W samorządach

MEN popełnia szkolne błędy

Wszystkie sześciolatki w szkole, nowy obowiązek rozliczania subwencji oraz coraz głośniejsze domaganie się podwyżek przez związki zawodowe - te problemy zdominowały w samorządach rozmowy o oświacie. Nie widzi ich tylko Ministerstwo Edukacji, ale zapewne zauważy, jak tylko zacznie się rok szkolny, a z nim kampania wyborcza, strajki nauczycieli i niezadowolenie rodziców.

Już kiedyś cytowaliśmy Stanisława Mackiewicza, który o przedwojennym ministrze oświaty Januszu Jędrzejewiczu i jego reformie napisał, że "jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził. Ale narodził się taki, który wszystkim nie dogodził". To zdanie pasuje idealnie do kolejnych ministrów edukacji III Rzeczypospolitej, a szczególnie do Joanny Kluzik-Rostkowskiej.

 

Swoimi posunięciami MEN zraziło do siebie wszystkich. Nawet Związek Nauczycielstwa Polskiego, który podczas spotkania z okazji posiedzenia wyjazdowego rządu wręczył pani minister "świadectwo". A w nim na 12 przedmiotów było 10 jedynek i brak promocji do następnej klasy. Ocena niedostateczna m.in. z przedmiotu "Znajomość prawa oświatowego - nie zna podstawowych ustaw i rozporządzeń!", "Poszanowanie zawodu nauczycieli - bezpodstawnie przedstawia nauczycieli w złym świetle", "Pomoc rodzicom - ustanowiła najdłuższą przerwę świąteczną, a winą za to obarczyła nauczycieli".

 

- Nasza ocena wynika z wielomiesięcznej obserwacji pani pracy i z ocen cząstkowych -powiedziała Jadwiga Aleksandra Rezler, prezes Okręgu Śląskiego ZNP, wręczając świadectwo. - Nie zdała pani do następnej klasy z wielu powodów. Nauczyciele z ZNP docenili jednak minister za szczególne osiągnięcia: "autopromocję, budowanie pozytywnego wizerunku własnej osoby w mediach, umiejętne maskowanie nieznajomości problematyki oświatowej, skonsolidowanie środowiska nauczycielskiego w proteście przeciwko MEN".

 

Z kolei samorządowcy, permanentnie niezadowoleni z działań ministerstwa ze względu na brak konkretów w sprawie zmiany Karty Nauczyciela, zostali w tym roku dodatkowo zaskoczeni nowym obowiązkiem, czyli rozliczaniem subwencji związanym z wydatkowaniem środków na uczniów niepełnosprawnych. Temat szybko zdominował szkolenia i konferencje branżowe, a przedstawiciele JST zapowiedzieli skierowanie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie.

 

Skrajnie niezadowoleni z działań MEN są także rodzice, którzy masowo podpisywali się pod wnioskiem o cofnięcie reform oświatowych z ostatnich lat - głównie tej dotyczącej obowiązku szkolnego sześciolatków. W oświacie mamy absurdalną sytuację. Z jednej strony straszny tłok w szkołach, z którym nie zawsze samorządy sobie radzą, z drugiej zwolnienia nauczycieli, przeciwko czemu protestują związkowcy. Do tego jeszcze rodzice, którzy uważają, że rząd odbiera im prawo do decydowania o dzieciach. Takiego bałaganu nie było od lat.

 

Klasa pierwsza "n"

 

O problemach lokalowych samorządów związanych z reformą dotyczącą sześciolatków napisano już naprawdę wiele. Padło także dużo nie zawsze zasłużonej krytyki. W każdym razie w wielu miastach (i pod większymi miastami) nikogo już nie dziwi, że dziecko dostało się do klasy pierwszej z literką j, k albo nawet n. W numeracji oddziałów wykorzystuje się już ponad połowę liter alfabetu! Miasta oprócz oddawania nowych obiektów (co nie zawsze jest uzasadnione) wynajmują dla potrzeb szkolnych sale na zewnątrz, np. w bibliotece publicznej, liceum, a nawet w... lokalnej pizzerii. Ale największy problem jest nie tyle w dużych miastach, ale pod nimi. Jak napisała lokalna gazeta, w podpoznańskich Plewiskach będzie w tym roku 12 klas pierwszych, a w Nowym Tomyślu - 18. W wielu szkołach (w Wielkopolsce np. w Śremie, Pleszewie, Gnieźnie, Pile czy Ostrowie Wielkopolskim) dzieci już wcześniej chodziły na lekcje na dwie zmiany, a rozważano wprowadzenie trzeciej.

 

W rekordowym (według naszej wiedzy) Nowym Tomyślu, gdzie w jednej szkole jest 18 oddziałów z pierwszakami, nie było jak pomieścić dzieci. Gmina próbowała dogadać się na wynajem sal z powiatem, a także z Wyższą Szkołą Pedagogiki i Administracji. Ostatecznie zdecydowano się na klasy tymczasowe. Wykorzystuje się wszystkie wolne przestrzenie: klasa jest w pokoju nauczycielskim, sali do aerobiku oraz w przedszkolu. Absurd goni absurd Jak przekonuje Karolina Elbanowska ze Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, ustawa nakazująca rozpoczęcie edukacji przez sześciolatków weszła w życie w najgorszym możliwym momencie. Od września do szkół trafią obowiązkowo skumulowane roczniki, w sumie 650 tys. uczniów, zamiast 350 tys. jak w ubiegłych latach.

 

Dlatego rodzina Elbanowskich, mimo że jest zdecydowanie przeciwna całej reformie, domagała się w tym roku jedynie wstrzymania i przesunięcia chociaż o rok jej ostatniej części, aby złagodzić skutki wyżu demograficznego. Ale i na to nie zgodzili się posłowie i rząd, który razem z MEN totalnie pogubił się w sprawie sześciolatków. Najpierw próbując przypodobać się rodzicom i złagodzić ich obawy, że dzieci będą się uczyć w przepełnionych klasach, wprowadził obowiązek, żeby oddziały I-III (stopniowo) składały się maksymalnie z 25 uczniów.

 

Ale to jeszcze pogłębiło problem z lokalami i zdenerwowało samorządowców. Okazało się bowiem, że lokalne władze nie mogą decydować nawet o takim szczególe, jak podział dzieci na oddziały i ich liczebność. Sztywny limit przełożył się na pieniądze. Jeśli w danej szkole zachodziła konieczność utworzenia np. 3 klas po 26 uczniów, to samorząd i tak musiał zrobić czwartą klasę, a to oczywiście oznacza kolejne koszty (godziny lekcyjne, dodatkowy nauczyciel), których nie rekompensuje nowo wprowadzona waga P 33, zwiększająca liczbę uczniów przeliczeniowych klas pierwszych i drugich zaledwie o 3 proc. (i dająca na tych uczniów o tyle więcej pieniędzy).

 

Samo dodanie tej wagi też odbyło się w sposób absurdalny. Zamiast wyliczenia kosztów i dołożenia pieniędzy do subwencji oświatowej środki na ten cel zostały zabrane z ogólnej sumy do podziału na pozostałe samorządy. Trudno więc powiedzieć, żeby jakieś pieniądze rzeczywiście zostały dodane. Listę nieporozumień i błędów można wydłużać. W tym roku wprowadzono zasadę, że wyjątkowo klasy mogą być większe niż 25 uczniów (maksymalnie - 27), ale tylko w przypadku, gdy dodatkowa dwójka dzieci trafi do szkoły po 1 września (to z kolei wywołało niezadowolenie w ZNP i rodziców).

 

Ustawa daje też możliwość tworzenia większych oddziałów, ale w takim przypadku samorząd musiałby dodatkowo zatrudnić asystenta nauczyciela. Ale samorządy, przynajmniej do tej pory, wcale się do skorzystania z tych możliwości nie garną. Przepisy są po prostu zbyt skomplikowane, a ich zastosowanie za drogie (z danych MEN wynika, że obecnie na stanowiskach asystentów zatrudnionych jest około 500 osób). A to może nie być koniec problemów samorządów z sześciolatkami. Z sondaży wynika (IBRIS), że niemal 90 proc. Polaków chce, żeby to rodzice decydowali, czy wysłać sześciolatka do szkoły. Taka korekta reformy jest zapisana zarówno w programie Prawa i Sprawiedliwości, jak i nowego prezydenta Andrzeja Dudy, a zaproponowana na przyszłą premier Beata Szydło już zwróciła się do Dudy o rozszerzenie pytań we wrześniowym referendum właśnie o kwestię sześciolatków.

 

Odrzucenie żądań Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców odbije się czkawką w samorządach. W tym roku będą musiały jakoś przetrwać natłok uczniów, a w przyszłym bardzo możliwe, że nowo wybudowane szkoły i sale będą świecić pustkami, a zatrudnieni nauczyciele nie wyrobią pensum lub będą musieli być zwolnieni. Jeżeli bowiem rodzice będą mogli decydować o posłaniu do szkoły, to zapewne niewielu z nich to zrobi. Zamiast 650 tys. nowych uczniów, jak teraz, będziemy mieli np. 100 tysięcy! I jak w takiej sytuacji samorządy mają racjonalnie planować sieć szkół?

 

Warto tu przypomnieć o badaniach Bogdana Stępnia z Instytutu Analiz Regionalnych (IAR), który dowiódł, że wyniki uczniów w testach na zakończenie szkoły podstawowej ściśle zależą od ich wieku. Badania objęły ponad 3 mln uczniów, którzy rozpoczęli naukę w wieku 7 lat, a pisali sprawdzian w latach 2005-2013 r. Okazuje się, że 7-latki urodzone w styczniu osiągają średnio o ponad 5,3 proc. lepsze wyniki od tych urodzonych w grudniu. - Dlatego tylko te sześciolatki, które rzeczywiście są gotowe pójść do szkoły, powinny do niej trafić. Decyzję powinni podejmować rodzice - uważa Stępień, popierając pomysł odwrócenia reformy.

 

Okołobudżetówką po głowie

 

Bogdan Stępień prowadzi także właściwie samotną walkę z artykułem 32 tzw. ustawy okołobudżetowej, która wprowadziła obowiązek rozliczania się samorządów z części subwencji oświatowej przyznawanej JST na zadania wymagające specjalnej organizacji nauki. Zdaniem Stępnia, przepis ten, oprócz tego, że jest niekonstytucyjny, jest po prostu bublem prawnym. Jego właściwe zastosowanie jest bardzo trudne, a nawet niemożliwe, co próbuje udowodnić w serii artykułów, pytań i odpowiedzi kierowanych do MEN (całość na stronie iar.pl). Oczywiście samorządy muszą sobie z tym jakoś radzić.

 

- Wydzieliliśmy kwotę, którą otrzymaliśmy w informacji z ministerstwa, czyli 1,8 mln zł, i próbowaliśmy do niej dobrać koszty w naszych szkołach. Mieliśmy z tego powodu nowe wydatki i sporo dodatkowo dołożyliśmy - mówi starosta strzyżowski Robert Godek. Ministerstwo Finansów w porozumieniu z MEN przygotowało bowiem dla każdego samorządu informację o kwocie, jaką otrzymuje on na realizację zadań wymagających specjalnej organizacji nauki i z której wydatkowania musi się rozliczyć.

 

Zdaniem Stępnia nawet ta kwota, rozsyłana przez ministerstwo, może być jednak nieprawidłowa, a jej właściwe wyliczenie wymaga ogromu pracy. W korespondencji ze Stępniem przyznało to nawet samo MEN pisząc, że: "JST posiadają dane, które umożliwiają dokonanie bardziej szczegółowych kalkulacji" oraz że MEN "przyjęło założenia upraszczające" i "nie wyklucza sytuacji, w której organ kontrolny dokona innej kalkulacji"! Mówiąc wprost: rząd przygotował przepis, którego nie potrafi zastosować, nie potrafi obliczyć kwot, z których mają się samorządy rozliczać, ale wysłał im swoje szacunki, które jednak organy kontrolne mogą zupełnie pominąć.

 

Ostatecznie MEN radzi: przeliczcie to sobie sami. Za Związkiem Nauczycielstwa Polskiego samorządowcy powinni przyznać świadectwo MEN. Tym razem z matematyki: dwója! Piszemy o samotnej walce Stępnia, ale właściwie to każde stowarzyszenie samorządowe zajęło w tej sprawie alarmujące stanowisko. Problem w tym, że niewiele zrobiono. Wniosek do Trybunału Konstytucyjnego miał złożyć jeden z powiatów zrzeszonych w Związku Powiatów Polskich. Zgłosił się powiat strzyżowski, którego starosta Robert Godek, wiceprezes ZPP, mówi, że czeka na sygnał od związku, bo to on ma przygotować "papiery". Od sekretarza generalnego ZPP dowiedzieliśmy się, że pisanie wniosku jest na ukończeniu, a reprezentować samorządy przed Trybunałem ma znany mecenas Hubert Izdebski.

 

Kiedy przygotowywaliśmy ten artykuł, osoba odpowiedzialna za projekt była na urlopie, więc nie mogliśmy jej zapytać, dlaczego to wszystko trwa tak długo. Zanim papiery trafią do powiatu, zanim zajmie się nimi rada powiatu, a później prześle wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, żeby ten w końcu mógł się tym zająć, prawdopodobnie zmieni się już podstawa prawna...

 

Uwaga, strajk!

 

Żeby problemów samorządów było mało, znaczną aktywność tuż przed wyborami planuje Związek Nauczycielstwa Polskiego. Domaga się: 1. zachowania, wynikających z ustawy Karta Nauczyciela, uprawnień nauczycieli, wychowawców i innych pracowników pedagogicznych; 2. podwyższenia o 10 proc. wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli, wychowawców i innych pracowników pedagogicznych; 3. zahamowania przekazywania przez samorządy szkół i placówek oświatowych; 4. zapewnienia uprawnień wynikających z ustawy Karta Nauczyciela nauczycielom zatrudnionym w publicznych przedszkolach, szkołach i placówkach prowadzonych przez osoby fizyczne oraz osoby prawne niebędące jednostkami samorządu terytorialnego.

 

- Jeśli rząd nie podejmie rozmów do 24 sierpnia, od 1 września wejdziemy w spór zbiorowy. Oczekujemy konkretów, nie obietnic. A konkrety są zapisywane w budżecie - mówi Sławomir Broniarz, prezes ZNP. Co ciekawe, mimo problemów samorządów z nadmiarem uczniów, według szacunków ZNP utratą pracy zagrożonych jest ok. 5 tysięcy nauczycieli. Najwięcej zwolnień będzie w województwach: śląskim - 414 osób, łódzkim - 303 i świętokrzyskim - 292.

 

Nie trzeba już chyba dodawać, że przy okazji każdej podwyżki tracą samorządy, którym rząd nakazuje wypłacanie większych kwot nauczycielom, ale nie daje wystarczającej rekompensaty. Dlatego nawet jeśli wielu samorządowców nie ma nic przeciwko wyższym zarobkom nauczycieli, to jako strażnicy budżetu z góry się o niego boją. I słusznie.