Rozmowy Wspólnoty

Historyczne resentymenty blokują współpracę z miastami na Ukrainie

Moją decyzję o zawieszeniu współpracy z Tarnopolem poparło wielu mieszkańców Zamościa oraz Stowarzyszenie Upamiętniania Polaków Pomordowanych na Wołyniu. Media zachowały się dziwnie. Wprawdzie informacja przewinęła się przez wszystkie ważniejsze stacje i tytuły, ale nikt nie dzwonił. „Wspólnota” to pierwsze pismo, które na poważnie zainteresowało się tą sprawą – mówi Andrzej Wnuk, prezydent Zamościa.

Zawiesił pan współpracę z Tarnopolem na Ukrainie, ponieważ tamtejsi radni 5 marca br. nadali lokalnemu stadionowi patronat Romana Szuchewycza, założyciela UPA oraz inspiratora rzezi Polaków na Wołyniu. Z jakimi reakcjami w kraju i na Ukrainie spotkała się pańska decyzja?

Przede wszystkim wyjaśnię, dlaczego zawiesiłem tę współpracę. Otóż władze z Ukrainy złamały dane słowo. Wiedzieliśmy wcześniej, że nastroje nacjonalistyczne są tam bardzo silne, ale obiecano nam, że zostaną wyciszone i żadne incydenty nie położą się cieniem na naszej współpracy. Niestety, doszło do takiej sytuacji. Co więcej, musiałem uznać, że było to działanie celowe, bo uchwała nie została zgłoszona przez radnych, co bym zrozumiał, ale podjęto ją z inicjatywy mera miasta. Wcześniej to on osobiście obiecywał, że żadnych incydentów nie będzie. Cóż, pomimo ciężkiej pracy włożonej w przygotowanie wniosku unijnego do programu Polska, Białoruś i Ukraina, ciężkiej, bo Tarnopol ma nienajlepszą historię w tym programie i trzeba było przekonywać sekretariat programu co do ich wiarygodności ekonomicznej, musiałem tę współpracę zakończyć.

Ze strony Tarnopola nie doczekaliśmy się żadnej reakcji na moją decyzję, mimo że wysłaliśmy nasze stanowisko oraz informację o odstąpieniu od umowy. Za to dostaliśmy kilka mejli i telefonów z Ukrainy z poparciem dla naszego stanowiska, głównie od osób polskiego pochodzenia. W Tarnopolu jest spora grupa Polaków, szczególnie liczna jest społeczność naszych rodaków pracujących i studiujących na tamtejszym uniwersytecie medycznym. Dostałem też kilka dość napastliwych pytań od jednej z tarnopolskich dziennikarek, której starałem się wytłumaczyć, że innego sposobu na łamanie ustaleń nie widzę.

 

A reakcje po stronie polskiej?

Moją decyzję poparło bardzo wielu mieszkańców Zamościa oraz działające u nas Stowarzyszenie Upamiętniania Polaków Pomordowanych na Wołyniu prowadzone przez Janinę Kalinowską. Stowarzyszenie jest największą w Polsce organizacją starającą się chronić pamięć o rzezi wołyńskiej. Nie mieliśmy natomiast żadnych reakcji ze strony czynników oficjalnych, myślę tu o ambasadzie polskiej na Ukrainie i Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Dostałem za to wparcie ze strony posłów Prawa i Sprawiedliwości z naszego okręgu wyborczego – pana posła Zielińskiego i pana wicepremiera Sasina, którzy w rozmowach ze mną stwierdzili, że rozumieją tę trudną, ale konieczną decyzję. Naprawdę dziwnie zachowały się nasze media. Wprawdzie informacja o zawieszeniu współpracy w formie cytatu z mojego oświadczenia przewinęła się przez wszystkie ważniejsze stacje, portale i tytuły, ale nikt nie dzwonił. „Wspólnota” to pierwsze pismo, które na poważnie zainteresowało się tą sprawą. Za to odezwał się do mnie dziennikarz z Moskwy, zresztą Polak z pochodzenia, który zrobił w tej sprawie dłuższy wywiad. I to tyle.

 

Zrezygnował pan także z kilkudziesięciu tysięcy euro na realizowany z Tarnopolem projekt dotyczący wspólnej historii obu miast. Ludzie mogą to odebrać jako stratę dla miasta. Nie obawia się pan takiej opinii?

Projekt miał dotyczyć wspólnej hetmańskiej historii obu miast, tam był Tarnowski, u nas Zamoyski. W Tarnopolu po Tarnowskich niewiele zostało – z dawnego zamku usytułowanego na brzegu jeziora ostał się jeden niewielki budyneczek, w którym mieści się szkoła. Tarnopolanie w ramach projektu chcieli zrobić pełną dokumentację archeologiczną i techniczną pod odbudowę zamku, aby przypomnieć o dawnych dziejach ich miasta. My w Zamościu wszędzie mamy ślady Zamoyskich. Nasz komponent dotyczy powstania twierdzy Zamość, a ściślej rzecz biorąc figuralnej pamiątki po twierdzy, czyli rzeźby Michała Archanioła z Bramy Szczebrzeskiej. Kiedyś stały na niej dwie rzeźby, ale przechowała się tylko jedna, ukrywana przed Niemcami na prywatnym podwórzu przy ulicy św. Piątka. Chcieliśmy tę rzeźbę odrestaurować i teraz zrobimy to z własnych funduszy. W ramach projektu miały powstać też foldery i publikacje ukazujące dzieje wielkich wodzów Rzeczypospolitej i jakie były losy naszych miast.

Najważniejsze, że mieszkańcy odebrali tę decyzję bardzo pozytywnie. Było to widać na naszym kanale na Facebooku, swoistym barometrze nastrojów społecznych. Na marginesie, przykro mi to mówić jako byłemu dziennikarzowi, ale tradycyjne media nie mają dziś takich zasięgów jak Facebook. Artykuł w „Tygodniku Zamojskim” mającym dziś w Zamościu sprzedaż 5 czy 6 tysięcy egzemplarzy przeczyta najwyżej 15 tysięcy osób, a post dotyczący Tarnopola przeczytało ponad 35 tysięcy internautów.

 

O ile się orientuję, Tarnopol nie był miastem partnerskim Zamościa, są nimi natomiast Łuck i Żółkiew. Jak teraz układa się współpraca z tymi miastami?

Nie mamy żadnych reakcji z Łucka czy z Żółkwi na decyzję w sprawie Tarnopola. W ogóle w ostatnich miesiącach ze względu na pandemię nasze stosunki z miastami partnerskimi praktycznie nie istnieją, poza tym, że od czasu do czasu ktoś napisze kilka słów w internecie. Nie dzwonimy, nie odwiedzamy się, nie mamy możliwości podejmowania żadnych działań z racji braku możliwości podróżowania. Właśnie dostałem pismo od naszych partnerów z Schwäbisch Hall, że odwołują Festiwal Ciasta i Fontann, czyli kolejną doroczną imprezę. Od ponad roku stosunki z miastami partnerskimi są bardzo kulawe.

 

Jak pan ocenia, czy polityka polskich rządów prowadzona od 1990 roku wobec partnerów na Wschodzie, partnerów niegdyś współtworzących Rzeczpospolitą Obojga Narodów, pomaga w nawiązywaniu relacji i budowaniu współpracy z ośrodkami na dawnych kresach Rzeczypospolitej? 

Osobiście uważam, że powinniśmy jak najsilniej wspierać Ukrainę w jej sporze z Rosją. Bywam na Ukrainie i widzę, jak patriotycznie podchodzi do tego sporu. Rozumiem, że ukraińska państwowość, która w przeszłości nie zaistniała aż do rozpadu ZSRR, wymaga kreowania bohaterów. Jednak nie wszystko musimy akceptować i nasze wsparcie nie może być bezwarunkowe. Niestety, polska polityka w sprawach Ukrainy odbija się od ściany do ściany. Kiedy zdarzył się majdan w Kijowie, za wszelką cenę wspieraliśmy wolnościowe aspiracje Ukraińców, ale potem o nich zapomnieliśmy. Kiedy Rosja zajęła Krym, natychmiast popłynęły z naszej strony wyrazy poparcia, a potem wycofaliśmy się, gdy zdarzyły się antypolskie incydenty napędzane przez ukraiński nacjonalizm. Nie mamy jednej spójnej państwowej polityki, która doprowadziłaby do wyeliminowania historycznych resentymentów i pozwoliła na skupienie się na współpracy. Absolutnie potępiam to, co się dzieje z upamiętnieniem polskich ofiar rzezi wołyńskiej. I mówiłem o tym na Ukrainie, że owszem, idziemy do przodu, musimy współdziałać dla dobra mieszkańców w tym także Polaków, którzy tam żyją, ale nie wolno pozwolić, aby pamięć o grobach, o wioskach, które już nie istnieją, o Polakach, którzy tam żyli, kompletnie zniknęła.

Janina Kalinowska, szefowa zamojskiego Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu, słusznie podkreśla, że oni są ostatnim pokoleniem, które pamięta rzeź wołyńską, bo kolejne będą tę tragedię znały tylko z przekazów. A w dzisiejszym świecie wszystko jest nieoczywiste, mamy zalew fejkowych wiadomości, w konsekwencji ludzie z dużym dystansem podchodzą także do historycznych faktów. Tak może się stać z Wołyniem, dla wielu stanie się mitem, opowieścią nieprawdziwą, zwłaszcza że jest stale kwestionowany przez Ukraińców.

 

Jak się doliczyłem, Zamość ma 9 miast partnerskich w siedmiu państwach (Ukraina, Niemcy po dwa, Słowacja, Włochy, Rumunia, Wielka Brytania i USA po jednym). Jakie korzyści odnosi miasto z tej współpracy?

Chyba więcej niż 9, ale z czasów PRL-u nie zachowały się dokumenty. Wiemy na przykład, że podpisano umowę partnerstwa z miastem Sumy na Ukrainie, zupełnym przypadkiem dowiedzieliśmy się, że naszym partnerem jest Cassino we Włoszech, mówi się też, że było podpisane porozumienie z innymi miastami we Włoszech i na Węgrzech. Niektóre z tych miast do nas się przyznają, szukamy więc dokumentów, które potwierdzałyby nawiązanie współpracy z nimi.

 

To trochę bałaganiarska historia…

Myślę, że Zamość nie jest w tym odosobniony. Opowiadał mi kiedyś włodarz jednego miasta, jak ponad pięćdziesiąt lat temu nawiązywano współpracę Finami. Ówczesny nadburmistrz poleciał należącym do miasta samolotem do Finlandii ze sporym zapasem trunków. Na miejscu okazało się, że powodów celnych nie można tego alkoholu wynieść na lotnisko, więc zaproszono fińskiego burmistrza na pokład samolotu i podczas lotu doprecyzowano szczegóły współpracy. Spożyto przy tym pewną ilość alkoholu i potem przez lata zastanawiano się, czy tę współpracę rzeczywiście zawarto i jakie szczegóły obejmowała umowa. Zwieranie umów o partnerstwie miast nigdzie nie jest uregulowane szczegółowymi przepisami, w jednych robią to rady miast podejmując uchwały, w innych umowy podpisują burmistrzowie.

 

Ostatnio kilkanaście samorządów w Polsce doświadczyło zerwania współpracy przez miasta z zachodniej Europy z powodu rzekomego ustanowienia przez nasze samorządy stref wolnych od LGBT. Jak pan ocenia reakcje polskich partnerów i jaką reakcję doradzałby pan kolegom z naszych samorządów?

Ja też miałem trzy listy protestacyjne w sprawie uchwały przeciwko promocji ideologii LGBT podjętej przez powiat zamojski. Chodzi o Loughborough,Schwäbisch Hall i Weimar, w tym trzecim przypadku nie był to protest władz wykonawczych, tylko rady miasta. Starałem się wytłumaczyć zachodnim kolegom samorządowcom, że powiat to nie to samo co miasto, że w mieście takiej uchwały nie podjęliśmy i nie zamierzamy podejmować. Dodałem też, że uchwała powiatu nie ma na celu tworzenia jakichś wykluczeń, tylko wspiera tradycyjny model rodziny. W Schwäbisch Hall od razu zrozumiano, bo znamy się najbliżej i często u siebie bywamy, z Loughborough przysłano drugi list z namową, abym potępił ruch anty-LGBT, więc odpisałem, że nikomu do łóżka nie zaglądam i nie zamierzam się w tej sprawie wypowiadać. Moim zdaniem, władza publiczna absolutnie nie powinna się zajmować takimi rzeczami, bo mamy dość kompetencji, aby zajmować się równym traktowaniem każdego człowieka. W swych pismach jako przykład podawałem historię nieżyjącego już Waldemara Zakrzewskiego, dyrektora miejskiego domu kultury, człowieka, który zakładał w Zamościu teatr, był nauczycielem, wychowawcą i równocześnie gejem. Wszyscy w mieście wiedzieli o jego orientacji, bo on się z tym nie krył, chodził po mieście trzymając się z partnerem za rękę i nigdy mu z tego powodu włos z głowy nie spadł. Przeciwnie, bardzo go szanowano, a nawet dostawał od władz nagrody i odznaczenia za pracę z dziećmi i młodzieżą.

Na koniec powiem, że burmistrz jednego z miast partnerskich powiedział mi, że on też nie chce, aby jego dzieci były wychowywane w duchu tej ideologii, ale panuje taka atmosfera, że lepiej o tym głośno nie mówić. Prosił tylko, abym potwierdził, że uchwała nie dotyczy Zamościa i to mu wystarczy. Myślę, że wielu samorządowców na Zachodzie jest poddanych silnej presji publicznej, nawet nie całego społeczeństwa, tylko jego bardziej wojującej części. Dlatego muszą się zachować w taki sposób. Z kolei po polskiej stronie też jest za mało roztropności w zrozumieniu europejskich partnerów. Nikogo nie namawiam, aby się stawiał czy unosił honorem. Po drugim piśmie z Loughborough grzecznie, ale stanowczo odmówiłem jakichkolwiek deklaracji przeciwko uchwałom podając rzeczowe argumenty i myślę, że to ich przekonało, bo więcej w tej sprawie się nie wypowiadali.