W samorządach

Dyrektywa ściekowa. Unijny zegar tyka

Fot. AdobeStock

Z jednej strony realne korzyści środowiskowe i zdrowotne, z drugiej konieczność kosztownych modernizacji oczyszczalni i kanalizacji. Wymagania nowej dyrektywy ściekowej dla wielu samorządów wydają się nie do udźwignięcia, a wskazane w niej terminy zbliżają się nieubłaganie.

Polska na implementację dokumentu, przyjętego przez Radę Unii Europejskiej w listopadzie zeszłego roku, ma czas do połowy 2027 roku. Przepisy oznaczają nowe obowiązki dla wielu gmin. Największą zmianą, którą odczują przede wszystkim mniejsze samorządy, jest obniżenie progu aglomeracji objętych regulacjami. Dotychczas obowiązywał on dla miejscowości liczących co najmniej 2000 równoważnej liczby mieszkańców (RLM). Nowe przepisy schodzą niżej, próg ustalono na poziomie 1000 RLM. W praktyce oznacza to, że gminy wiejskie i miejsko-wiejskie, które do tej pory mogły bazować na rozwiązaniach indywidualnych – szambach lub przydomowych oczyszczalniach – będą musiały stworzyć system kanalizacyjny i wybudować oczyszczalnie spełniające unijne standardy.

Dyrektywa wprowadza także nowe standardy jakości oczyszczania, które będą wdrażane stopniowo. W pierwszej kolejności, do roku 2035, wszystkie aglomeracje powyżej tysiąca RLM mają zapewnić tzw. oczyszczanie wtórne, czyli usuwanie materii organicznej ze ścieków. To absolutne minimum, które stanie się obowiązkowe również w małych gminach.

Stanisław Jastrzębski, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP, nie ma wątpliwości, że przed małymi samorządami stoją gigantyczne wyzwania. – Jednym z wymogów dyrektywy jest to, że każdy mieszkaniec niepodłączony do kanalizacji musi dostarczać ścieki do oczyszczalni. Tymczasem są to ładunki wielokrotnie bardziej stężone niż te z sieci, na co nasze oczyszczalnie nie są przygotowane. Szacujemy, że 90 proc. z nich wymaga modernizacji. A każda taka inwestycja to koszt od kilku do kilkunastu milionów złotych – zauważa Jastrzębski i dodaje, że dodatkowym problemem w małych gminach jest rozproszona zabudowa. – W wielu miejscach klasyczna kanalizacja nie ma sensu ekonomicznego i trzeba stawiać na przydomowe oczyszczalnie. Wszystko to razem sprawia, że potrzeby inwestycyjne w skali kraju sięgają około 100 mld zł.

Zdaniem Jastrzębskiego, problemem nie jest sam próg tysiąca RLM, lecz brak środków i wykonawców. – Nie ma tylu firm, żeby w jednym czasie zrealizować wszystkie inwestycje w całym kraju. Potrzebujemy stabilnego, rozłożonego na lata wsparcia. Jeżeli państwo nie zapewni środków i nie wydłuży terminów, to zwyczajnie nie damy rady – stwierdza nasz rozmówca.

Cały artykuł w aktualnym (18.) papierowym wydaniu "Wspólnoty"

Ta strona korzysta z plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z naszej witryny.

Zgoda na wszystkie
Zgoda na wybrane