtysów. Wyróżniani są najbardziej aktywni sołtysi i sołtyski pełniący swoją funkcję co najmniej jedną kadencję.







