Prawo

Kto odpowiada za liczbę dzików w Polsce?

dr Miłosz Kościelniak-Marszał

24.01.2020

Ogniska ASF u świń, które zostały niedawno ujawnione w Wielkopolsce, są dowodem na to, że niebezpieczeństwo rozpowszechnienia się tej choroby w całym kraju przestało mieć charakter wyłącznie hipotetyczny. Kozłem ofiarnym, złożonym na ołtarzu propagandy w celu ukrycia nieporadności służb sanitarnych oraz słabości resortu rolnictwa, stały się dziki, które publicznie oskarżono o roznoszenie zarazy.

W efekcie ograniczenie populacji dzików stało się sztandarowym hasłem organizacji rolniczych, które nie zawahały się zarzucić myśliwym torpedowanie działań w tym zakresie.Pośród licznych oskarżeń kierowanych pod adresem Polskiego Związku Łowieckiego i jego członków, pojawiły się również postulaty zmiany modelu łowiectwa poprzez delegalizację związku oraz przyznania właścicielom ziemi prawa do polowania na własnym gruncie. Ponieważ propozycja ta ma nawiązywać do okresu międzywojennego, warto przypomnieć ówczesną regulację, aby na bazie wypracowanych wtedy doświadczeń ocenić skutki, jakie mogłoby to przynieść dla przyrody i społeczeństwa.

 

Łowiectwo między wojnami

Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z 3 grudnia 1927 r. o Prawie łowieckim obowiązywało na obszarze całej Polski, z wyjątkiem województwa śląskiego, gdzie obowiązywała śląska ustawa łowiecka z 13 stycznia 1903 roku. Rozporządzenie uściśliło zasady korzystania z prawa do polowania, wprowadzając nieznane do tego czasu rozwiązania prawne, m.in. w postaci obwodów łowieckich oraz kart łowieckich. Na mocy jego postanowień opieka nad łowiectwem oraz nadzór nad przestrzeganiem rozporządzenia i przepisów wydanych na jego podstawie należały do ministra rolnictwa, w województwie ‒ do wojewody, a na terenie powiatu ‒ do starosty.

Rozporządzenie podawało definicję polowania i wymieniało ponad 59 gatunków zwierzyny (zwierząt dzikich), na którą można było polować. Prawo polowania związane było z własnością gruntu i należało do jego właściciela, który mógł polować samodzielnie pod warunkiem posiadania nie mniej niż 100 ha ciągłej powierzchni. Grunt, po zarejestrowaniu przez właściwego starostę, stawał się własnym obwodem łowieckim. Obszary lasów państwowych stanowiły obwody własne państwa. Na obwody wspólne składało się kilka gruntów, które w sumie musiały mieć co najmniej 100 hektarów ciągłej powierzchni. Mogły je tworzyć również gminy. Obwody wspólne powstawały na okres co najmniej sześciu lat. Również na minimum sześć lat można było wydzierżawić polowanie.

Do polowania uprawniała karta łowiecka, wydawana na 14 dni, jeden rok lub trzy lata. Otrzymywały ją osoby uprawnione do polowania z tytułu posiadania własnego obwodu łowieckiego, wzięcia obwodu w dzierżawę albo pisemnego zezwolenia właściciela lub dzierżawcy polowania. Właściciel lub dzierżawca mógł wydać taką liczbę pisemnych zezwoleń, aby na każdego myśliwego przypadało co najmniej 50 ha obwodu łowieckiego. W czasie polowania uprawnieni do niego byli obowiązani mieć kartę przy sobie. Kartę łowiecką mogli otrzymać również cudzoziemcy mający pozwolenie na pobyt w Polsce na okres co najmniej roku. Opłaty za karty wpływały do Ministerstwa Rolnictwa.

Powyższe reguły weszły w życie od 1928 r. i formalnie obowiązywały również w pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej. W rzeczywistości jednak za moment końcowy funkcjonowania łowiectwa na zasadach określonych w rozporządzeniu o Prawie Łowieckim należy przyjąć 1 września 1939 r., gdyż działania wojenne, które objęły terytorium kraju, a następnie okupacja, praktycznie wykluczały możliwość wykonywania polowania przez obywateli polskich. Przybliżony okres życia jednego pokolenia jelenia szlachetnego stanowi jednak czas zbyt krótki, aby dokonać miarodajnej oceny tego, jaki wpływ odcisnęły normy Prawa łowieckiego, ustanowionego w II Rzeczypospolitej, na polską przyrodę. Niewiele przy tym pomagają subiektywne uwagi ówczesnych myśliwych, którzy w zależności od zajmowanej pozycji społecznej – w swoich wspomnieniach, z nostalgią wracają do arkadyjskiej epoki wielkich polowań dworskich, bądź też, chwaląc powojenną zmianę ustroju podkreślają, że koszty związane z polowaniami były wtedy tak wysokie, że mało kogo było stać na ich poniesienie.

W trakcie zaborów

Ponieważ wspomniany akt prawny, w interesującym nas aspekcie związku pomiędzy własnością gruntu a możliwością wykonywania polowania, stanowił próbę kompilacji rozwiązań, jakie obowiązywały na ziemiach polskich przyłączonych do poszczególnych zaborów, zasadne jest odwołanie się do doświadczeń pochodzących z okresu, kiedy Rzeczypospolitej nie było na mapach, a które doczekały się szerokiej analizy w ówczesnej prasie i literaturze łowieckiej.

I tak w obszarach zaboru rosyjskiego poszczególne kwestie łowieckie regulowane były odrębnymi ukazami. Na ich podstawie z prawa do polowania korzystali włościanie, co potwierdzone zostało w wydanym przez rząd carski po wybuchu powstania styczniowego ukazie uwłaszczającym chłopów. Zachowano na ich rzecz dotychczasowe prawo polowania i rybołówstwa, stanowiąc w art. 16 ukazu 2 marca (19 lutego) 1864 r. o urządzeniu włościan, że „prawo polowania na  całej przestrzeni gruntów włościan jedną gromadę składających, jak nie mniej praw o rybołówstwa w wodach do tych gruntów przytykających, nie do każdego pojedynczego gospodarza, lecz do całej gromady należy”. W praktyce jednak chłopi, którzy uzyskali prawo własności użytkowanej ziemi, zaczęli traktować jako swoją własność również przebywające na niej dzikie zwierzęta, co przyczyniło się do powszechnego uprawiania kłusownictwa. Na efekty, jakie w gospodarce łowieckiej wywołały reformy wiejskie i gwałtowny wzrost liczby osób uprawnionych do polowania, nie trzeba było długo czekać. Sytuację doskonale oddawał felieton w „Gazecie Kieleckiej”, którego autor alarmował: „Do podniesienia głosu w tej kwestii skłonił mnie opłakany stan naszych kniei i pól, gdzie zwykle polujemy, mała stosunkowo ilość zwierzyny, brak starania o nią”.

Całościowo sprawy łowiectwa na ziemi leżącej w granicach zaboru rosyjskiego uregulowały dopiero wydane przez cara 17 lipca 1871 r. Przepisy o polowaniu w guberniach Królestwa Polskiego.Na ich podstawie prawo do polowania uzyskali na swoich terenach właściciele odpowiednio dużych majątków, tj. przynajmniej 150 morgów gruntu w jednym obrębie [1 morga była równa 0,56 ha – przy. aut.], pod warunkiem, że otrzymali pozwolenie na broń myśliwską i wykupili kartę łowiecką. Dopuszczano jednak także możliwość polowania przez maksimum trzech właścicieli kilku graniczących ze sobą gruntów o łącznej powierzchni przynajmniej 150 morgów. Uprawnienia miała też gromada włościańska. Prawo własności polowania mogło być ustępowane na rzecz innych osób.

W tym okresie łowiectwo pomyślnie rozwijało się jedynie w większych majątkach, rozporządzających liczniejszą i dobrze zorganizowaną własną strażą leśną i polną, zdolną siłą ukrócać rozpanoszone kłusownictwo, uprawiane za pomocą nie tylko broni palnej, lecz także różnego rodzaju sideł i pułapek. Na przeciwległym biegunie spoczywała drobna własność ziemska, o powierzchni nieprzekraczającej 150 morgów, której właściciele, w myśl obowiązujących przepisów, nie posiadali prawa do polowania na swoich gruntach. To jednak właśnie tam, bez względu na porę roku, strzelano i łowiono zwierzynę w sidła i pułapki, wybierano i niszczono gniazda kuropatw, bażantów, przepiórek, czajek i innego ptactwa. Brak kontroli potęgował poczucie bezkarności, z kolei brak odpowiedzialności za stan przyrody powodował, że włościanie prowadzili krótkowzroczną politykę, wychodząc z założenia, że nie warto niczemu odpuszczać, bo co dziś jeden oszczędzi, to jutro inny zabije.

Z kolei w Galicji sprawy łowieckie przez długi czas regulowane było austriackim patentem o polowaniu z 13 kwietnia 1786 r, który czynił daleko idące wyłomy w zasadach racjonalnego gospodarowania zasobami przyrody. Szerzej zagadnienia łowieckie uregulował dopiero cesarski patent 7 marca 1849 r., który znosił prawo do polowania na obcym gruncie i wprowadzał zasadę, że z polowania może korzystać właściciel co najmniej 200 mórg w jednym kompleksie, oraz określał reguły korzystania z polowań gminnych.

Kilka lat później, rozporządzeniem ministerialnym z 15 grudnia 1852 r., uregulowano polowanie gminne, zastrzegając, że ma być ono wykonywane przez wydzierżawienie przeprowadzane przez polityczną władzę powiatową i określono zasady dzierżawy gruntów gminnych przeznaczonych do polowania. Skąpe i niejasne regulacje ustawowe usiłowano równolegle uzupełniać kolejnymi rozporządzeniami i dekretami kancelarii nadwornej oraz reskryptami ministerialnymi, odnoszącymi się do poszczególnych krajów wchodzących w skład Cesarstwa Austrii.

Poważnym problemem okazał się fakt, że przeważająca część obszarów łowieckich była traktowana jako res nullus, bez ochrony, opieki i praw. Co prawda na terenie kilkunastu wielkich majątków ziemskich i kilku dużych rewirów dzierżawionych przez nieliczne związki myśliwskie prowadzono racjonalną gospodarkę łowiecką, jednak na większości obszaru Galicji panowała w tym względzie znaczna samowola, skutkująca ogołacaniem lasów i pól ze zwierzyny.

Z trzech dzielnic Polski warunki łowieckie w Wielkopolsce najbardziej przypominały planową gospodarkę, realizując wzorowaną na niemieckich zwyczajach koncepcję „kto hoduje, ten poluje”. Surowe stosowanie pruskich ustaw łowieckich z 1850, 1870 i 1886 r., a także dobry ogólny stan nowoczesnego i zmechanizowanego rolnictwa, sprężysta i racjonalna gospodarka mieszkańców spowodowały, że stan łowiectwa w tym terenie korzystnie odstawał od pozostałych części kraju.

Natomiast cieszący się względną autonomią Śląsk nie tylko geograficznie, ale i mentalnie lokował się gdzieś pomiędzy Galicją a Wielkopolską. Z całą pewnością nie można mówić, aby panowała tam właściwa Kongresówce czy Galicji swoboda łowiecka, jednak daleko też było do uporządkowanych stosunków prawnych funkcjonujących w Wielkopolsce. Tu łowiectwo rozwijało się przede wszystkim w zwierzyńcach, których ambicję posiadania mieli nie tylko rodowi magnaci, ale również wzbogaceni na przemyśle właściciele hut i kopalń. Najsłynniejsze tereny łowieckie znajdowały się w należącej do księcia Hochberga Pszczynie, w Sławięcicach i Koszęcinie – u księcia Hohenlohe, w Świerklańcu – u księcia Donnersmarcka, w Mosznej – u hrabiego Thiele-Wincklera oraz w  Strzelcach (Opolskich) – u hrabiego Renarda.

Znacznie gorzej sytuacja wyglądała w łowiskach komunalnych, gdzie prawo do polowania było zwykle przedmiotem krótkoterminowych (rocznych) dzierżaw, w których głównym kryterium przetargu stanowiła wysokość czynszu dzierżawnego. Dla przykładu – za możliwość polowania w łowisku Dobrodzienia, obejmującym dwa kompleksy lasu o łącznej powierzchni 650 ha oraz miejskie pola, łąki i pastwiska, pobierano opłatę roczną w wysokości od 12 do 22 talarów, podczas gdy w tym samym czasie cena małego domku wynosiła ok. 100 talarów. Brak stabilności dzierżawy powodował, że gospodarka łowiecka polegała głównie na eksploatacji zasobów przyrodniczych, a wysokie koszty, jakie należało uiścić tytułem umowy skutkowały tym, że polowania były dostępne tylko dla nielicznych. To z kolei sprzyjało kłusownictwu, które również na Śląsku nie należało do zjawisk rzadkich, przy czym walka z nim – prowadzona głównie w najbogatszych majątkach – niejednokrotnie kończyła się śmiertelnymi postrzeleniami.

 

Dzisiejsze problemy zwierzyny grubej

Czy zatem na bazie opisanych wyżej doświadczeń historycznych można znaleźć uzasadnienie dla poglądu, że własnościowy model prawa do polowania ma lepszy wpływ na przyrodę aniżeli współczesne Polskie rozwiązanie? Twierdzenie takie nie wydaje się usprawiedliwione. Oczywiście nie da się wykluczyć, że w niektórych regionach prowadzone w ten sposób łowiectwo mogłoby się rozwijać sprawnie, jednak w ogólnym rozrachunku, zarówno w aspekcie przyrodniczym, jak i społecznym, należałoby się spodziewać raczej strat niż zysków. 

Z drugiej strony należy się pochylić nad zdolnością kół łowieckich do prowadzenia zrównoważonej gospodarki łowieckiej. Nie ma bowiem wątpliwości, że jesteśmy świadkami ogromnego sukcesu rozwojowym zwierzyny grubej. Skokowy wzrost liczebności dotyczy w szczególności jeleni i dzików, których rozrośnięte populacje stają się sporym utrapieniem już nie tylko dla rolników, ale również mieszkańców miast. Sytuacja ta po raz kolejny stawia myśliwych pod pręgierzem, a oskarżenia formułowane są niemal ze wszystkich stron. Podczas gdy rolnicy, leśnicy i pozostałe osoby korzystające z odnawialnych dóbr przyrody zarzucają dopuszczenie do nadmiernego rozmnożenia i oczekują redukcji populacji, to tzw. miłośnicy natury, z zasady w ogóle negują odpuszczalność  zabijania dzikich zwierząt.

Zanim przyjrzyjmy się bliżej tym argumentom, musimy najpierw zastanowić się nad tym, czy tzw. zwierzyny grubej jest rzeczywiście za dużo? Na tak postawione pytanie od lat usiłują znaleźć odpowiedź naukowcy, którzy formułują wnioski co do maksymalnej pojemności łowisk, jednak precyzyjne określenie tej liczby w praktyce okazuje się nierealne. Znacznie bardziej obiektywnym kryterium wydaje się zatem odwołanie się do akceptowalnego ekonomicznie poziomu wyrządzanych przez nie szkód w uprawach leśnych i rolnych. Zgodnie z tym założeniem, populacje zwierzyny mogą rosnąć dotąd, dopóki dzierżawca lub zarządca obwodu łowieckiego jest w stanie rekompensować wyrządzane przez nie straty. Ponieważ jak dotąd nie mamy do czynienia z przypadkami spektakularnych upadków kół łowieckich, to możemy wnioskować, że granica ta nie została jeszcze przekroczona.

 

Czy to wina myśliwych?

Kolejna kwestia to pytanie, czy myśliwi faktycznie ponoszą odpowiedzialność za tak duży rozrost populacji? Zwykle łączy się to z twierdzeniem, że ma to być skutek prowadzonego przez nich dokarmiania. Tymczasem myśliwi, zgodnie z aktualnymi wytycznymi, tylko wyjątkowo, w czasie surowej zimy, wykładają karmę, żeby dożywić dzikie zwierzęta. W pozostałych okresach karma wykładana jest po to, aby odciągnąć zwierzęta od pól, albo też ściągnąć w określony obszar przed polowaniem. Ilość przeznaczanej na ten cel karmy ma zresztą charakter dość symboliczny w porównaniu choćby do pozostawianych na polach resztek pożniwnych. Dla przykładu – obwód łowiecki ma powierzchnię 6200 ha, z tego uprawa kukurydzy zajmuje 1200 ha. Wydajność z ha w dobrym roku oscyluje wokół 8–9 t, a skuteczność zbioru to w najlepszym razie 92 proc. Teraz policzmy: 8 t x 8proc. x 1200 ha = 768 t. Tyle zostaje na polach w jednym obwodzie. Natomiast dzierżawiące go koło łowieckie w ciągu całego roku wykorzystuje na pasy zaporowe i nęciska nie więcej niż 20 t kukurydzy, co stanowi zaledwie 2,6 proc. Tego, co nie zostaje uprzątnięte po żniwach. Czy zatem to rzeczywiście myśliwi karmią zwierzynę?

 

A może winę ponosi kukurydza?

Celowo posłużyłem się przykładem kukurydzy, ponieważ to właśnie ona w zasadniczy sposób  przyczyniła się do rozwoju najbardziej problemowej populacji dzików. Po II wojnie światowej praktycznie kukurydzy w Polsce nie uprawiano – obszar uprawy wynosił zaledwie kilka tysięcy hektarów. Do szybkiego upowszechniania uprawy i hodowli kukurydzy w Polsce przystąpiono na przełomie lat 1950/1960. Wzrost znaczenia gospodarczego kukurydzy początkowo był wynikiem decyzji politycznych, a rozwój uprawy – oparty na odmianach importowanych z Węgier i ZSRR. Często były to odmiany zbyt późne, niedostosowane do istniejących warunków uprawy i agrotechniki. Stąd i wyniki produkcyjne nie były najlepsze. Aklimatyzacja tej rośliny do polskich warunków glebowo-klimatycznych zakończyła się jednak olbrzymim sukcesem. Od końca lat 90. następuje szybki wzrost znaczenia uprawy także na ziarno. W efekcie udział kukurydzy, który w zasiewach zbóż jeszcze w końcu lat 90. nie przekraczał 1 proc., wzrósł do 8 proc. w 2016 r. Według szacunków Zarządu Polskiego Związku Producentów Kukurydzy powierzchnia uprawy kukurydzy w Polsce w 2018 r. wyniosła około 1191 tys. ha.  Tak znaczący wzrost areału kukurydzy wielostronnie oddziałuje na dziki, poprzez zwiększenie bazy pokarmowej, zmianę środowiska bytowania, a co najistotniejsze – zaburzenia hormonalne powodowane przez patogenne grzyby pleśniowe zasiedlające kolby. Warunki pogodowe naszej strefy klimatycznej, wielkoobszarowe łany oraz opóźniony zbiór ziarna kukurydzy wpływają na rozwój na kolbach grzybów pleśniowych z rodzaju Fusarium i powstawanie mikotoksyn, a szczególnie naturalnego estrogenu, który powoduje zaburzenia cyklu rozrodczego, co skutkuje obniżeniem wieku płodności i wydłużeniem okresu rui, a w konsekwencji prowadzi do wzrostu pogłowia dzików. Sukces rozrodczy tego gatunku jest zatem bezpośrednim skutkiem zmian, jakie nastąpiły w ostatnich latach w naszym rolnictwie, a nie zaniedbań ze strony myśliwych.

 

Łowiectwo jednak trochę winne

Czy jednak ci ostatni pozostają całkowicie bez winy? Z pewnością nie, jednak należy upatrywać się jej w hermetyzacji środowiska i wieloletnich zaniedbaniach w zakresie promocji łowiectwa oraz dziczyzny. Obecnie w Polskim Związku Łowieckim jest zrzeszonych około 122 000 członków, co stanowi zaledwie 0,28 proc. społeczeństwa, przy średniej europejskiej wynoszącej 1,80 proc. W Europie najwięcej polujących można znaleźć wśród Irlandczyków (7,91 proc.), Cypryjczyków (6,00 proc.) i Maltańczyków (3,71 proc.). Tradycyjnie duży odsetek stanowią myśliwi skandynawscy (5,45 proc. w Finlandii, 3,98 proc. w Norwegii oraz 3,10 proc. w Szwecji). Łowiectwu z pasją oddają się jednak również południowcy (2,40 proc. w Grecji, 2,15 proc. w Portugalii, 2,08 proc. w Hiszpanii, 2,07 proc. we Francji, 1,25 proc. w Bułgarii, 1,24 proc. we Włoszech, 1,23 proc. w Chorwacji, 1,09 proc. w Bośni i Hercegowinie oraz 1,08 proc. w Serbii), choć nie wszyscy (0,54 proc. na Węgrzech). Także wśród naszych najbliższych sąsiadów myślistwo jest znacznie bardziej spopularyzowane niż w Polsce (1,04 proc. w Czechach, 1,00 proc. w Słowacji, 0,77 proc. w Litwie i 0,41 proc. w Niemczech). Tymczasem zwiększenie ilości polujących wpłynęłoby pozytywnie zarówno na poziom akceptacji społecznej łowiectwa, jak i na realizację planów łowieckich oraz ochronę przyrody. Nie należy bowiem zapominać, że polowania są tylko drobnym procentem w całokształcie działań podejmowanych przez myśliwych na rzecz natury i społeczeństwa, gdyż łowiectwo, jako element ochrony środowiska przyrodniczego, w rozumieniu ustawy oznacza ochronę zwierząt łownych (zwierzyny) i gospodarowanie ich zasobami w zgodzie z zasadami ekologii oraz zasadami racjonalnej gospodarki rolnej, leśnej i rybackiej.