Rozmowy Wspólnoty

Na błyskawiczną powódź trzeba reagować błyskawicznie

Należy rozszerzyć system ostrzegania mieszkańców przed powodziami, szczególnie powodziami błyskawicznymi po nawalnych deszczach. Musi to być system dokładniej ukierunkowany, aby ostrzegać konkretne osiedle czy konkretną miejscowość – uważa Grzegorz Cichy, burmistrz Proszowic, prezes Unii Miasteczek Polskich.

Kilkanaście dni temu w Małopolsce, szczególnie w okolicy Krakowa, spadły nawalne deszcze, zalało wiele ulic w Krakowie i wiele miejscowości. W jakim zakresie ten żywioł dotknął miasto i gminę Proszowice?

Niestety, w dosyć poważnym zakresie. Od 5 sierpnia notowaliśmy stały wzrost opadów, a już od 6 do 9 sierpnia mieliśmy sytuację wymagającą interwencji naszych strażaków oraz Państwowej Straży Pożarnej. Ich głównym zadaniem było zabezpieczenie dwóch kluczowych obiektów Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Proszowicach, czyli hali sportowej i basenu. Zbudowana kilkanaście lat temu hala stoi na terenach zalewowych i co pewien czas zagraża jej podtopienie. Oprócz obiektów MOSiR-u zalanych zostało – nawet do wysokości jednego metra – aż 135 działek w Rodzinnym Ogrodzie Działkowym „Jasień”. Woda z mułem pokryła Park Miejski. Wysoki poziom Szreniawy oraz zatory, które utworzyły się na rzece, doprowadziły do wylewu innych potoków i rzeczek, wskutek czego ponad tysiąc hektarów upraw zostało zalanych. Straty są ogromne, bo chodzi o dwie szkółki krzewów ozdobnych, wiele upraw warzyw i zbóż. Rolnicy nadal nie mogą wjechać na swoje pola, bo wciąż są one zalane lub grząskie. Z żywiołem zmagała się także wytwórnia lodów B&G, gdzie trwała walka o uratowanie chłodni, magazynu i agregatów. Straty poniosła komunalna firma Kombud oraz kilka innych firm handlowych i logistycznych mających u nas magazyny. Zalane zostały nawet place targowe giełdy rolnej. Stacja Naukowa Zakładu Klimatologii Instytutu Geografii i Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Jagiellońskiego „Ogród Botaniczny” w Krakowie, która prowadzi systematyczne pomiary podała, że te opady były najwyższe od 126 lat! Nasi rolnicy, zajmujący się głównie uprawą warzyw i wyposażeni w stacje pogodowe twierdzą, że spadło ponad 100 litrów wody na metr kwadratowy upraw.
Wcześniej nawalne opady zdarzały się u nas w maju. Były bardzo groźne, bo zwykle wtedy gleba nie ma jeszcze okrywy ochronnej roślin i nawałnice spłukują z płaskowyżu proszowickiego cenne ziemie do potoków i do rzek, a te niosą je do Wisły jak chińska Żółta Rzeka. Częste są też obfite deszcze w okolicy Bożego Ciała, w czerwcu na Świętego Jana czy w lipcu. A teraz uderzyła nas powódź spowodowana przez nawałnice w pierwszej dekadzie sierpnia i chyba jest to skutek zmian klimatycznych. Nie ma powszechnych niegdyś wczesnowiosennych powodzi roztopowych, natomiast pojawiły się coraz częstsze powodzie błyskawiczne wywoływane przez katastrofalne ulewy, co skutkuje zalewaniem domostw, garaży, piwnic, kotłowni oraz ulic i parkingów.

Niedawno rada miejska uchwaliła nowy plan zagospodarowania przestrzennego miasta – czy uwzględnia on zagrożenia hydrologiczne ze strony Szreniawy i okolicznych potoków?

Długo dyskutowaliśmy o tym planie i temat zagrożenia powodziowego jest w nim uwzględniony. Wyszczególnione w nim tereny zalewowe pokrywają się z korytarzami ekologicznymi, co ogranicza możliwości inwestowania w granicach administracyjnych miasta. Jednak, kiedy planu nie było, rozwinęła się radosna twórczość ludzi posiadających działki położone nisko, głównie przy rzekach, którzy robili nasypy i podnosili teren, aby wykorzystać swe grunty pod rozmaite inwestycje. Dzisiaj wielu z właścicieli takich działek jest niezadowolonych, bo tracą możliwość budowy czy zarobku po sprzedaży, ale kiedy przychodzi taki dzień, jak tegoroczny 6 sierpnia czy maj 2019 roku, okazuje się, że te ograniczenia są konieczne dla bezpieczeństwa ludzi i ich dorobku. To, że podczas takich zdarzeń na nadrzecznych terenach robią się rozlewiska, zniechęca do wznoszenia tam zabudowy. Zawężanie doliny rzeki prowadzi do zmniejszania jej pojemności i spiętrzania wód, co jest daleko bardziej niebezpieczne. Dlatego ochrona terenów zalewowych musi być rygorystycznie przestrzegana.

Czy planując zagospodarowanie przestrzeni w okolicy cieków wodnych i przygotowując plany przeciwdziałania sytuacjom kryzysowym, znajdujecie wsparcie ze strony Wód Polskich?

Pomoc Wód Polskich jest niedostateczna, co pokazała ostatnia wysoka woda. Bieżące utrzymanie i konserwacja Szreniawy na odcinku newralgicznym dla naszego miasta i gminy są niewystarczające. Rzeka jest zaniedbana. Wody Polskie zgłaszają problemy – że procedury są uciążliwe, że działania blokuje regionalna dyrekcja ochrony środowiska, że szkody czynią bobry itd. – ale kiedy dochodzi do sytuacji powodziowej, to nie ma możliwości szybkiej koordynacji działań, jako że siedziba ich oddziału reagowania znajduje się bodaj w Ostrowcu Świętokrzyskim. Także na co dzień trudno rozwiązywać bieżące problemy na przykład z nadrzecznymi wierzbami, które ze starości bądź podgryzione przez bobry zwalają się do rzeki i piętrzą wodę, a nie ma kto ich usunąć. Podczas tej powodzi w poprzek Szreniawy powstały trzy zatory. Z brzegów zwaliły się drzewa – znaleźliśmy je monitorując rzekę przy pomocy drona – i już nie czekając na żadne uzgodnienia, wynajętym sprzętem, wyciągnęliśmy je z nurtu, by udrożnić przepływ. A brakowało zaledwie 4 centymetrów do zalania przyłącza kablowego, co unieruchomiłoby pompy chroniące halę sportową. Działania ochronne Wód Polskich są niewystarczające, procedury zbyt długotrwałe, a sprawność działania jest ograniczona.

Jaką rolę w czasie wezbrania wód na terenie gminy odegrały służby ratownicze i porządkowe – mam na myśli straże pożarne oraz straż miejską? Jak ocenia pan współpracę swoich służb ze służbami starosty i wojewody w warunkach kryzysowych?

Działaliśmy głównie lokalnie, a że w gminie mamy 22 jednostki ochotniczych straży pożarnych, to 14 z nich zostało użytych do wielogodzinnych działań. Jak wspominałem, przez cztery dni i noce od 6 do 9 sierpnia trwało odpompowywanie wody z okolicy obiektów MOSiR-u, aby nie zostały one zalane przez kanalizację od środka. Dotyczy to głównie hali sportowej, którą w ubiegłym roku poddaliśmy rewitalizacji, a w zasadzie dokończyliśmy budowę po dwudziestu latach częściowej eksploatacji. Także basen oddany do użytku w 2015 roku mógł być zalany przez wody powodziowe i nieczystości z kanalizacji. Nie mogliśmy do tego dopuścić, bo pociągnęłoby to za sobą ogromne straty. Muszę podkreślić, że mamy bardzo dobrą współpracę z Państwową Strażą Pożarną, która udostępniła nam wysokowydajną pompę i przez trzy dni pomagała nam zabezpieczyć zagrożone obiekty. Równie dobrze układała się współpraca z policją, która interweniowała w miejscu spiętrzenia wody oraz zabezpieczała drogi w czasie akcji.
Natomiast jeśli chodzi o służby starosty czy wojewody, ich rola ogranicza się najczęściej do komunikatów i działań informacyjnych. Rola administracji wojewódzkiej jest istotna w czasie likwidacji skutków powodzi i innych żywiołów, mam tu na myśli pomoc w postaci kredytów klęskowych czy dopłat do ubezpieczeń, aby rolnicy otrzymali odszkodowania za straty w uprawach rolnych. Taka komisja już działa, zresztą funkcjonowała wcześniej, bo w tym roku uprawy naszych rolników już trzykrotnie zostały dotknięte przez gradobicia. Dla gmin bardzo ważne jest wsparcie na usuwanie strat w infrastrukturze komunalnej. Aby JST mogła ubiegać się o dofinansowanie zadań własnych w zakresie usuwania szkód powstałych w infrastrukturze komunalnej ze środków rezerwy celowej budżetu państwa na usuwanie skutków zdarzeń noszących znamiona klęsk żywiołowych należy spełnić dwa kryteria: straty wywołane klęską żywiołową nie mogą być mniejsze niż 5 proc. wykonanych dochodów własnych jednostki za rok bezpośrednio poprzedzający rok wystąpienia klęski żywiołowej, zaś wartość zadania podlegającego dofinansowaniu nie może być mniejsza niż 50 tysięcy złotych. Wartość dotacji nie może być niższa niż 40 tysięcy złotych. Nie zawsze udaje się otrzymać to wsparcie, wydatki państwa na przeciwdziałanie COVID-19 ogromnie zmniejszyły dofinansowanie dla samorządów na tzw. powodziówki.
W sprawie współdziałania systemowego apelowałem do władz wojewódzkich o poprawę systemu ostrzegania o poziomie wody w rzekach, który jest moim zdaniem niewystarczający. Monitorowany jest poziom głównych rzek Polski, regionalnie także mniejsze cieki mają punkty kontrolne, ale jest ich za mało. Na Szreniawie jest tylko jeden taki wodowskaz, który zresztą znajduje się w Biskupicach, poniżej jazu piętrzącego wodę na potrzeby elektrowni. Ten obiekt hydrologiczny w sposób dla nas bardzo niekorzystny spiętrza wodę na około cztery metry i podnosi poziom wód gruntowych, co szkodzi uprawom i zwiększa ryzyko powodzi. W czasie takich zdarzeń, jak ostatnie, musiała wręcz interweniować policja i straż pożarna, aby podniesiono zasuwy. Widać z tego, że jest problem z niewystarczającym nadzorem nad pozwoleniami wodnoprawnymi. Doceniam wagę produkcji czystej energii, rozumiem, że ktoś ma prawo na tym zarabiać, ale nie może to odbywać się kosztem upraw rolnych i rolników czy strat w domach, piwnicach mieszkańców albo w magazynach firm. Za to bardzo mnie cieszy pozytywne działanie Wojewódzkiego Magazynu Przeciwpowodziowego dla Małopolski, bo kiedy tylko potrzebuję worków, rękawów czy osuszaczy pomieszczeń, dostaję je zwykle następnego dnia.

W lipcu śledził pan uważnie sytuację powodziową w Niemczech i Belgii. Pamiętając o nieporównywalnej skali tamtejszej sytuacji z tym, co się działo w Małopolsce, lecz jednak korzystając z pańskich ostatnich doświadczeń, jak można ocenić funkcjonowanie polskich służb, a szczególnie informację dla obywateli oraz koordynację działań różnych podmiotów ratowniczych?

W krótkiej perspektywie w miarę dobrze oceniam reakcje naszej administracji. Mamy system ostrzeżeń, Rządowe Centrum Bezpieczeństwa rozsyła komunikaty o zagrożeniach do obywateli, jest wewnątrzadministracyjny obieg komunikatów meteorologicznych. Ale patrząc szerzej, widzę konieczność rozbudowania tego systemu. Z własnej inicjatywy zaczynają to robić poszczególne gminy, które nie oglądając się na Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, RCB, ministerstwa, urzędy wojewódzkie czy inne służby, zakupiły wodowskazy i prowadzą monitoring, wykorzystując rozwiązania firm DHI Polska czy RWD Prospect. Ta druga firma ma już opomiarowanych dwanaście większych i mniejszych rzek jak Dłubnia i Prądnik w Krakowie, na których gminy Zielonki, Michałowice, oraz Iwanowice zakupiły i zamontowały elektroniczne wodowskazy i na bieżąco korzystają z monitoringu. Pokazuje on w czasie rzeczywistym wykresy stanu lustra wody, przyrosty, zestawienia. Wynik jest dostępy na telefonie, tablecie czy komputerze, dodatkowo możliwy jest podgląd stanu rzeki z kamery.
Takie działanie powinno być prowadzone przez Wody Polskie. Szreniawa ma tylko jeden wodowskaz i to niedaleko ujścia do Wisły, natomiast Ścieklec nie ma żadnego. Dodatkowo wszelkie wdrożenia, nowe punkty pomiarowe trzeba uzgadniać, co niestety trwa dość długo. Ale mam nadzieję, że taki wodowskaz powyżej miasta uda się nam zainstalować i będziemy mieć szybką informację o wysokiej wodzie zagrażającej miastu.|
W sprawie alertów pogodowych uważam, że trzeba precyzyjniej kierować komunikaty, bo obecnie są one adresowane do wszystkich mieszkańców Małopolski. Tak dzieje się nawet wtedy, gdy zagrożone są np. jedynie południowe powiaty województwa. Po wielu takich ostrzeżeniach dotyczących zbyt rozległych terytoriów, kiedy nic się po nich nie zdarzyło, ludzie przestają właściwie reagować i obojętnieją. Nadmiar komunikatów albo ich zbyt szeroki zasięg w konsekwencji osłabia skuteczność systemu. Używane są też inne komunikatory BLISKO, RSO, ostrzeżenia Biur Prognoz Meteorologicznych, liczne aplikacje i alarmy smogowe związane z jakością powietrza. Jednak nawet w wysoko rozwiniętym technicznie i gospodarczo kraju woda może spowodować ogromne straty.
W Niemczech toczy się teraz debata, dlaczego nie zadziałał system ostrzegania przed katastrofami, aby skutecznie ewakuować mieszkańców. Po raz pierwszy od trzydziestu lat 10 września 2020 roku w Niemczech były testowane syreny alarmowe – okazało się, że w całym kraju funkcjonuje tylko 15 tys. takich syren, a w 1993 r. było ich jeszcze 80 tysięcy. Oprócz ostrzeżeń za pomocą syren w Niemczech alerty kierowane są przez aplikację ostrzegawczą NINA, którą obsługuje Federalny Urząd Ochrony Ludności i Pomocy w Katastrofach (BBK). Podobnie działa aplikacja Katwarn, którą instalują na swoich smartfonach tylko osoby zainteresowane. Za pośrednictwem tej aplikacji jej posiadacze byli szczegółowo poinformowani o zagrożeniu, jakie w Nadrenii Północnej-Westfalii oraz Nadrenii Palatynacie może spowodować rzeka Ahr. Informowano mieszkańców, że zalania mogą wystąpić w odległości do 50 metrów od każdego jej brzegu, zalecano przeparkowanie samochodów i zapewnienie sobie drogi ewakuacji. Niestety, zbyt mało osób używało takich aplikacji, a wielu zlekceważyło ostrzeżenie, bowiem dwa lata wcześniej podobny alarm zapowiadający powódź stulecia okazał się nietrafiony. Tym razem 14 i 15 lipca 2021 roku woda rozlała się na 100 metrów od rzeki, jej poziom sięgnął aż 7 metrów! A że jest to bystra rzeka w terenie górzystym, niszczycielska powódź spowodowała wiele ofiar i ogromne straty. Na takie właśnie sytuacje, kiedy następują powodzie błyskawiczne, musimy szukać sposobów ostrzegania i zabezpieczania ludności oraz mienia. Zresztą władze RFN zapowiadają teraz wprowadzenie systemu opartego na usłudze sms, podobnego jak w Polsce.

Na temat współpracy z Polskimi Wodami oraz na temat zapobiegania zagrożeniom przeciwpowodziowym rozmawiałem z wieloma burmistrzami i wójtami. Wszyscy narzekają, oczekują bardziej zdecydowanych działań ze strony tej administracji i w swoim zakresie podejmują wiele działań, aby ochronę przed wodą poprawiać. W jakim stopniu ten problem będzie podejmowany przez Unię Miasteczek Polskich, której pan przewodniczy i w jakim zakresie planujecie zaprosić do współpracy w tej sprawie inne organizacje samorządowe?

Z całą pewnością należy rozszerzyć system ostrzegania mieszkańców przed powodziami, szczególnie powodziami błyskawicznymi po deszczach nawalnych. Musi to być system dokładniej ukierunkowany, aby ostrzegać konkretne osiedle czy konkretną miejscowość. Powinno się w tym celu wykorzystać także stacje meteo, którymi dysponują plantatorzy oraz inni prywatni przedsiębiorcy. W naszej gminie duże skupy warzyw takie stacje instalują, aby w porę mieć informację i chronić swoje uprawy np. przed szkodnikami. Niestety, te stacje działają indywidualnie poza oficjalnym systemem. Watro pomyśleć o wykorzystywaniu danych z tych urządzeń. Miałby one szczególnie istotne znaczenie na południu Polski, gdzie rzeki płyną bardzo szybko i ryzyko powodzi błyskawicznych jest dużo większe niż na terenach nizinnych. W Unii Miasteczek Polskich zajmujemy się wieloma sprawami, ostatnio głównie dochodami samorządów, finansowaniem oświaty czy gospodarką odpadami, ale także w tej sprawie będziemy rozmawiać z Ministerstwem Klimatu. Musimy to zrobić, bo Wody Polskie skwapliwie naliczają opłaty za wszelkie usługi wodne, ale ich działanie w zabezpieczaniu przed powodzią nie do końca jest takie, jakiego oczekujemy.