W samorządach

Janusz Król: Dobre chęci i piekło

Mark Twain umarł w 1910 roku, zatem nie miał możliwości zapoznać się z dorobkiem Parlamentu Europejskiego, a przecież jego słynny bon mot „Niczyje zdrowie, wolność ani mienie nie są bezpieczne, kiedy obraduje parlament” pasuje do tej instytucji jak ulał.

Parlament ten – jak wiecie – przyjął właśnie rezolucję w sprawie zmiany norm emisji CO2 dla samochodów osobowych i lekkich aut dostawczych. Wydawany przez europarlament newsletter zacytował Holendra Jana Huitema sprawozdawcę komisji przygotowującej rezolucję, który radośnie oznajmił: „Ambitna rewizja norm emisji CO2 jest kluczowym elementem osiągnięcia naszych celów klimatycznych. Dzięki tym normom tworzymy przejrzystość dla przemysłu samochodowego i możemy stymulować innowacje i inwestycje producentów samochodów. Ponadto, zakup i eksploatacja samochodów o zerowej emisji zanieczyszczeń stanie się tańsza dla konsumentów. Cieszę się, że Parlament Europejski poparł ambitną rewizję celów na rok 2030 i opowiedział się za stuprocentowym celem na rok 2035, co ma kluczowe znaczenie dla osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku". Jeśli ktoś nie rozumie tej wypowiedzi, to chodzi w niej (i w tej rezolucji) o to, aby w 2035 roku (czyli za 12 lat) nie było na europejskich drogach żadnych samochodów z silnikami benzynowymi i diesla, miejsce to mają zająć „elektryki”.

Mamy właśnie kryzys energetyczny, bo wieloletnia polityka ograniczania wydobycia węgla w Europie skazała kontynent na import tego surowca z Rosji. Niemcy muszą importować ponad 50 proc. ruskiego węgla, aby zapewnić paliwo swoim elektrowniom, Polacy likwidowali kopalnię za kopalnią i dziś w sytuacji embarga na surowce energetyczne z najeźdźczej Rosji zmagają się z kosmicznym wzrostem cen tego paliwa. Inne kraje przeżywają to samo. Prąd stał się diabelnie drogi. Na dodatek Komisja Europejska ogłosiła, że gaz (tak ochoczo sprowadzany przez naszych sąsiadów zza Odry podmorskimi rurociągami) jest paliwem przejściowym i nie będzie już dotowany. To jeszcze mocniej uderzy w gospodarstwa domowe, które skuszone dotacjami do pieców gazowych pozbyły się starych źródeł ciepła, w których można było palić nawet modnym ostatnio chrustem czy starymi butami. Do tej litanii strat trzeba jeszcze dodać olbrzymie koszty, jakie Polska poniosła rozbierając prawie gotowe bloki węglowe elektrowni w Ostrołęce i zamieniając je na gazowo-parowe, które wkrótce z racji europejskiej polityki też trzeba będzie zamknąć. Oczywiście, my, obywatele Unii Europejskiej, będziemy musieli wymienić samochody spalinowe na elektryczne, jak wymienialiśmy piece węglowe na gazowe. Również to pociągnie za sobą niemałe koszty. Ale to wszystko furda, to przecież tylko pieniądze (!?). Liczy się szlachetność celów!

Aby wyprodukować ogniwa elektryczne niezbędne do zasilania samochodów koniecznie potrzebny jest kobalt. Jest on wydobywany w Afryce, ponad połowa światowej produkcji tego metalu pochodzi z Konga. W jakich warunkach odbywa się jego fedrowanie może przekonać się każdy, kto w wyszukiwarce portalu youtube.com wpisze frazę: cobalt mines in Africa i obejrzy jeden czy kilka (jeśli mu starczy odwagi i odporności) filmików na ten temat. Mnie te filmy przypomniały opowiadanie Josepha Conrada „Jądro ciemności”. Nasz piszący po angielsku wielki rodak przedstawił w nim działalność kompanii pozyskującej kość słoniową z Wolnego Państwa Konga. Państwo to było prywatną własnością króla Belgów Leopolda II. Jego pomnik do dziś stoi w Brukseli, stolicy Unii Europejskiej, przed pałacem królewskim. W Kongo króla Leopolda II, aby zdobyć cenny surowiec, na rozkaz tego „cywilizowanego” monarchy zamordowano kilka milionów „dzikich” tubylców. Mówi się nawet o 10 milionach ludzkich istnień. Conrad przedstawił niesłychane barbarzyństwo Europejczyków, którzy – podobni do powieściowego Kurza, aby zastraszyć i zdyscyplinować niesfornych Afrykanów – obcinali im nogi, ręce, nosy i głowy, które zawieszali na palisadach faktorii jak totemy.

Dzisiaj „oświeceni” europarlamentarzyści podobnie jak król Leopold nie zamierzają przejmować się losem murzyńskich dzieci. Jeśli kobalt jest potrzebny, należy go wydobyć za wszelką cenę. Wszak potrzebujemy komórek, laptopów i samochodów elektrycznych! Ta pogarda współczesnych zachodnich liberałów jest tożsama z cynizmem niegdysiejszych kolonizatorów w Kongu. Wtedy mordowanie tubylców nazywano „humanizacją”, dziś ekonomiczną eksploatację dzieci nazywa się „osiąganiem szczytnych celów klimatycznych”. Wtedy Kongo i dziś znów Kongo, wtedy Bruksela i dziś także to miasto. Zaprawdę, na usta cisną się słowa wypowiedziane w opowiadaniu Conrada przez umierającego Kurza, który chyba już widział otwierające się przed nim wrota piekła: zgroza, zgroza…

Janusz Król
redaktor naczelny "Wspólnoty"
j.krol@municipium.com.pl