Presja na centralizację i ograniczanie roli regionów w zakresie decydowania o budżecie Unii po 2027 r. jest coraz większa. Czy nie oznaczałoby to osłabienia samej polityki spójności, bo decyzje zapadałyby dalej od realnych problemów mieszkańców?
To oczywiste. Niestety, z politycznego punktu widzenia jest dużo gorzej. Komisja Europejska od jakiegoś czasu robi wszystko, żeby uderzyć w zaufanie do Unii Europejskiej i wzmocnić narrację antyunijną. To jest irracjonalne, ale tak było z zakazem sprzedaży silników spalinowych wykańczającym europejski przemysł, a teraz z pomysłem nacjonalizacji funduszu spójności.
Polityka spójności, a więc fundusze, które trafiają realnie „pod strzechy” – na drogi, szkoły, szpitale, czy do małych i średnich przedsiębiorstw w całej Unii – przez dekady należała do największych pozycji wydatkowych budżetu UE. Dzięki tysiącom projektów w każdym regionie mieszkańcy mogli odczuć pozytywne efekty polityki unijnej. Samorządowcy zawsze promowali i bronili Unii Europejskiej.
Teraz jednak pieniądze daje się rządom, jak w KPO – żeby było szybko, a nie mądrze – choć i z szybkością bywa różnie. Tak się składa, że w wielu europejskich stolicach rządzą antyeuropejscy politycy. Czyli daje się pieniądze do wyłącznej dyspozycji Orbana, Fico i pozostałych, którzy mówią o rozmontowaniu eurokołchozu, jednocześnie odbierając podmiotowość ambasadorom UE w miastach i regionach. I wielu mieszkańcom, do których unijne pieniądze nie dotrą, bo ze stolic ich problemów nie widać. Gdzie tu logika i solidarność europejska?
Co Polska i samorządy województw powinny zrobić, aby decyzje o polityce spójności nie zaczęły zapadać wyłącznie na poziomie krajowym?
Widzę dwa czynniki, które mogą zabezpieczyć pozycję regionów jako partnera w relacjach z Komisją Europejską. Po pierwsze, po uzgodnieniu w kraju draftu Planu Partnerstwa Krajowego i Regionalnego, zatwierdzonego wspólnie przez rząd i regiony, część regionalna powinna być negocjowana przez same regiony z KE. Jeżeli jako reprezentant woj. zachodniopomorskiego wynegocjuję z rządem, jakie kwoty trafią na Pomorze Zachodnie i ogólnie kierunki ich inwestowania, to powinienem następnie, już w ramach własnego mandatu negocjacyjnego, móc sfinalizować szczegóły z Komisją Europejską. To zapewni nam podmiotowość i pewną niezależność od rządu, choć wszystko będzie odbywało się w pewnych w ramach, koordynowanych przez rząd.
Drugim rozwiązaniem jest wyłączenie z tzw. warunkowości funduszy regionalnych, podobnie jak wyłączona jest z niej chociażby Wspólna Polityka Rolna. Trudno zrozumieć, dlaczego regiony miałyby odpowiadać za ewentualne niewywiązanie się z realizacji reform, które są domeną państwa. Nie mamy władzy ustawodawczej, w związku z tym nie możemy być karani za potencjalne zaniechania rządu. Jeżeli państwo, mówiąc kolokwialnie, czegoś nie dowiezie, wówczas konsekwencje powinny spadać na władze i fundusze centralne, a nie samorządy.
Wracając do postulatów – wskazał pan dwa, ale Związek Województw RP, któremu pan przewodniczy, przedstawił ich aż 35. Które z nich uważa pan za absolutnie kluczowe w negocjacjach nowej perspektywy finansowej?
Trudno wskazać jeden czy dwa najważniejsze, bo mówimy zarówno o naszej roli, jak i o tym, jakie pieniądze trafią na politykę regionalną i w jakie priorytety zostaną wyposażone. Obecna propozycja wieloletniego budżetu po 2027 roku przewiduje, że Wspólna Polityka Rolna i polityka spójności będą włożone do jednego worka, a więc mają stanowić system naczyń połączonych. Z tym zastrzeżeniem, że określono kwotę minimum, która musi być przeznaczona na Wspólną Politykę Rolną. Uważamy, że powinna zostać również określona kwota maksimum, aby polityka rolna nie konsumowała nadmiernie środków przeznaczonych na spójność. To podstawowa kwestia, jeśli chodzi o zabezpieczenie odpowiedniej puli pieniędzy na działania strukturalno-rozwojowe. Po drugie, kierujemy do naszego rządu postulat przynajmniej utrzymania obecnego poziomu 44 proc. ogólnego budżetu środków unijnych dla Polski, wdrażanego przez regiony. Tutaj znajdujemy zrozumienie. Zakładam, że w Polsce to rozwiązanie uda się utrzymać.
Wiele kontrowersji wzbudza tzw. rezerwa elastyczności, czyli 25 proc., które mają być zamrożone na wiele lat po to, aby w razie nieprzewidzianych zdarzeń było z czego reagować. Rozmawiałem z komisarzem Rafaelle Fitto w czasie ostatniej sesji Europejskiego Komitetu Regionów i podkreślałem, że mrożenie pieniędzy nie jest dobrym pomysłem. Korzystając z naszych doświadczeń – w tej perspektywie mieliśmy pandemię, wojny, powodzie. Za każdym razem znajdowałem pieniądze na reakcję, natomiast tym, co traciliśmy, był czas, bo każdorazowo potrzebowaliśmy zgody Komisji Europejskiej. Jeżeli mamy sprostać wyzwaniom przyszłości, to uczyńmy Komisję Europejską i regulacje po prostu bardziej elastycznymi.
Wskazuje pan na problem z szybkością uruchamiania środków w sytuacjach kryzysowych. Czy regiony są przeciwne zaproponowanej wysokości środków rezerwy elastyczności, czy mechanizmowi ich uruchamiania – a może jednemu i drugiemu? Jaką alternatywę by pan zaproponował?
Nie jestem przeciwnikiem elastyczności jako takiej – przeciwnie, regiony chcą jej więcej, ale sensownej. Podstawowe wady propozycji Komisji Europejskiej to za wysoki 25-procentowy, ustanowiony odgórnie, poziom kwoty elastyczności i skomplikowany mechanizm jej uruchamiania. Tyle środków zamrożonych poza normalnym zarządzaniem to cios w stabilność planowania strategicznego, które przecież jest solą polityki spójności. Jeśli te środki mają służyć szybkim reakcjom kryzysowym, nie mogą być obwarowane skomplikowanymi procedurami na wzór Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności, bo wtedy tracą sens jako narzędzie elastyczności. Chcemy być współgospodarzami tych środków, a nie czekać na zielone światło z Brukseli. Elastyczność ma służyć ludziom w regionach, a nie komplikować im życie. Dlatego z punktu widzenia polskich regionów racjonalne byłoby ograniczenie skali obowiązkowej kwoty elastyczności w planach partnerstwa krajowego i regionalnego – aby nie deformowała podstawowego trzonu polityki spójności – oraz powiązanie z prostszym mechanizmem odmrożenia tej kwoty, opartym na jasnych kryteriach i zarządzaniu dzielonym, a nie centralnych decyzjach.
Innymi słowy, nie kwestionuję potrzeby zwiększenia elastyczności budżetu UE po 2027 roku, ale musi być ona realizowana w logice polityki spójności – z poszanowaniem podejścia terytorialnego, partnerstwa i roli władz regionalnych jako współgospodarzy środków, a nie tylko wykonawców decyzji podejmowanych w Brukseli czy Warszawie.
W rozmowach na temat programu Polska Wschodnia rząd wskazuje, że w kolejnej perspektywie chciałby kierować środki nie tylko do regionów potrzebujących na ścianie wschodniej, ale także punktowo do wszystkich, na przykład do województwa zachodniopomorskiego. To dobry pomysł?
Uważam, że jest to pewien mechanizm sprawiedliwości społecznej. Powiedzmy wprost: przez kilkanaście lat regiony Polski Wschodniej, które mają najniższe wskaźniki rozwoju, korzystały z odrębnego, kierowanego tylko do nich programu. Nigdy tego nie krytykowałem, bo rozumiem, że Polska musi rozwijać się równomiernie. Ale niejednokrotnie podnosiłem, że z rządowych, ministerialnych badań rozwoju regionalnego, spójnych z naszymi regionalnymi analizami, wynika, że są miejsca – także w moim regionie i wielu innych – gdzie wskaźniki są dokładnie takie same jak w Polsce Wschodniej, a często nawet gorsze. Dlatego uważam, że taki mechanizm interwencji kierowanej do obszarów problemów występujących w całym kraju jest bardziej sprawiedliwy. To tym bardziej zasadne, że realnie tych pieniędzy rozwojowych jest mniej. Liczę tu na solidarność kolegów ze wschodnich regionów, ponieważ interwencja kierowana punktowo nie ominie również terytoriów w ich województwach, natomiast będzie bardziej celowana.
Powiem szczerze: wolałbym z tych pieniędzy nie korzystać, tylko mieć wskaźniki rozwoju społeczno-gospodarczego w okolicach Łobza takie, jakie są udziałem Szczecina i okolic. Niestety, tak nie jest.
Polska, Europa i świat stoją w obliczu wyzwań, również militarnych. Czy polityka spójności powinna zostać przeprojektowana także w kierunku inwestycji służących obronności? A jeżeli tak, jak to zrobić, żeby de facto nie straciła swojego podstawowego celu?
We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Obecne zagrożenie wojną ze Wschodu jest realne. W związku z tym każdy z nas, również władze samorządowe, powinien wnieść wkład do wzmacniania obronności. Jak wspólnie budowaliśmy dobro i rozwój Polski – bo nie zrobił tego ani sam rząd, ani sam samorząd, tylko udało się to dzięki skoordynowanym działaniom – tak samo wierzę, że dziś potrzebujemy podobnego podejścia do obronności. Potrzebna jest nam silna armia, ale też silne zaplecze dla niej. Armia musi mieć możliwość szybkiego przerzucania. Jeżeli mówimy o wojskach alianckich, to przez Bałtyk, od zachodu, przez nasze tereny. Co to oznacza? Należy wzmacniać infrastrukturę transportową. Musimy też szkolić masowo nowych żołnierzy, również ochotników obrony terytorialnej. Potrzebujemy baz do szkolenia z obsługi dronów, ale potrzebujemy też miejsc do szkolenia regularnej piechoty i wojsk pancernych. Gdzie to u nas się odbywa? W Drawsku Pomorskim. Potrzebujemy tam nakładów. Jesteśmy w pełni otwarci na współpracę, bo tylko w taki sposób możemy zbudować siłę odstraszania oraz odporność i poczucie bezpieczeństwa naszych obywateli.
Na koniec proszę wskazać, gdzie pańskim zdaniem przebiega granica finansowania obronności z polityki spójności, jakich typów projektów nie finansowałby pan z niej, nawet jeśli podnoszą odporność?
Granica jest dość wyraźnie zarysowana. Polityka spójności odpowiada za rozwój gospodarczy, spójność społeczną i terytorialną. W tym kontekście wzmacnia wielowymiarową odporność regionów. Stąd w domenie polityki spójności powinno pozostawać wsparcie dla cywilnej infrastruktury krytycznej, takiej jak szpitale, sieci energetyczne, wodociągi, czy miejsca schronienia. Z pieniędzy polityki spójności powinniśmy móc finansować cywilne systemy łączności i cyberbezpieczeństwa czy też transport multimodalny umożliwiający ewakuację ludności i zaopatrzenie cywilne. Wspieraliśmy i nadal planujemy wspierać z tych pieniędzy ochronę ludności oraz wzmacniać potencjał służb ratunkowych. Tu jest miejsce dla przedsiębiorstw rozwijających technologie podwójnego zastosowania – wykorzystywane na co dzień w celach cywilnych, ale łatwe do wykorzystania w reakcji na dotykające nas zagrożenia.
Natomiast rozwój przemysłu zbrojeniowego, zakupy sprzętu dla armii, budowa baz wojskowych czy fortyfikacji to sfery, które powinny znaleźć wyłączne finansowanie z krajowego budżetu obronnego i tej części wspólnego unijnego budżetu, które lokowane są chociażby w Europejskim Funduszu Obronnym czy takich inicjatywach jak SAFE.







