W samorządach

Burza nadciąga nad Wyrzysk

Sławomir Bukowski

21.02.2013

Zwolniony z pracy wiceburmistrz Wyrzyska próbuje odwołać swego byłego pracodawcę. 3 marca w referendum mieszkańcy zdecydują, czy chcą zmiany władzy. – To nie zemsta, ja tu tylko pomagam – mówi główny zainteresowany. Ale ludzie i tak swoje wiedzą. W gminie, w której nie ma wielkiej polityki, a partie polityczne w zasadzie nie istnieją, życie toczy się według serialowych reguł. Samorządową rzeczywistość budują relacje między ludźmi. W tym dwie najważniejsze – wdzięczność i nienawiść.

Wyrzysk to maleńka gmina, w dodatku pechowa. Do Piły niecałe 40 km, do Bydgoszczy – 50. Nieco bliżej, 20 km z hakiem, jest do Śmiłowa, gdzie działa Farmutil, należący do jednego ze znanych biznesmenów. Ludzie tracą godzinę w jedną stronę, żeby dojechać do pracy. A jeżdżą, bo w Wyrzysku firm nie ma. Jedyni pracodawcy to urząd miasta, szkoły, szpital. Kto ma etat na miejscu, odczuwa zazdrość sąsiadów. Oczywiście są małe biznesy, typu sklepiki i warsztaty, ale tu się na umowach śmieciowych pracuje, za grosze.

 

– Młodzi uciekają stąd zaraz po szkole – kiwa głową jedyny taksówkarz w gminie. Jeździ od 1 stycznia. Zabrał mnie spod dworca kolejowego. Pociąg staje 5 km od Wyrzyska, do miasta prowadzi dziurawa droga, bez pobocza, przez pola. W zimowy wieczór nikt bez samochodu z dworca się nie wydostanie. – Pojeżdżę parę miesięcy, zobaczę czy się opłaca. Rozdaję ludziom wizytówki, mogą mnie zamawiać całą dobę. Zresztą nie na młodych liczę, tylko na emerytów, których trzeba do lekarza czy do apteki podwieźć – tłumaczy.

 

Choć informacji o referendum próżno na ulicach szukać, wszyscy o nim wiedzą. Jedni twierdzą, że to będzie burza, która zmiecie lokalną władzę, inni, że nie ma co sobie głowy zawracać. A samorządowych burz w Wyrzysku było już kilka.

 

Nagła zmiana władzy

Największa nawałnica była w 2007 roku. Stanowisko traci wtedy Tadeusz Perliński, burmistrz od 1998 roku. To efekt prawomocnego wyroku Sądu Okręgowego w Poznaniu, który uznaje Perlińskiego winnym narażenia gminy na ryzyko niezrealizowania inwestycji oraz przekroczenia uprawnień podczas budowy hali sportowej w Osieku. Co prawda kary nie wymierza, ale burmistrz musi odejść.

 

Zaczyna się walka o schedę. Kampania zacięta, kandydatów – blisko dziesięcioro. Nieoczekiwanie w pierwszej turze zwycięża Maria Bratkowska, wieloletnia urzędniczka regionalnej izby rachunkowej. W drugiej turze jej przewaga nad kontrkandydatem, byłym przewodniczącym rady miasta Romanem Łuką, jest wyraźna. Bratkowska zdobywa 2342 głosy, Łuka – 1580.

 

Ale przed wyborami dokonuje się ważna rzecz, której skutki dadzą o sobie znać po kilku latach. Bratkowska układa się z Polskim Stronnictwem Ludowym. Uzgadniają, że w razie wygranej ważne stanowisko w urzędzie, np. zastępcy burmistrza, otrzyma kandydat z PSL. Partia się zgadza, bo sama nie ma wyrazistego kandydata. W efekcie wiceburmistrzem zostaje Waldemar Wyczyński, prezes miejskich struktur ludowców. Młody, zaledwie 31 lat i zerowe doświadczenie w samorządzie. Prowadził do tej pory niewielki biznes drobiarski, ale deklaruje, że chce się uczyć, że zrobi studia podyplomowe związane z problematyką samorządu.

 

Gładko mijają trzy lata. Jest 2010 rok. Kampania przed normalnymi wyborami znów zacięta. Maria Bratowska kontynuuje układ z PSL, ale tym razem wygrywa zdecydowanie już w pierwszej turze. W pokonanym polu zostawia byłego burmistrza Tadeusza Perlińskiego. A Wyczyński zostaje wiceburmistrzem na drugą kadencję.

 

Komfort rządzenia, ale do czasu

Jak to się stało, że Maria Bratkowska tak błyskawicznie zdobyła ogromną popularność? Przede wszystkim jest… kobietą. Uśmiechnięta, energiczna, budzi sympatię. Dobrze wypada publicznie. Podczas kampanii objeżdża wszystkie wsie, spotyka się z ludźmi, rozmawia. Przez 14 lat pracy w RIO świetnie poznała prawo samorządowe, sypie przepisami i tłumaczy zawiłości prawa. Obiecuje, że w każdej wsi będą remontowane ulice i budowana kanalizacja. Że o żadnym przysiółku nie zapomni. Ludzie jej wierzą.

 

Pani burmistrz ma komfort pracy, o jakim inni włodarze mogą tylko śnić. W pierwszej kadencji współpraca z radnymi układa się dobrze, choć rada wybrana była rok wcześniej. W obecnej kadencji aż 8 radnych na 15 wywodzi się z jej komitetu wyborczego, a dwóch dołączyło do klubu. Pozostała piątka klubu nie utworzyła, jednak też panią burmistrz wspiera. Od 2008 roku projekty kolejnych budżetów przyjmowane są jednogłośnie. Podobnie wygląda głosowanie nad absolutorium. Wszystkie projekty uchwał pani burmistrz przechodzą bez problemu.

 

Niespodziewany przełom następuje w 2011 roku. Na linii burmistrz – zastępca zaczyna iskrzyć. Dziś każde z nich interpretuje to inaczej. Maria Bratkowska: – Zastępca ma obowiązek realizować zadania zlecone przez zwierzchnika i wykonywać jego decyzje, realizować jego politykę, bo jest podwładnym. To burmistrz odpowiada ostatecznie za całość pracy urzędu i za prawidłową realizację zadań gminy, ponosi pełną odpowiedzialność jako jednoosobowy organ wykonawczy. Jak ktoś tego nie rozumie, nie może pracować ze mną i na moją odpowiedzialność.

 

Wyczyński: – Nie wiem, o co pani burmistrz chodzi. Współpracowało nam się dobrze, dostałem nawet nagrodę na dwudziestolecie samorządu. Żadnych upomnień ani nagan. Aż tu nagle bach: zwalnia mnie z pracy bez podania przyczyny.

 

Wiceburmistrz ucieka na zwolnienie

Pani burmistrz do tej decyzji, jak mówi, dojrzewała dłuższy czas. Przygotowuje zarządzenie o odwołaniu. 31 października 2011 roku zamierza je wręczyć Wyczyńskiemu. Ale czeka do końca dnia. – Może to był błąd, trzeba było to zrobić rankiem. Przywykłam przez lata pracy, że takie sprawy załatwia się po południu, na koniec dnia. Jednak tego dnia pan Wyczyński wyszedł sobie z urzędu niespodziewanie już o 14.30, nie zwalniając się, nie informując mnie.

 

Wyczyński: – Wyszedłem około 15. Mój czas pracy nie był stały, „od do”. A o wyjściu poinformowałem sekretarkę. Zaraz potem sekretarka zadzwoniła do burmistrz i powiedziała jej, że mnie nie ma. A około 15.30 pani burmistrz zadzwoniła do mnie i przez telefon mnie zwolniła.

 

Burmistrz Bratkowska: – Zaraz potem, 2 listopada, pan Wyczyński przyniósł zwolnienie lekarskie. Gdy próbowałam wręczyć mu odwołanie odparł, że bez swoich prawników żadnych dokumentów nie przyjmie. Wyczyński: – Poszedłem na zwolnienie, bo musiałem się jakoś bronić.

 

Choruje do kwietnia 2012. Dopiero wtedy rusza trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Wyczyński składa pozew w sądzie pracy, ale sędzia mu tłumaczy, że prawo stoi po stronie burmistrza, który pracownika powołanego może odwołać bez podawania przyczyn. Burmistrz Bratkowska: – Mam prawo dobierać sobie pracowników, odwołując zastępcę nie musiałam tego uzasadniać. Nie sprawdził się i tyle.

 

Ale miasteczko i tak trzęsie się od plotek. Ludzie snują domysły. – Gadali, że może coś wziąłem, że za dużo piłem. A pani burmistrz zamiast to uciąć, milczała. I w ten sposób tylko podsycała zainteresowanie moją osobą. Dodatkowo zaplombowała moje biuro, jakbym był przestępcą – wypomina jej Wyczyński. – Bo ludzie swój rozum mają. Widzą, oceniają i mówią, co uważają. Ich prawo – kwituje Bratkowska.

 

Odwołany cały czas liczy, że wstawi się za nim PSL. Ale srogo się rozczarowuje. Partia nie podejmuje żadnych kroków w jego obronie. Co więcej, nie typuje nikogo na stanowisko wiceburmistrza. Maria Bratkowska rządzi więc Wyrzyskiem sama. – Ale PSL wie, że stanowisko  zastępcy jest zarezerwowane dla ich kandydata. Ja umów dotrzymuję – podkreśla burmistrz. A Wyczyński, który w 2007 r. zlikwidował własną firmę, rejestruje się jako bezrobotny.

 

No to odwołujemy panią burmistrz

Wrzesień 2012 roku. W Wyrzysku znów wybucha bomba: odwołany wiceburmistrz szykuje referendum w sprawie odwołania Marii Bratkowskiej. Zainteresowany zaprzecza, że to jego pomysł. – Zgłosiło się do mnie czterech młodych mieszkańców. Dwóch związanych z ochotniczą strażą pożarną, dwóch z klubem sportowym. Spytali, czy im pomogę, doradzę, sprawdzę, czy dobrze przygotowali wniosek o rozpisanie referendum – mówi Wyczyński. Dlaczego chcą odwołać Bratkowską? – Jest dużo powodów. Łukasz Michałek, jeden z tych młodych chłopaków, kilka razy umawiał się na spotkanie z panią burmistrz, ale ona go zbywała, a gdy w końcu się spotkali, potraktowała jak małego chłopca. To przejaw arogancji wobec mieszkańców. Poza tym inwestycje w gminie się ślimaczą. Przetarg na remont jednej drogi był rozpisywany aż sześć razy. Nie wierzy pan? Naprawdę – ożywia się. – W Wyrzysku jakoś tak się dziwnie składa, że drogi remontowane są tylko zimą. Śnieg pada, a u nas leją asfalt i układają kostkę polbrukową. Ile lat taka droga wytrzyma? No i promocja przedsiębiorczości kuleje. Powiem więcej: w ogóle jej nie ma. Pani burmistrz tylko podatki potrafi podnosić. – To rada przegłosowuje stawki podatków – oponuję.

 

– Teoretycznie tak. Z tym że tutaj radni głosują to, co im pani burmistrz podsunie. Niech pan zobaczy, kto zasiada w radzie. Głównie emeryci, renciści i nauczyciele. Chcą mieć święty spokój. Są trzy młodsze osoby, ale nie mają prawa głosu, dopiero się uczą i twierdzą, że nic nie mogą. – Ale ludzie odbierają to tak, że referendum to pańska zemsta za zwolnienie z pracy – mówię.

 

– Zdaję sobie sprawę. Ale powtarzam: ja tylko pomogłem chłopakom napisać wnioski, a potem zebrać podpisy. Wie pan, że łatwo nam poszło? Ludzie widzą, że potrzebna jest zmiana władzy, bo pani burmistrz nie rozwija gminy. Sama chce rządzić wszystkim, mimo że ma zdolnych i wykształconych urzędników, decyduje nawet o zakupie papieru toaletowego. Kiedy by nie przyjść do urzędu, zawsze w sekretariacie jest kolejka urzędników czekających na audiencję. Może jest dobrą urzędniczką, ale nie menedżerem – mówi dobitnie. – Zawsze czuła się mądrzejsza od wszystkich. Mówiła na mnie „młody”. Teraz inicjatorów referendum nazywa „gówniarzami”. No to już za kilka tygodni się przekona, że ci gówniarze mają po swojej stronie wielu mieszkańców – mówi Wyczyński.

 

Ja dotrzymuję obietnic

Maria Bratkowska, choć naciskam, nie chce mówić o konkretnych przewinieniach swojego byłego zastępcy. – Czy my musimy mówić głównie o nim? – pyta z uśmiechem. – To za jego sprawą będzie referendum – odpowiadam.

 

– W tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że oficjalne zarzuty pod moim adresem formułuje były wiceburmistrz – mówi Bratkowska. – Kto popracuje w dowolnej gminie w Polsce, ten wie, że przygotowanie inwestycji trwa nawet dwa lata, podczas gdy jej realizacja czasem ledwie parę tygodni. Że trzeba wielu decyzji i uzgodnień. Że nie da się wszystkiego zrobić wiosną, bo żeby zapłacić wykonawcy, musimy mieć środki na koncie, a dochody spływają cały rok. A ten sześciokrotny przetarg na remont drogi to prawda. Chodzi o ulicę Pod Czubatką. Dzięki temu maksymalnie obniżyliśmy koszt inwestycji. To była troska o publiczne pieniądze. Nawet jakbym miała dziesięć razy z rzędu przetarg rozpisywać, żeby zaoszczędzić, to bym tak zrobiła. Jeśli mieszkańcy 50 lat czekali na budowę drogi, to jeszcze trochę wytrzymają. Dzięki takiemu podejściu przez pięć lat zrobiliśmy wiele inwestycji w gminie za ponad 40 milionów złotych.

 

Gdy przytaczam zarzuty Wyczyńskiego, z trudem opanowuje emocje. – Nigdy nie nazwałam inicjatorów referendum gówniarzami. Faktem jest, że to bardzo młodzi ludzie, mają niewielkie doświadczenie zawodowe, ale nigdy nie użyłam wobec tych panów takiego określenia. To nieprawda, że pan Michałek kilka razy umawiał się na spotkanie. Umawiał się raz, bo nie pasowało mu przyjść w poniedziałek, w dzień przyjęć interesantów. Przyjęłam go w dzień dogodny dla niego, ale ponieważ spotkanie było umówione w ostatniej chwili, musiał trochę dłużej poczekać w sekretariacie. Do tego jako niewłaściwe traktowanie uznał, że podczas spotkania odbierałam telefony. Zawsze tak robię, by nie narazić się na zarzuty, że nie można się do mnie dodzwonić – mówi wzburzona.

 

Pani burmistrz chętnie opowiada o sukcesach gminy. Pod jej rządami wyremontowano świetlice we wszystkich miejscowościach, gmina jest kanalizowana z wykorzystaniem funduszy unijnych, strażacy ochotnicy mają dobrze wyposażone remizy, remontowane są ulice. – Obiecywałam w obu kampaniach, że będę działała na rzecz ochrony środowiska, i to robię. Wprowadziliśmy zbiórkę baterii na koszt gminy, odbiór odpadów wielkogabarytowych, zbiórkę przeterminowanych leków, ustawiliśmy mnóstwo koszy na selektywną zbiórkę odpadów, dofinansowujemy przydomowe oczyszczalnie ścieków i utylizację azbestu. Wybudowaliśmy Orlika w Wyrzysku, wielofunkcyjne boisko ze sztuczną nawierzchnią oraz nowoczesną halę sportową w Osieku. Zrobiliśmy 24 place zabaw, nawet siłownię na powietrzu. Mamy sporo gotowych projektów dróg, ale muszą czekać, aż się zmieszczą w budżecie – wylicza. – Ludzie widzą, że dużo się dzieje, że pieniądze są dystrybuowane równomiernie w całej gminie. Wiem, że oczekiwania są większe, ale jeszcze się taki nie urodził, kto by wszystkim dogodził.

 

– Ale referendum jednak będzie, inicjatorzy zebrali blisko 1400 podpisów, na około 1100 wymaganych – mówię. – To był najmniejszy problem. Podpisało się raptem dziesięć procent uprawnionych do głosowania. Proszę pana, ci młodzi ludzie, którzy chcą mnie odwołać, ani razu nie zwrócili się do urzędu z wnioskiem o informację o sprawach, z których czynią zarzut pod moim adresem. Łatwiej podać prasie, że Bratkowska nie umie rządzić, bo to lepiej brzmi – tłumaczy spokojnie burmistrz. – To wszystko zemsta Wyczyńskiego za zwolnienie? – pytam. – To pan powiedział, ja tego oficjalnie nie potwierdzę – pada odpowiedź.

 

Wojna na ulotki i pozwy

Aby referendum było ważne, do urn musiałoby pójść około 3100 osób. Będzie ciężko. Inicjatorzy skazani są na siebie. Waldemar Wyczyński nie jest już członkiem PSL. Partia nie tylko nie wstawiła się za nim, gdy wyleciał z urzędu, ale zdecydowanie odcięła, gdy wyszło na jaw, że zaangażował się w referendum. W końcu rzucił legitymacją. A jeszcze kilka lat temu wydawało się, że zrobi polityczną karierę. U ludowców był szefem gminnych struktur, wiceszefem powiatowych, nawet delegatem na krajowy zjazd.

 

Gdy rozmawiam z nim pod koniec stycznia, zajęty jest remontem mieszkania. – Za dwa dni podpisuję umowę o dotację na start działalności gospodarczej, pani burmistrz już nie będzie mogła nazywać mnie bezrobotnym – mówi z dumą. I planuje kampanię przed referendum. Mają być ulotki, plakaty i rozmowy z mieszkańcami.

 

Od wielu miesięcy uważnie przegląda lokalne strony internetowe, prowadzone przez mieszkańców Wyrzyska. – Ludzie sympatyzujący z panią burmistrz wypisują tam takie kłamstwa, że tego nie zostawię. Złożyłem doniesienie w prokuraturze. Stanęła na wysokości zadania, dostałem już imienną listę autorów obelżywych wpisów. Chyba mocno byli zdziwieni, gdy policja do nich przychodziła. Ale zdziwią się jeszcze bardziej, jak pozakładam im cywilne procesy – zapowiada.

 

Burmistrz Bratkowska zapowiada, że ze swoją kampanią poczeka, aż przeciwnicy ujawnią swoje działania. Będzie reagować na bieżąco. A jeśli jednak przegra w referendum? – Wystartuję w nowych wyborach, to oczywiste – mówi. – Ja pracuję solidnie, wszystko musi być tu zgodne z prawem. Żeby kiedyś, jak już nie będę burmistrzem, ludzie mnie szanowali za to, co zrobiłam. Poświęcam swój czas do granic wytrzymałości, w urzędzie codziennie jestem nawet do 20.30. Nie mam zastępcy, wszystko na moich barkach – mówi.

 

Kto pójdzie zagłosować

Czas w Wyrzysku na pozór płynie spokojnie. Przed południem na rynku trudno spotkać kogoś poniżej 30 lat, widać, że młodzi w pracy, albo wyjechali. Starsi wchodzą do aptek, robią drobne zakupy w spożywczakach. Ale na hasło „referendum” reagują emocjonalnie. – Moja żona w szkole pracuje, ja nie będę niczego komentował! – mówi mężczyzna w średnim wieku, wysiadając z samochodu. Emeryci najczęściej machają ręką: – Panie, i co to da? Nawet jak nowy burmistrz przyjdzie, pracy nikomu nie zorganizuje. Sam pan zobacz, tu się nic nie dzieje, nic nie ma. Ja mam 66 lat, od burmistrza już niczego nie oczekuję – tłumaczy starszy mężczyzna.

 

Rozmowniejsi są tylko ci, którzy o pani burmistrz wypowiadają się pochlebnie. – Po pierwsze, referendum to strata czasu i pieniędzy. Po drugie, oskarżenia są niesłuszne. Mieszkam dwa kilometry od szosy. Jak starałam się o utwardzenie drogi, to gmina ją utwardziła, a nawet odśnieża. Jak miałam pożar, to poszłam po pomoc do gminy i ją dostałam. Złego słowa o pani burmistrz pan ode mnie nie usłyszy – mówi Małgorzata Nowicka z Kościerzyna Wielkiego.

 

Taksówkarz (ten sam, jedyny w gminie) wioząc mnie z powrotem na dworzec, narzeka głównie na dziury w drodze. – Ale to powiatowa droga, nie gminna – zastrzega, gdy zagaduję o referendum. – Ja tam na burmistrza nie liczę, sam sobie muszę radzić. Jak zdobędę klientów, to przeżyję, jak nie, przestanę jeździć. Ale jakby mój numer telefonu pani burmistrz umieściła na stronie urzędu miasta, to by było miło.