Powszechna krytyka tak drastycznego ograniczenia terminów jest powszechna. Zamiast usprawnić i przyspieszyć postępowanie zamówieniowe, grozi to pozbawieniem inwestorów i wykonawców uprawnień do przysługującego im ustawowo prawo skutecznej obrony swoich racji.
Radcowie prawni i specjaliści od zamówień publicznych, z którymi rozmawiałem o tym proceduralnym knocie, nie kryli oburzenia. Mówili, że w praktyce przygotowanie dokumentacji obejmującej odwołanie czy odpowiedź na zarzuty zajmuje nawet kilkanaście dni. Składają się na nią, zwłaszcza przy dużych inwestycjach infrastrukturalnych czy kubaturowych, setki stron. Nawet te firmy i samorządy, które dysponują licznymi specjalistami od zamówień, uważają, że 3-dniowy termin to ewenement na skalę europejską.
W Polsce procedury zamówień publicznych toczą się całymi miesiącami z powodu licznych odwołań, natomiast sam system odwoławczy to swoisty tor przeszkód. W zamyśle ustawodawcy przyspieszenie i usprawnienie postępowań było słuszne i pożądane przez wszystkich uczestników rynku. Sęk w tym, że mimo krytyki projektu, który ów krótki termin wprowadzał, legislatorzy i ustawodawcy ten fakt zignorowali. Teraz mamy problem, jak go rozwiązać, skoro KIO ma problemy kadrowe i nie sądzę, aby tam rozstrzygnięcia przebiegały w tak przyspieszonych terminach, jak tego wymaga się od oferentów i wykonawców.
Problemy proceduralne mają swoje doniosłe implikacje prawne, bo zamawiający, a więc samorządy, mają tylko dwa dni, aby przesłać odwołanie pozostałym wykonawcom. Co więcej, na odpowiedniej stronie internetowej powinno się znaleźć odwołanie, jeśli w jego treści znajdą się zastrzeżenia co do samego ogłoszenia lub dokumentów zamówienia.
Przypomnę, że w tym przyspieszonym trybie także wykonawca samorządowego zamówienia ma 3 dni na to, aby zgłosić swoje przystąpienie do postępowania odwoławczego. Konia z rzędem temu, kto w ciągu kilkudziesięciu godzin odniesie się do treści sążnistych odwołań, bo na ich przeczytanie i analizę zarzutów czasu będzie zbyt mało. Nie zazdroszczę gminnym urzędnikom odpowiedzialnym za zamówienia publiczne, aby w takim przyspieszonym trybie dokonali wyboru najkorzystniejszej oferty. A są systematycznie kontrolowani przez NIK, Urząd Zamówień Publicznych, RIO, prokuraturę oraz inne organy, czy dochowali odpowiednich procedur i staranności przy wyborze wykonawcy.
Firmy i samorządowcy głośno więc krytykują ekspresowe terminy procedury odwoławczej, które godzą w przejrzystość i istotę prawa zamówień publicznych.
*zastępca redaktora naczelnego „Wspólnoty”







